Przeglądy Częstochowa
Terlikowski nowym rzecznikiem MEN?
Tomasz Terlikowski – dawniej jeden z najbardziej rozpoznawalnych katolickich publicystów, autor książek o świętych i Kościele – w sprawie religii w szkole brzmi dziś coraz bardziej jak społeczny rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Wygodna diagnoza dla ministerstwa
W opublikowanym 28 sierpnia na łamach „Rzeczpospolitej” artykule „Główny problem z lekcjami religii to nie działanie ministerstwa” Tomasz Terlikowski stawia kategoryczną tezę, że „laicyzacja tego pokolenia jest faktem”.
Jego zdaniem spadek liczby uczniów uczestniczących w szkolnej katechezie nie jest przede wszystkim skutkiem decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej, ale konsekwencją przemian religijności młodego pokolenia. Jednocześnie publicysta ostro krytykuje Prezydium KEP[1], zarzucając mu brak pomysłu na przyszłość Kościoła i powtarzanie „tej samej, niezmiennej śpiewki”.
Tylko skąd właściwie redaktor Terlikowski czerpie wiedzę o powszechnej laicyzacji młodego pokolenia?
Jako nauczyciel pracujący na co dzień z młodzieżą mam zupełnie inny obraz rzeczywistości. Widzę młodych ludzi w kościołach – podczas Mszy, nabożeństw, rekolekcji, pielgrzymek i różnych inicjatyw duszpasterskich. Widzę uczniów, którzy pytają o Boga, sens życia, moralność i przyszłość.
Nie twierdzę, że Kościół nie mierzy się z kryzysem wiary. Twierdzę natomiast, że nie wolno automatycznie utożsamiać sekularyzacji ze spadkiem frekwencji na lekcjach religii. To dwa różne zjawiska.
Frekwencja na katechezie zależy również od bardzo konkretnych decyzji organizacyjnych: umieszczania lekcji na pierwszej lub ostatniej godzinie, niewliczania oceny do średniej, decyzji rodziców, klimatu panującego wokół religii czy sposobu organizowania zajęć.
Schemat wygodny dla MEN
Problem polega na tym, że diagnoza Terlikowskiego jest wyjątkowo wygodna dla obecnego kierownictwa MEN.
Jeżeli bowiem młodzi nie chodzą na religię dlatego, że są zlaicyzowani, to decyzje ministerstwa przestają być problemem. Ograniczenie liczby godzin, marginalizowanie lekcji w planie, niewliczanie oceny do średniej czy kolejne rozwiązania osłabiające pozycję katechezy można wówczas przedstawić jako reakcję na rzeczywistość, a nie jako element procesu, który sam tę marginalizację pogłębia.
To bardzo wygodna konstrukcja.
Najpierw ograniczyć znaczenie religii. Potem wskazać spadek frekwencji jako dowód, że religia traci znaczenie. A następnie uznać, że dalsze ograniczenia są po prostu odpowiedzią na „oczekiwania społeczne”.
Czy naprawdę tak powinna wyglądać rzetelna debata?
Kogo właściwie rozlicza Terlikowski?
Krytyka wewnątrzkościelna jest oczywiście potrzebna. Katecheci również mają wiele pytań do biskupów i własnego środowiska. Ale czym innym jest uczciwa debata o kondycji katechezy, a czym innym przyjmowanie niemal w całości narracji, która świetnie pasuje do polityki prowadzonej przez MEN.
W sytuacji, gdy obecne kierownictwo resortu edukacji podejmuje kolejne działania ograniczające obecność religii w szkole, Terlikowski przede wszystkim rozlicza biskupów. Gdy Kościół protestuje przeciwko marginalizacji katechezy, słyszymy, że problemem jest rzekomo nieudolność jego przywódców i niezdolność do „zdiagnozowania rzeczywistości”.
A gdzie w tej diagnozie jest odpowiedzialność tych, którzy decydują się tak radykalne zmiany?
Rzecznik MEN bez etatu?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że dawny katolicki publicysta coraz częściej mówi językiem, który doskonale współbrzmi z przekazem środowisk niechętnych obecności Kościoła w szkole.
Dlatego pytanie „Terlikowski nowym rzecznikiem MEN?” jest pytaniem o kierunek jego publicystyki.
Może więc zamiast kolejny raz tłumaczyć Kościołowi, dlaczego MEN ma rację, warto zadać prostsze pytanie:
Czy naprawdę problemem jest jeszcze obecność religii w szkole, czy raczej to, że komuś bardzo zależy, aby jej tam już nie było?
— Tomasz Sypniewski
członek Stowarzyszenia Katechetów Świeckich
1. Oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski „Młody człowiek zasługuje na więcej” z dn. 24.08.2026.













