Blog TB
,,Św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu" - część I - z serii tekstów red. Renaty Kopeć
red. Renata Kopeć oddaje dla Katolickiego Słowa Dziennikarzy sukcesywnie powstające części nowej serii tekstów pt.:
,,Św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu"
Wprowadzenie - do serii tekstów
Oddaję w ręce Czytelników pierwszą część przygotowywanej serii „św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu”. Kolejne części są jeszcze opracowywane, lecz mam nadzieję, będą ukazywać się regularnie, w miarę postępu prac. Nie są one próbą napisania kolejnej biografii św. Jozafata Kuncewicza, ani hagiografii, ani zestawieniem faktów. Nie zamierzam również zastępować opracowań historycznych, ani nie mam ambicji wejścia w kompetencje historyków. Pokuszę się natomiast spróbować odpowiedzieć na pytanie: jak wielka historia staje się historią jednego człowieka? A konkretnie człowieka, którego nazywamy św. Jozafatem Kuncewiczem. Chciałabym odsłonić w zatartej ikonie jego świętości człowieka, ukrytego pod warstwami późniejszych interpretacji. Sprawić, by inni też go ujrzeli. Zależy mi również na przywróceniu tej ikonie żywego blasku, na podobieństwo dobrego renowatora dzieł sztuki, pod którego rękoma rozświetlają się nagle dzieła artystów.
Zacznę najpierw od renowacji tła. Interesuje mnie to, co wydarzyło się wokół Jozafata i świat który go ukształtował. Świat styku państwa carów i Rzeczypospolitej, świat pełen sporów religijnych porównywalnych z potężnym trzęsieniem ziemi, wielkich przemian politycznych i wielkich idei. Idei, których autorami były często osoby pojedyńcze - zdolne wpływać poprzez myśli i słowa na losy całych narodów.
To właśnie w takiej rzeczywistości dorastał Jan Kunczyc – przyszły św. Jozafat. Po nobilitacji, która miała miejsce wraz kolejnymi stopniami w hierarchii kościelnej, nazwisko zaczęto zapisywać w formie „Kuncewicz”. I ta forma utrwaliła się w tradycji. Ale należy podkreślić, że Jan Kunczyc, który stał się później św. Jozafatem Kuncewiczem, był nadal dzieckiem swojej epoki, choć jego życie miało ostatecznie wykroczyć daleko poza jej granice.
Opierając się na ustaleniach historyków i dostępnych źródłach, próbuję spojrzeć na wydarzenia jego czasów nie tylko jako na ciąg faktów, lecz także jak na przestrzeń, w której dojrzewały jego charakter, wiara i wybory. Próbuję odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób ten człowiek żyjący pośród konfliktów, niepewności i gwałtownych przemian stał się świadkiem jedności, za którą gotów był oddać życie.
Mam nadzieję, że ta seria pozwoli spojrzeć na św. Jozafata właśnie z tej perspektywy – nie tylko jako na bohatera kart historii, lecz przede wszystkim jako na człowieka, którego życie toczyło się pośród wydarzeń zmieniających oblicze Europy Wschodniej. Jako na Rusina żyjącego w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, w epoce, w której Moskwa coraz śmielej rościła sobie prawo do duchowego i politycznego przywództwa.
Dlaczego „W cieniu Trzeciego Rzymu"?
„Trzeci Rzym" nie jest miastem. Jest ideą. Ideą, według której po upadku Rzymu i Konstantynopola to Moskwa miała stać się jedynym centrum prawdziwego chrześcijaństwa i strażniczką prawosławia. Z czasem idea ta przestała być wyłącznie religijną wizją. Stała się narzędziem polityki, dyplomacji i walki o wpływy. To właśnie w jej cieniu rozegrało się życie i męczeństwo św. Jozafata Kuncewicza. A także św. Andrzeja Boboli.
Po upadku Konstantynopola w 1453 roku, w Moskwie narodziła się idea, że to właśnie ona stała się jedyną prawowitą spadkobierczynią chrześcijańskiego Cesarstwa Wschodniego i jest ostatnią obrończynią prawosławia. Prawosławia rozumianego jako jedynej wiernej Chrystusowi. „Dwa Rzymy upadły, trzeci stoi, a czwartego nie będzie." - głosi znana formuła przypisywana mnichowi prawosławnemu Filoteuszowi z Pskowa. Z czasem nie była to już tylko koncepcja religijna. Stała się fundamentem polityki państwa moskiewskiego, uzasadniając jego ambicje wobec ziem ruskich i prawosławnych wiernych pozostających poza jego granicami.
To właśnie w czasie, gdy ta idea Trzeciego Rzymu stawała się jednym z filarów polityki państwa moskiewskiego, przyszło żyć i działać św. Jozafatowi Kuncewiczowi
Nie przypuszczał on zapewne, że jego życie będzie polem zderzenia dwóch wizji chrześcijaństwa: jednej budowanej wokół jedności Kościoła, drugiej wokół przekonania, że tylko Moskwa jest prawowitą spadkobierczynią chrześcijaństwa.
*. *. *.
Część I.
Czy oprycznina naprawdę się skończyła?
Formalnie - tak. W 1572 roku Iwan IV rozwiązał opryczninę. Lecz niektórzy historycy twierdzą, że istniała aż do 1602 roku. Wcześniej zniknęła jej nazwa i wyjątkowy status administracyjny.
Czy jednak wraz z nią zniknęli ludzie, którzy ją tworzyli? Oczywiście, że nie. Oprycznicy nie rozpłynęli się przecież w powietrzu. Wielu z nich pozostało na służbie państwa rosyjskiego. Wypracowane w poprzednich latach metody sprawowania władzy, oparte na bezwzględnej lojalności wobec cara, rozbudowanej sieci donosów, obserwacji i zastraszaniu przeciwników - nie zniknęły niestety wraz z likwidacją samej instytucji.
Historycy różnią się w ocenie, na ile można mówić o ciągłości między opryczniną a późniejszym aparatem państwowym. Trudno jednak nie zauważyć, że doświadczenia zdobyte w czasach Iwana Groźnego pozostawiły trwały ślad w sposobie funkcjonowania państwa rosyjskiego. Gdy kilkadziesiąt lat później rozbudowywano w Rosji urzędy odpowiedzialne za dyplomację i pozyskiwanie informacji, tzw. prikazy, to tworzono je już w państwie, które dobrze znało wartość strachu, nadzoru i informacji.
Uchodźcy
W czasie panowania opryczniny na drogach prowadzących z państwa moskiewskiego ku Wołyniowi i innym wschodnim i południowym ziemiom Rzeczypospolitej pojawiali się ludzie, którzy uciekali przed głodem, przed wojną, przed terrorem.
Wyobraźmy sobie jak szli, z niewielkim tobołkiem lub bez, a może jechali wozem? Z jakimiś skrzyniami, zapasami? Czasem prowadząc dzieci, krewnych, a czasem samotnie. Byli wśród nich chłopi, słudzy bojarów, a może i całe rodziny bojarskie, rzemieślnicy, kupcy, wędrowni mnisi, a zapewne ludzie, którzy utracili wszystko podczas kolejnych fal przemocy ogarniających państwo moskiewskie pod koniec XVI wieku. Pogranicze od wieków było miejscem przenikania ludzi, towarów i wiadomości, ale ta fala uchodźców była wyjątkowa.
Nie tylko zwykli ludzie szukali schronienia po drugiej stronie granicy. Zdarzało się, że przed carem uciekali również przedstawiciele najwyższych warstw państwa moskiewskiego. Najbardziej znanym był książę Andriej Kurbski, który znalazł schronienie w Rzeczypospolitej. Polityczni emigranci nie tylko chronili tam swoje życie, ale nierzadko włączali się później w działania zbrojne przeciwko carskiej Rosji, w trakcie późniejszych wojen czy dymitriad.
Skutki polityki prowadzonej przez cara nie skończyły się wraz z formalnym rozwiązaniem opryczniny. Konfiskaty majątków, przesiedlenia, wojna inflancka i kryzys gospodarczy pozostawiły po sobie ślady, które odczuwano jeszcze przez długie lata.
Włodzimierz Wołyński, w którym dorastał Jan Kunczyc, nie był miejscem odciętym od wydarzeń dziejących się za wschodnią granicą. To właśnie tu, na szlakach komunikacyjnych wielka polityka spotykała się z ludzkimi historiami.
Czy kilkuletni Jan, urodzony około 1580 roku, - mógł słyszeć opowieści ludzi przybywających z Moskwy? Czy mógł spotkać kupców, mnichów lub uciekinierów niosących ze sobą wspomnienia o kraju, w którym własny władca zwrócił aparat państwa przeciwko swoim poddanym? Albo słyszał je od rodziny i sąsiadów?
Wiemy, że takie opowieści krążyły po pograniczu. Właśnie w takim świecie, ukształtowanym przez wojny, migracje i walkę o chleb, dorastał Jan Kunczyc, nasz przyszły św. Jozafat Kuncewicz. Włodzimierz Wołyński, choć nie był miastem pogranicza, jednak leżał na ważnym szlaku handlowym, przez który przechodzili kupcy, duchowni, żołnierze i uchodźcy.
Sam Jan nie należał jednak do ludzi wyrwanych ze swojej ojcowizny. Był dzieckiem miejscowego mieszczaństwa, wychowanym w mieście, w którym od pokoleń spotykały się różne tradycje, języki i wyznania. Ojciec Jana - Hawryło (Gabriel) Kunczyc, był kupcem handlującym zbożem i ławnikiem miejskim. Jego dom nie należał więc ani do świata książęcych dworów, ani do chłopskich zagród. Kupiec żył pośród ludzi. Musiał słuchać nowin, przyjmować przybyszów, prowadzić interesy z obcymi i orientować się w wydarzeniach rozgrywających się daleko poza murami rodzinnego miasta.
Właśnie rodzina mieszczańska pozwoliła Janowi być blisko życia zwykłych ludzi i bieżących wydarzeń. Pozwalała mu widzieć i poznawać świat szerzej, w przeciwieństwie do dzieci z rodzin książęcych czy bojarskich, często strzeżonych kordonem służby i straży, lub dzieci z rodzin chłopskich zaprawianych od wczesnych lat do obowiązków i ciężkiej pracy fizycznej.
Jego mama Maryna, która prowadzała Jana do cerkwi, była głęboko religijną kobietą. Według niektórych przekazów, dokładnie już jako sześcioletni chłopiec przeżył mistyczne doświadczenie. Mama była świadkiem tego zdarzenia i jednocześnie pierwszym przewodnikiem duchowym. Hagiografia opisuje je jako „iskrę”, która spadła z serca Ukrzyżowanego na serce Jana i rozpaliła w nim miłość do Chrystusa. Spadła po pytaniu, które zadał chłopiec patrząc na krzyż.
- Kim jest Ten, który cierpi i dlaczego?
To pytanie, zadane z wnetrza kształtującego się człowieczeństwa, mówi o Jozafacie więcej, niż niejeden późniejszy życiorys. Świadczy o otwarciu na drugiego człowieka, bystrości umysłu, gotowości do odwagi, tam, gdzie inni mogliby odwrócić wzrok.
Jeżeli wydarzenie to miało miejsce tak, jak je opisują, trudno nie dostrzec w kilkuletnim Janie niezwykłej predyspozycji do zmierzenia się z czymś, co przekracza nie tylko dziecięce doświadczenie. Tradycja chrześcijańska od wieków podkreśla, że autentyczne doświadczenie Boga nie jest łatwe – nicuje człowieka na wskroś i stawia przed nim wymagania.
Janek, czy jak być może mama mówiła - Wania - nie znał jeszcze wtedy wszystkich sił, które miały wpłynąć na jego losy. Nie wiedział, że troska o jedność Kościoła stanie się rdzeniem jego życia, wraz z rywalizacją o to, kto ma prawo mówić w imieniu chrześcijańskiego Wschodu. Choć być może to przeczuwał….
Państwo, które umie zarządzać strachem.
Gdy mówi się o opryczninie, najczęściej przywołuje się obraz jeźdźców w czarnych pelerynach, z psimi łbami i miotłami przy siodłach - symbolami tropienia zdrajców i „wymiatania" ich z państwa. Ten obraz przeszedł do historii i literatury. Jest niezwykle sugestywny, ale nie oddaje całego znaczenia opryczniny.
Była ona przede wszystkim eksperymentem politycznym.
W 1565 roku Iwan IV wydzielił znaczną część państwa jako własną domenę, podporządkowaną wyłącznie sobie. Dotychczasowi właściciele ziem - bojarzy - byli usuwani, a ich majątki konfiskowano. Na ich miejsce pojawiali się oprycznicy, całkowicie zależni od cara. Ich pozycja nie wynikała z urodzenia ani tradycji rodowej, lecz z osobistej lojalności wobec monarchy.
Tak rodził się nowy model państwa. Nie opierał się już wyłącznie na prawie dawnych elit, ale na strachu, kontroli i nieustannym poszukiwaniu wrogów.
Oprycznicy nie byli tylko formacją wojskową, centurionami cara. Pełnili funkcje policyjne, śledcze i wykonawcze. Prowadzili konfiskaty, uczestniczyli w przesłuchaniach, wykonywali wyroki i zbierali informacje o osobach podejrzewanych o nielojalność. Donosy zaczęły odgrywać ogromną rolę, a podejrzenie mogło wystarczyć do utraty majątku, wolności lub życia.
Historycy nie są zgodni, jak daleko można prowadzić analogie między opryczniną a późniejszymi formacjami wywiadowczymi państwa rosyjskiego. Wielu z nich zwraca jednak uwagę, że właśnie w tym okresie utrwalił się sposób myślenia o władzy, w którym aparat państwowy miał przede wszystkim chronić interes panującego, wykorzystując do tego rozbudowaną sieć informacji, nadzoru i represji.
Głód - cichy sprzymierzeniec terroru
Konfiskata ziem nie była jedynie zmianą właściciela. Za każdą odebraną posiadłością kryli się ludzie: rodziny bojarów, zarządcy, chłopi, rzemieślnicy i służba. Wielu z nich wypędzano. Bowiem w państwie cara Iwana Groźnego wina była zbiorowa. Wina lub podejrzenie, czy domniemanie winy powodowało usunięcie wszystkich ludzi związanych z obwinionym. Gospodarstwa, które przez pokolenia funkcjonowały według ustalonego porządku, nagle traciły swoich gospodarzy. Nowi właściciele często nie byli przygotowani ani merytorycznie ani organizacyjnie do zarządzania przejętymi dobrami.
Do tego dochodziła wyniszczająca wojna inflancka, epidemie oraz kryzys gospodarczy.
W rezultacie w wielu regionach państwa moskiewskiego doszło do załamania produkcji rolnej i niedoborów żywności. Głód nie był wyłącznym skutkiem opryczniny, lecz konsekwencją kilku katastrof, które nawzajem się wzmacniały.
Nie zmienia to faktu, że ludzie opuszczali swoje wsie. Niektórzy szukali schronienia na pograniczu. Inni zasilali grupy włóczęgów i zbiegów.
Jeszcze inni uciekali na południe, gdzie rodziły się społeczności kozackie, coraz mniej zależne od jakiejkolwiek władzy.
To właśnie z tego świata niepewności jutra, przemocy i przesiedleń wyłaniała się nowa Europa Wschodnia. A państwo moskiewskie wyciągało z tych doświadczeń własne wnioski. Jeden z nich z nich brzmiał: kto posiada informacje, ten posiada władzę.
Głód, wojna i terror rodziły jeszcze jedno zjawisko, o którym rzadziej się pamięta. Nie wszyscy uciekinierzy odnajdywali nowe miejsce do życia. Wielu traciło rodziny, domy i środki do utrzymania. Pozbawieni dawnego świata, stawali się ludźmi bez pana i bez ziemi, bez środków utrzymania. W sposób nagły przemieniali się w ludzi, których szanse na przeżycie następnego dnia były nikłe.
Ci ludzie próbowali rozpocząć życie od nowa w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Najmowali się do pracy, służby lub wojska. Byli jednak i tacy, którzy schodzili na drogę rozboju. W źródłach z epoki pojawiają się określenia: „ludzie luźni", „włóczędzy", „zbójcy” czy „rozbójnicy". Dziś słowo „zbójca" bywa kojarzone z ludowymi legendami i romantycznymi opowieściami, lecz dla mieszkańców przełomu XVI i XVII wieku oznaczało śmiertelne zagrożenie. Tylko wieść o zbliżającej się bandzie ,,luźnych’’ wystarczała, by zamykano bramy miast, ukrywano dobytek, kobiety i dzieci i przygotowywano się do obrony.
Człowiek jest najcenniejszym nośnikiem informacji
Na pograniczu między Carstwem Moskiewskim a Rzecząpospolitą mieszały się losy ludzi uczciwych z losami tych, których wojna i nędza popchnęły ku przemocy. Święci, Judasze i zwykli Barabasze wędrowali tymi samymi drogami. Kupcy, pielgrzymi, uchodźcy, zbiegli chłopi, najemnicy i rozbójnicy przemierzali te same szlaki i lokowali się w tych samych miastach. Razem z nimi wędrowały wiadomości, plotki, propaganda i polityczne pogłoski. A także i choroby.
Właśnie w takim środowisku państwa zaczęły dostrzegać nie tylko zagrożenie, ale także szansę. Wśród ludzi wykorzenionych łatwiej było znaleźć przewodników, kurierów, informatorów czy równie niebezpiecznych jak dzisiejsi szpiedzy, płatnych popleczników. Niektórzy szukali jedynie chleba i bezpieczeństwa, inni gotowi byli służyć temu, kto zapewnił im utrzymanie. W ten sposób chaos pogranicza przenikał w głąb państwa polskiego i stawał się przestrzenią, w której rodziły się zalążki nowoczesnej działalności wywiadowczej.
Czy właśnie z takich doświadczeń wyrastały późniejsze metody działania państwa moskiewskiego? Nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie. Trudno jednak pominąć fakt, że w tym czasie władza, nie tylko w Moskwie, coraz częściej dostrzegała wartość nie tylko armii, lecz także informacji oraz ludzi, którzy potrafili je zdobywać. A także przekazywać.
Włodzimierz Wołyński nie leżał bezpośrednio przy granicy z państwem moskiewskim, pozostawał jednak miastem otwartym na wschód. Przebiegały tędy ważne szlaki handlowe i komunikacyjne, którymi wędrowali kupcy, duchowni, żołnierze i uchodźcy.
Każdy z nich niósł ze sobą coś więcej niż własny dobytek. Niósł wiadomości. Niektóre z nich mogły decydować o losach narodów. W świecie, jeszcze bez bez gazet, to człowiek był najważniejszym nośnikiem informacji. Jedne z tych wiadomości dotyczyły cen zboża, inne ruchów wojsk i wartości uzbrojenia, a jeszcze inne sporów. Także religijnych.
Św. Jozafat miał dużo później sam stać się człowiekiem, którego słowa, podróże i działalność przekraczały granice państw i wyznań. W epoce, w której informacja stawała się narzędziem wpływu, również duchowni stawali się uczestnikami wielkiej gry idei.
W roku 1596, gdy w Brześciu Litewskim biskupi prawoslawni pieczętowali z katolickimi akt unii z Kościołem rzymskim, szesnastoletni Jan Kunczyc opuszczał rodzinny Włodzimierz Wołyński i wyruszał ku Wilnu, aby uczyć się kupieckiego fachu. Nie wiemy, o której porze roku wyruszył w tę długą podróż. Wiemy tylko, że pewnego dnia zostawił rodzinny dom i wszedł na drogę, z której już nigdy nie zawrócił. Czy jego droga prowadziła przez Brześć? Czy widział gromadzących się tam hierarchów kościoła katolickiego i prawosławnego? Lub podróżujących w niezwykłym celu podpisania dokumentu o jedności Kościoła? Jest to tylko przypuszczenie, do którego jednak mamy prawo, bo wiemy, że przemierzał tę samą przestrzeń, na której rozgrywało się jedno z najważniejszych wydarzeń religijnych jego epoki.
Koniec części 1
/-/ Renata Kopeć, ilustracja Autorki
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++













