Strona główna
,,Św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu" - część I - z serii tekstów red. Renaty Kopeć
red. Renata Kopeć oddaje dla Katolickiego Słowa Dziennikarzy sukcesywnie powstające części nowej serii tekstów pt.:
,,Św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu"
Wprowadzenie - do serii tekstów
Oddaję w ręce Czytelników pierwszą część przygotowywanej serii „św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu”. Kolejne części są jeszcze opracowywane, lecz mam nadzieję, będą ukazywać się regularnie, w miarę postępu prac. Nie są one próbą napisania kolejnej biografii św. Jozafata Kuncewicza, ani hagiografii, ani zestawieniem faktów. Nie zamierzam również zastępować opracowań historycznych, ani nie mam ambicji wejścia w kompetencje historyków. Pokuszę się natomiast spróbować odpowiedzieć na pytanie: jak wielka historia staje się historią jednego człowieka? A konkretnie człowieka, którego nazywamy św. Jozafatem Kuncewiczem. Chciałabym odsłonić w zatartej ikonie jego świętości człowieka, ukrytego pod warstwami późniejszych interpretacji. Sprawić, by inni też go ujrzeli. Zależy mi również na przywróceniu tej ikonie żywego blasku, na podobieństwo dobrego renowatora dzieł sztuki, pod którego rękoma rozświetlają się nagle dzieła artystów.
Zacznę najpierw od renowacji tła. Interesuje mnie to, co wydarzyło się wokół Jozafata i świat który go ukształtował. Świat styku państwa carów i Rzeczypospolitej, świat pełen sporów religijnych porównywalnych z potężnym trzęsieniem ziemi, wielkich przemian politycznych i wielkich idei. Idei, których autorami były często osoby pojedyńcze - zdolne wpływać poprzez myśli i słowa na losy całych narodów.
To właśnie w takiej rzeczywistości dorastał Jan Kunczyc – przyszły św. Jozafat. Po nobilitacji, która miała miejsce wraz kolejnymi stopniami w hierarchii kościelnej, nazwisko zaczęto zapisywać w formie „Kuncewicz”. I ta forma utrwaliła się w tradycji. Ale należy podkreślić, że Jan Kunczyc, który stał się później św. Jozafatem Kuncewiczem, był nadal dzieckiem swojej epoki, choć jego życie miało ostatecznie wykroczyć daleko poza jej granice.
Opierając się na ustaleniach historyków i dostępnych źródłach, próbuję spojrzeć na wydarzenia jego czasów nie tylko jako na ciąg faktów, lecz także jak na przestrzeń, w której dojrzewały jego charakter, wiara i wybory. Próbuję odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób ten człowiek żyjący pośród konfliktów, niepewności i gwałtownych przemian stał się świadkiem jedności, za którą gotów był oddać życie.
Mam nadzieję, że ta seria pozwoli spojrzeć na św. Jozafata właśnie z tej perspektywy – nie tylko jako na bohatera kart historii, lecz przede wszystkim jako na człowieka, którego życie toczyło się pośród wydarzeń zmieniających oblicze Europy Wschodniej. Jako na Rusina żyjącego w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, w epoce, w której Moskwa coraz śmielej rościła sobie prawo do duchowego i politycznego przywództwa.
Dlaczego „W cieniu Trzeciego Rzymu"?
„Trzeci Rzym" nie jest miastem. Jest ideą. Ideą, według której po upadku Rzymu i Konstantynopola to Moskwa miała stać się jedynym centrum prawdziwego chrześcijaństwa i strażniczką prawosławia. Z czasem idea ta przestała być wyłącznie religijną wizją. Stała się narzędziem polityki, dyplomacji i walki o wpływy. To właśnie w jej cieniu rozegrało się życie i męczeństwo św. Jozafata Kuncewicza. A także św. Andrzeja Boboli.
Po upadku Konstantynopola w 1453 roku, w Moskwie narodziła się idea, że to właśnie ona stała się jedyną prawowitą spadkobierczynią chrześcijańskiego Cesarstwa Wschodniego i jest ostatnią obrończynią prawosławia. Prawosławia rozumianego jako jedynej wiernej Chrystusowi. „Dwa Rzymy upadły, trzeci stoi, a czwartego nie będzie." - głosi znana formuła przypisywana mnichowi prawosławnemu Filoteuszowi z Pskowa. Z czasem nie była to już tylko koncepcja religijna. Stała się fundamentem polityki państwa moskiewskiego, uzasadniając jego ambicje wobec ziem ruskich i prawosławnych wiernych pozostających poza jego granicami.
To właśnie w czasie, gdy ta idea Trzeciego Rzymu stawała się jednym z filarów polityki państwa moskiewskiego, przyszło żyć i działać św. Jozafatowi Kuncewiczowi
Nie przypuszczał on zapewne, że jego życie będzie polem zderzenia dwóch wizji chrześcijaństwa: jednej budowanej wokół jedności Kościoła, drugiej wokół przekonania, że tylko Moskwa jest prawowitą spadkobierczynią chrześcijaństwa.
*. *. *.
Część I.
Czy oprycznina naprawdę się skończyła?
Formalnie - tak. W 1572 roku Iwan IV rozwiązał opryczninę. Lecz niektórzy historycy twierdzą, że istniała aż do 1602 roku. Wcześniej zniknęła jej nazwa i wyjątkowy status administracyjny.
Czy jednak wraz z nią zniknęli ludzie, którzy ją tworzyli? Oczywiście, że nie. Oprycznicy nie rozpłynęli się przecież w powietrzu. Wielu z nich pozostało na służbie państwa rosyjskiego. Wypracowane w poprzednich latach metody sprawowania władzy, oparte na bezwzględnej lojalności wobec cara, rozbudowanej sieci donosów, obserwacji i zastraszaniu przeciwników - nie zniknęły niestety wraz z likwidacją samej instytucji.
Historycy różnią się w ocenie, na ile można mówić o ciągłości między opryczniną a późniejszym aparatem państwowym. Trudno jednak nie zauważyć, że doświadczenia zdobyte w czasach Iwana Groźnego pozostawiły trwały ślad w sposobie funkcjonowania państwa rosyjskiego. Gdy kilkadziesiąt lat później rozbudowywano w Rosji urzędy odpowiedzialne za dyplomację i pozyskiwanie informacji, tzw. prikazy, to tworzono je już w państwie, które dobrze znało wartość strachu, nadzoru i informacji.
Uchodźcy
W czasie panowania opryczniny na drogach prowadzących z państwa moskiewskiego ku Wołyniowi i innym wschodnim i południowym ziemiom Rzeczypospolitej pojawiali się ludzie, którzy uciekali przed głodem, przed wojną, przed terrorem.
Wyobraźmy sobie jak szli, z niewielkim tobołkiem lub bez, a może jechali wozem? Z jakimiś skrzyniami, zapasami? Czasem prowadząc dzieci, krewnych, a czasem samotnie. Byli wśród nich chłopi, słudzy bojarów, a może i całe rodziny bojarskie, rzemieślnicy, kupcy, wędrowni mnisi, a zapewne ludzie, którzy utracili wszystko podczas kolejnych fal przemocy ogarniających państwo moskiewskie pod koniec XVI wieku. Pogranicze od wieków było miejscem przenikania ludzi, towarów i wiadomości, ale ta fala uchodźców była wyjątkowa.
Nie tylko zwykli ludzie szukali schronienia po drugiej stronie granicy. Zdarzało się, że przed carem uciekali również przedstawiciele najwyższych warstw państwa moskiewskiego. Najbardziej znanym był książę Andriej Kurbski, który znalazł schronienie w Rzeczypospolitej. Polityczni emigranci nie tylko chronili tam swoje życie, ale nierzadko włączali się później w działania zbrojne przeciwko carskiej Rosji, w trakcie późniejszych wojen czy dymitriad.
Skutki polityki prowadzonej przez cara nie skończyły się wraz z formalnym rozwiązaniem opryczniny. Konfiskaty majątków, przesiedlenia, wojna inflancka i kryzys gospodarczy pozostawiły po sobie ślady, które odczuwano jeszcze przez długie lata.
Włodzimierz Wołyński, w którym dorastał Jan Kunczyc, nie był miejscem odciętym od wydarzeń dziejących się za wschodnią granicą. To właśnie tu, na szlakach komunikacyjnych wielka polityka spotykała się z ludzkimi historiami.
Czy kilkuletni Jan, urodzony około 1580 roku, - mógł słyszeć opowieści ludzi przybywających z Moskwy? Czy mógł spotkać kupców, mnichów lub uciekinierów niosących ze sobą wspomnienia o kraju, w którym własny władca zwrócił aparat państwa przeciwko swoim poddanym? Albo słyszał je od rodziny i sąsiadów?
Wiemy, że takie opowieści krążyły po pograniczu. Właśnie w takim świecie, ukształtowanym przez wojny, migracje i walkę o chleb, dorastał Jan Kunczyc, nasz przyszły św. Jozafat Kuncewicz. Włodzimierz Wołyński, choć nie był miastem pogranicza, jednak leżał na ważnym szlaku handlowym, przez który przechodzili kupcy, duchowni, żołnierze i uchodźcy.
Sam Jan nie należał jednak do ludzi wyrwanych ze swojej ojcowizny. Był dzieckiem miejscowego mieszczaństwa, wychowanym w mieście, w którym od pokoleń spotykały się różne tradycje, języki i wyznania. Ojciec Jana - Hawryło (Gabriel) Kunczyc, był kupcem handlującym zbożem i ławnikiem miejskim. Jego dom nie należał więc ani do świata książęcych dworów, ani do chłopskich zagród. Kupiec żył pośród ludzi. Musiał słuchać nowin, przyjmować przybyszów, prowadzić interesy z obcymi i orientować się w wydarzeniach rozgrywających się daleko poza murami rodzinnego miasta.
Właśnie rodzina mieszczańska pozwoliła Janowi być blisko życia zwykłych ludzi i bieżących wydarzeń. Pozwalała mu widzieć i poznawać świat szerzej, w przeciwieństwie do dzieci z rodzin książęcych czy bojarskich, często strzeżonych kordonem służby i straży, lub dzieci z rodzin chłopskich zaprawianych od wczesnych lat do obowiązków i ciężkiej pracy fizycznej.
Jego mama Maryna, która prowadzała Jana do cerkwi, była głęboko religijną kobietą. Według niektórych przekazów, dokładnie już jako sześcioletni chłopiec przeżył mistyczne doświadczenie. Mama była świadkiem tego zdarzenia i jednocześnie pierwszym przewodnikiem duchowym. Hagiografia opisuje je jako „iskrę”, która spadła z serca Ukrzyżowanego na serce Jana i rozpaliła w nim miłość do Chrystusa. Spadła po pytaniu, które zadał chłopiec patrząc na krzyż.
- Kim jest Ten, który cierpi i dlaczego?
To pytanie, zadane z wnetrza kształtującego się człowieczeństwa, mówi o Jozafacie więcej, niż niejeden późniejszy życiorys. Świadczy o otwarciu na drugiego człowieka, bystrości umysłu, gotowości do odwagi, tam, gdzie inni mogliby odwrócić wzrok.
Jeżeli wydarzenie to miało miejsce tak, jak je opisują, trudno nie dostrzec w kilkuletnim Janie niezwykłej predyspozycji do zmierzenia się z czymś, co przekracza nie tylko dziecięce doświadczenie. Tradycja chrześcijańska od wieków podkreśla, że autentyczne doświadczenie Boga nie jest łatwe – nicuje człowieka na wskroś i stawia przed nim wymagania.
Janek, czy jak być może mama mówiła - Wania - nie znał jeszcze wtedy wszystkich sił, które miały wpłynąć na jego losy. Nie wiedział, że troska o jedność Kościoła stanie się rdzeniem jego życia, wraz z rywalizacją o to, kto ma prawo mówić w imieniu chrześcijańskiego Wschodu. Choć być może to przeczuwał….
Państwo, które umie zarządzać strachem.
Gdy mówi się o opryczninie, najczęściej przywołuje się obraz jeźdźców w czarnych pelerynach, z psimi łbami i miotłami przy siodłach - symbolami tropienia zdrajców i „wymiatania" ich z państwa. Ten obraz przeszedł do historii i literatury. Jest niezwykle sugestywny, ale nie oddaje całego znaczenia opryczniny.
Była ona przede wszystkim eksperymentem politycznym.
W 1565 roku Iwan IV wydzielił znaczną część państwa jako własną domenę, podporządkowaną wyłącznie sobie. Dotychczasowi właściciele ziem - bojarzy - byli usuwani, a ich majątki konfiskowano. Na ich miejsce pojawiali się oprycznicy, całkowicie zależni od cara. Ich pozycja nie wynikała z urodzenia ani tradycji rodowej, lecz z osobistej lojalności wobec monarchy.
Tak rodził się nowy model państwa. Nie opierał się już wyłącznie na prawie dawnych elit, ale na strachu, kontroli i nieustannym poszukiwaniu wrogów.
Oprycznicy nie byli tylko formacją wojskową, centurionami cara. Pełnili funkcje policyjne, śledcze i wykonawcze. Prowadzili konfiskaty, uczestniczyli w przesłuchaniach, wykonywali wyroki i zbierali informacje o osobach podejrzewanych o nielojalność. Donosy zaczęły odgrywać ogromną rolę, a podejrzenie mogło wystarczyć do utraty majątku, wolności lub życia.
Historycy nie są zgodni, jak daleko można prowadzić analogie między opryczniną a późniejszymi formacjami wywiadowczymi państwa rosyjskiego. Wielu z nich zwraca jednak uwagę, że właśnie w tym okresie utrwalił się sposób myślenia o władzy, w którym aparat państwowy miał przede wszystkim chronić interes panującego, wykorzystując do tego rozbudowaną sieć informacji, nadzoru i represji.
Głód - cichy sprzymierzeniec terroru
Konfiskata ziem nie była jedynie zmianą właściciela. Za każdą odebraną posiadłością kryli się ludzie: rodziny bojarów, zarządcy, chłopi, rzemieślnicy i służba. Wielu z nich wypędzano. Bowiem w państwie cara Iwana Groźnego wina była zbiorowa. Wina lub podejrzenie, czy domniemanie winy powodowało usunięcie wszystkich ludzi związanych z obwinionym. Gospodarstwa, które przez pokolenia funkcjonowały według ustalonego porządku, nagle traciły swoich gospodarzy. Nowi właściciele często nie byli przygotowani ani merytorycznie ani organizacyjnie do zarządzania przejętymi dobrami.
Do tego dochodziła wyniszczająca wojna inflancka, epidemie oraz kryzys gospodarczy.
W rezultacie w wielu regionach państwa moskiewskiego doszło do załamania produkcji rolnej i niedoborów żywności. Głód nie był wyłącznym skutkiem opryczniny, lecz konsekwencją kilku katastrof, które nawzajem się wzmacniały.
Nie zmienia to faktu, że ludzie opuszczali swoje wsie. Niektórzy szukali schronienia na pograniczu. Inni zasilali grupy włóczęgów i zbiegów.
Jeszcze inni uciekali na południe, gdzie rodziły się społeczności kozackie, coraz mniej zależne od jakiejkolwiek władzy.
To właśnie z tego świata niepewności jutra, przemocy i przesiedleń wyłaniała się nowa Europa Wschodnia. A państwo moskiewskie wyciągało z tych doświadczeń własne wnioski. Jeden z nich z nich brzmiał: kto posiada informacje, ten posiada władzę.
Głód, wojna i terror rodziły jeszcze jedno zjawisko, o którym rzadziej się pamięta. Nie wszyscy uciekinierzy odnajdywali nowe miejsce do życia. Wielu traciło rodziny, domy i środki do utrzymania. Pozbawieni dawnego świata, stawali się ludźmi bez pana i bez ziemi, bez środków utrzymania. W sposób nagły przemieniali się w ludzi, których szanse na przeżycie następnego dnia były nikłe.
Ci ludzie próbowali rozpocząć życie od nowa w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Najmowali się do pracy, służby lub wojska. Byli jednak i tacy, którzy schodzili na drogę rozboju. W źródłach z epoki pojawiają się określenia: „ludzie luźni", „włóczędzy", „zbójcy” czy „rozbójnicy". Dziś słowo „zbójca" bywa kojarzone z ludowymi legendami i romantycznymi opowieściami, lecz dla mieszkańców przełomu XVI i XVII wieku oznaczało śmiertelne zagrożenie. Tylko wieść o zbliżającej się bandzie ,,luźnych’’ wystarczała, by zamykano bramy miast, ukrywano dobytek, kobiety i dzieci i przygotowywano się do obrony.
Człowiek jest najcenniejszym nośnikiem informacji
Na pograniczu między Carstwem Moskiewskim a Rzecząpospolitą mieszały się losy ludzi uczciwych z losami tych, których wojna i nędza popchnęły ku przemocy. Święci, Judasze i zwykli Barabasze wędrowali tymi samymi drogami. Kupcy, pielgrzymi, uchodźcy, zbiegli chłopi, najemnicy i rozbójnicy przemierzali te same szlaki i lokowali się w tych samych miastach. Razem z nimi wędrowały wiadomości, plotki, propaganda i polityczne pogłoski. A także i choroby.
Właśnie w takim środowisku państwa zaczęły dostrzegać nie tylko zagrożenie, ale także szansę. Wśród ludzi wykorzenionych łatwiej było znaleźć przewodników, kurierów, informatorów czy równie niebezpiecznych jak dzisiejsi szpiedzy, płatnych popleczników. Niektórzy szukali jedynie chleba i bezpieczeństwa, inni gotowi byli służyć temu, kto zapewnił im utrzymanie. W ten sposób chaos pogranicza przenikał w głąb państwa polskiego i stawał się przestrzenią, w której rodziły się zalążki nowoczesnej działalności wywiadowczej.
Czy właśnie z takich doświadczeń wyrastały późniejsze metody działania państwa moskiewskiego? Nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie. Trudno jednak pominąć fakt, że w tym czasie władza, nie tylko w Moskwie, coraz częściej dostrzegała wartość nie tylko armii, lecz także informacji oraz ludzi, którzy potrafili je zdobywać. A także przekazywać.
Włodzimierz Wołyński nie leżał bezpośrednio przy granicy z państwem moskiewskim, pozostawał jednak miastem otwartym na wschód. Przebiegały tędy ważne szlaki handlowe i komunikacyjne, którymi wędrowali kupcy, duchowni, żołnierze i uchodźcy.
Każdy z nich niósł ze sobą coś więcej niż własny dobytek. Niósł wiadomości. Niektóre z nich mogły decydować o losach narodów. W świecie, jeszcze bez bez gazet, to człowiek był najważniejszym nośnikiem informacji. Jedne z tych wiadomości dotyczyły cen zboża, inne ruchów wojsk i wartości uzbrojenia, a jeszcze inne sporów. Także religijnych.
Św. Jozafat miał dużo później sam stać się człowiekiem, którego słowa, podróże i działalność przekraczały granice państw i wyznań. W epoce, w której informacja stawała się narzędziem wpływu, również duchowni stawali się uczestnikami wielkiej gry idei.
W roku 1596, gdy w Brześciu Litewskim biskupi prawoslawni pieczętowali z katolickimi akt unii z Kościołem rzymskim, szesnastoletni Jan Kunczyc opuszczał rodzinny Włodzimierz Wołyński i wyruszał ku Wilnu, aby uczyć się kupieckiego fachu. Nie wiemy, o której porze roku wyruszył w tę długą podróż. Wiemy tylko, że pewnego dnia zostawił rodzinny dom i wszedł na drogę, z której już nigdy nie zawrócił. Czy jego droga prowadziła przez Brześć? Czy widział gromadzących się tam hierarchów kościoła katolickiego i prawosławnego? Lub podróżujących w niezwykłym celu podpisania dokumentu o jedności Kościoła? Jest to tylko przypuszczenie, do którego jednak mamy prawo, bo wiemy, że przemierzał tę samą przestrzeń, na której rozgrywało się jedno z najważniejszych wydarzeń religijnych jego epoki.
Koniec części 1
/-/ Renata Kopeć, ilustracja Autorki
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
"...zrozumieć sens ofiary bł. ks. Jerzego Popiełuszki ...." świadectwo świadka
Zrozumieć księdza Jerzego.
Właściwie powinienem zacząć od - zrozumieć sens ofiary życia księdza Jerzego. Jednak nad tym można się zastanawiać, kiedy już zrozumiemy dlaczego stało się to, co się stało. Żeby zrozumieć księdza Jerzego i sens Jego ofiary trzeba koniecznie poznać jego historię, w tym i historię całego jego życia. Ale tu właśnie pojawia się problem. Do dziś nie ukazała się żadna w pełni wiarygodna biografia księdza. Owszem jest ich kilka, jedne bardziej uczone od drugiej, ale z żadnej nie dowiemy się jaka była prawdziwa historia posługi tego księdza, ani jego trudna droga do seminarium, w nim i po jego ukończeniu. Dane zamieszczone w tych biografiach oparte są głównie na oficjalnych zapisach, w tym i tych w kartotekach kościelnych. Tam wszystko jest też zapisane, jak trzeba… Najmniej dowiemy się z tych publikacji, o stosunku zwierzchników księdza do niego i jego działaności. Dziś oczywiście pojawia się już coraz więcej nieznanych świadectw i ktoś, kto się tym bliżej interesuje może sobie z grubsza poukładać fakty i jak to się mówi, połączyć kropki. 42 lata temu ja nie miałem takiego komfortu, musiałem sam przebijać się przez mur niewiedzy. Dla mnie pierwsze próby rozwikłania niejasności zaczęły się 20 października 1984 roku, a tak naprawdę w dniu ogłoszenia w dzienniku telewizyjnym, że z wód zalewu włocławskiego wydobyto zwłoki księdza Jerzego. Wtedy właśnie, chyba po raz pierwszy zadałem sobie pytanie - dlaczego. Dlaczego do tego doszło i komu zależało na tym, żeby ksiądz Jerzy zginął w tak dramatycznych okolicznościach. 20 października wszyscy myśleliśmy jeszcze, że doszło do porwania i wkrótce poznamy żądania porywaczy i wszystko będzie jasne. Stało się jednak inaczej i od 30 października trzeba było szukać jakiegoś logicznego uzasadnienia tego dramatu. Stało się to moim osobistym wyzwaniem.
19 października miałem pojechać z księdzem do Bydgoszczy. Późnym wieczorem w przeddzień wyjazdu zostałem powiadomiony telefonicznie, że na moje miejsce zgłosiły się dwie osoby, deklarując wolę towarzyszenia księdzu. Byli to znani działacze opozycyjni i księdzu zależało na ich obecności na spotkaniu. Niestety, żadna z tych osób nie stawiła się nazajutrz w umówionym miejscu, o ustalonej godzinie. Dalszy ciąg tej historii jest powszechnie już opisany w wielu, w tym i w moich opublikowanych tekstach. Przypomnę tylko, że do Bydgoszczy miało nas jechać kilka osób. Wszyscy podobnie jak ja, zostali przez księdza odwołani. W zasadzie na tym opisie tej historii można by zakończyć zainteresowanie sprawą. Tak postąpiło wielu z tych, którzy mieli towarzyszyć księdzu w tej podróży. Ja otrzymałem zapewnienie, że po powrocie z wyjazdu, ksiądz powie mi kto był powodem mojego odwołania i dlaczego ich towarzystwo było tak ważne. Stawiłem się więc rankiem 20 października i… Jak wiemy, ksiądz nie mógł już udzielić mi odpowiedzi. Ponieważ byłem bezpośrednio zainteresowany tym co i dlaczego się stało, rozpocząłem własne dochodzenie.
Muszę tu dodać, że od 1982 roku należałem do, tak naprawdę, nielicznego grona osób z najbliższego otoczenia księdza. Trafiłem do niego wiosną tamtego roku. Mój wyrzucony z pracy kolega, działacz Solidarności, potrzebował pomocy. Nie mialem nic wspólnego z polityką, a kościołem interesowałem się też tylko na tyle żeby wiedzieć, że trzeba czasem uczestniczyć w Eucharystii. Zajmowałem się wtedy zarabianiem pieniędzy we własnej firmie ogrodniczej, i swój czas poświęcałem rozwijaniu tej działalności. Jednak na prośbę kolegi pojechałem z nim na Żoliborz. Okazało się, że nie tylko on, ale i ksiądz też potrzebował pomocy. Konkretnie przy rozładunku i dystrybucji darów, które otrzymywał od europejskiej Polonii. Po krótkim wzajemnym zapoznaniu, natychmiast zajęliśmy się pomocą przy dystrybucji tych darów. Ksiądz Jerzy znalazł wkrótce pracę dla mojego kolegi i tak się stało, że został on jednym z najbliższych jego pomocników. Razem od tego czasu stanowiliśmy zespół wsparcia księdza i to do nas zwracał się on często, kiedy inni zawodzili. Od wiosny 1982 roku do października 1984 brałem udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach związanych z działalnością księdza Jerzego.
Jednak to dzień 19 października stał się datą graniczną od której dla mnie zaczęło się szukanie odpowiedzi na powyższe pytania - kto, dlaczego i jak to zrozumieć. Próby wyjaśnienia tych spraw zajęły mi kilka dziesięcioleci. Nie jest możliwe opisanie całej tej historii na kilku kartkach A 4. Oczywiście napisałem już kilkadziesiąt wielostronicowych tekstów o randze świadectwa, są one dostępne, ale dziś chodzi raczej o refleksję zawartą w tytule.
Już pierwszego dnia po porwaniu księdza, zacząłem spotykać się z ludźmi z jego otoczenia. Prowadziłem sporo rozmów, które pomagały mi rozpoznać wiele z istotnych problemów. Zebrałem dużo świadectw, w tym i takie, których nikt nigdy już nie odtworzy. Większość z moich rozmówców od dawna już nie żyje. Prawie nikt z nich nie zostawił zapisków, które dziś mogłyby pomóc badaczom tej sprawy. To między innymi dlatego czuję się w obowiązku podzielenia się tym co wiem o tej sprawie. Chcę wierzyć, że kiedyś przyda się to w dojściu do prawdy o przyczynach i samym akcie męczeńskiej śmierci, już dziś błogosławionego księdza.
Moja wiedza jest rozległa, ale mam problem z takim jej przedstawieniem, żebym i ja był zrozumiany. Zrozumieć sens ofiary księdza Jerzego, to jeden kłopot, a kolejnym jest zrozumienie świadka. Tu przywołam definicję papieża Franciszka:
„Świadek to ten, który widział, który pamięta i opowiada. Zobaczyć, pamiętać i opowiadać, to trzy czasowniki opisujące tożsamość i misję. Świadek to ten, który widział, ale nie obojętnym okiem; on zobaczył i zaangażował się w to wydarzenie. Dlatego pamięta, nie tylko dlatego, że potrafi dokładnie zrekonstruować wydarzenia, ale dlatego, że te fakty przemówiły do niego, a on zrozumiał ich głęboki sens.” ------ Ojciec św. Franciszek - Watykan, 19 kwietnia 2015 roku (Regina Coeli).
Tak - jestem przekonany, że fakty które poznałem przemówiły do mnie i zrozumiałem ich głęboki sens. Jednak ci, którzy zaplanowali przeprowadzenie operacji „Popiel” i ci, którzy przed październikiem 1984 r. przejeli jej realizację, zadbali też o to, żeby kogoś, kto zrozumie głęboki sens ich działaności pozbawić wiarygodności. Dokonano tego bardzo prostym zabiegiem. Najbliższego i zaufanego powiernika księdza Jerzego, który po porwaniu ich obu pod Górskiem, wyskokiem z samochodu przyczynił się do skomplikowania operacji porwania oraz dalszych planów jej zleceniodawców, oskarżono o współudział w zbrodni. Tak się składa, że był to ten sam od wielu dziesięcioleci mój bliski znajomy Waldemar Chrostowski, z którym wiosną 1982 roku pojechałem do księdza Jerzego, by pomóc w znalezieniu pracy dla niego.
To zupełnie bezpodstawne oskarżenie miało właśnie taki cel, żeby zapobiec jakimkolwiek próbom innej interpretacji tego co było zaprojektowane przez spiskowców. Chodziło konkretnie o blokadę powstania takich interpretacji w środowisku księdza Jerzego. Sprawiło ono, że podejrzeniem o współpracę z agenturą zostanie objęty każdy, kto podejmie się podważenia tych zarzutów. Od czasu publicznego oskarżenia Chrostowskiego o zdradę, wyrosło całe pokolenie entuzjastów tej sensacyjnej teorii. Na nic zda się więc logiczne obalanie irracjonalnych pomówień. Często pytam - cóż to za agent, który wskazując na swoich wspólników, wysyła ich na wieloletnie więzienie, a oni go o współpracę nie oskarżają? Ale to - jak grochem o ścianę.
Proces toruński powszechnie już uznany za komunistyczną manipulację wykazał, że zabójcami są trzej porywacze księdza. Jednak efekt dochodzenia prokuratora Andrzeja Witkowskiego, choć nie potwierdzony jeszcze procesowo w wiarygodny sposób dowodzi, że męczeństwo księdza trwało wiele dni. Coraz więcej osób w tym i tych z grona Rady Naukowej przy żoliborskim Muzeum ks. Jerzego jest przekonanych o tym, że w tej sprawie prokurator ma absolutną rację. W mojej opinii wiarygodność dochodzeń tego prokuratora, osłabia jednak właśnie bezpodstawne oskarżenie Chrostowskiego.
Nie wiem oczywiście z jakiego powodu, z czyjej inspiracji ten śledczy IPN zdecydował się na takie posunięcie. Najpewniej podsunął mu to zleceniodawca śledztwa. Chodzi o Gurgula, wysokiej rangi urzędnika ongiś prlowskiego ministerstwa sprawiedliwości. Ten były urzędnik, jeśli jeszcze żyje powinien mieć około 100 lat. Można się tylko domyślać, że miał on związek z pomysłami „minionego” systemu.
To wszystko ma o tyle znaczenie, że pokazuje uwarunkowania w jakich przyszło księdzu Jerzemu realizować swoją misję Bożego posłańca za życia, jak i teraz.
Jan Paweł II powiedział w czerwcu 1979 roku w Warszawie, że nie możemy zrozumieć tego miasta bez Chrystusa: „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa - to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Dalej JP II mówił: „ Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski - Tę regułę trzeba właśnie dziś zastosować i do zrozumienia księdza Jerzego. Trzeba zgłębić Ewangelię, żeby zrozumieć co stało się z nim, kiedy szatan wepchnął go w sidła machiny zła. Kiedy owej październikowej nocy 1984 roku zawleczono go przed sąd ludzi, którzy uzurpują sobie prawo do zmiany oblicza świata wedle ich bezbożnej wizji. Los Jezusa Chrystusa opisany w Ewangelii, jasno pokazuje kto i dlaczego ongiś zdecydował o skazaniu Go na śmierć. Podobnie było i z księdzem Jerzym. Różnica jest tylko taka, że nie poznaliśmy jeszcze składu sądu który wydał ten wyrok. Nie wiemy, kto był Annaszem, a kto Kajfaszem. Wtedy w Jerozolimie był Cezar i Sanhedryn i podjudzony lud. Dziś mieliśmy do czynienia z ludźmi władzy różnych ugrupowań i z masonerią, która tu i teraz pełni rolę starszych. Jak podzielono role, kto ostatecznie zdecydował o losie pojmanego - niestety jeszcze długo będzie okryte tajemnicą spiskowców.
Jan Paweł drugi przypominał jeszcze: „Chrystus nie przestaje być wciąż otwartą księgą nauki o człowieku, o jego godności i jego prawach. A zarazem nauki o godności i prawach narodu”. To właśnie o te prawa upominał się dziś już błogosławiony męczennik, ksiądz Jerzy Popiełuszko. Dla jego oprawców to właśnie było problemem -jednym z problemów…
Tak - dziś jestem pewny, że ksiądz Jerzy przeszedł przez życie śladami Chrystusa. Dlatego bez Chrystusa nie zdołamy zrozumieć sensu jego męczeńskiej ofiary. Z takim zrozumieniem mamy problem my zwykli ludzie, ale jak zrozumieć to, co po 41 latach od tej zbrodni dzieje się z się z hierarchią Kościoła. Kilka tygodni temu odbyła się w siedzibie Archidiecezji warszawskiej konferencja na której uczeni z tzw. Rady Naukowej przy Muzeum bł. księdza Jerzego dowodzili na podstawie analizy kopii filmowej z sekcji zwłok, że ksiądz Jerzy chyba nie był męczennikiem. Według uczonego z Krakowa, Jego męczeństwo w najlepszym wypadku miało trwać ledwie kilkadziesiąt minut, bo ksiądz zginął w wyniku uduszenia się kneblem w ustach.
Jestem świadkiem w procesie beatyfikacyjnym księdza Jerzego. Jestem też świadkiem w trwającym od dziesięcioleci śledztwie w sprawie o ustalenie inspiratorów tej, nazwanej przez wielu, zbrodni założycielskiej III RP. Poznałem życie księdza rok po roku, od dzieciństwa po tragiczną męczeńską śmierć i w żadnym razie nie zgodzę się z powyższą opinią, lansowaną przez taką, czy inną naukową radę. Zmontowany przez esbeckich specjalistów zapis, wykonanej w specjalnym miejscu sekcji zwłok, nie jest godny wiary.
Tak jak wspomniałem, znam odpowiedzi na wiele pytań w tej sprawie. Tym, którzy nie do końca zrozumieli to odniesienie do Ewangelii, podpowiem jeszcze - jest też kilka innych sposobów na rozwianie istniejących wątpliwości.
Prokurator Witkowski bez trudu wykazał, że ksiądz był wrzucony do wody 25, a nie tak jak to ogłoszono w Toruniu 19 października. Wynika z tego, że przez kilka dni od porwania był on męczony, najprawdopodobniej w bunkrze pod Kazuniem. To akurat można jednoznacznie wyjaśnić. Wystarczy zdecydować o poddaniu wnikliwym badaniom na okoliczność obecności pyłków ziemi i roślin, w zachowanej w doskonałym stanie sutannie księdza Jerzego. Można po 2 tysiącach lat zbadać całun turyński, to dlaczego nie sutannę? Tym którzy twierdzą, że nie jest to oryginał podpowiadam - są też dobrze zachowane i zabezpieczone pozostałe części garderoby. W czym problem? A raczej, kto ma problem z podjęciem stosownej decyzji....?
W jednym z białostockich kościołów przechowywane są jako relikwie, cudem ocalone przed utylizacją części ciała księdza pobrane do badań histopatologicznych. Są tam zakonserwowane próbki z serca oraz wątroby i wielu innych tkanek miękkich. Można je też poddać różnym analizom pomocnym w ustaleniu prawdy, zanim ostatecznie zostaną podzielone na cząstki do relikwiarzy. Do kogo należą w tych sprawach decyzje? Dysponentem tych szczątków jest Kościół. Czy nie lepiej polegać na wynikach takich badań, zamiast wzbudzać emocje, publiczną dyskusją nad wątpliwej jakości filmowym zapisem z, jak wiele na to wskazuje, tendencyjnie przeprowadzonej sekcji zwłok. Wyniki takich badań trzeba następnie upublicznić i zakończy się dyskusja, czy miejscem męczeństwa jest, czy nie jest Kazuń. W końcu trzeba jeszcze odnieść się do starej rzymskiej zasady - kto odniósł korzyść, ten winien. W tym przypadku oczywiście powinniśmy mówić - kto chciał odnieść korzyść, bo stara betonowa komuna, skutecznie zablokowała pomysł spiskowców na wywołanie ulicznych zamieszek.
Jezus powiedział do apostołów: „Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówią wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach”. Dlaczego nie wolno nam dziś głośno mówić o roli masonerii w spisku, którego celem jak wielu twierdzi, była budowa na bazie tej zbrodni, nowej, trzeciej już RP. Nie wolno - czy dlatego, że boimy się tak modnego dziś posądzenia o faszyzm, czy jak było w przypadku św. Maksymiliana Kolbe antysemityzm??? W tej samej cytowanej powyżej Ewangelii Jezus powiedział - „nie bójcie się ludzi…”.
Nikomu nie wolno umniejszać okrucieństwa męczeństwa, jakiemu został poddany bł. ks. Jerzy. Negacji jego męczeństwa usiłowała dokonać junta wojskowych generałów. Według prok. Witkowskiego ciało księdza wydobyto z wód zalewu, związano sznurami w uzgodniony z porywaczami sposób i usiłowano jakąś substancją zamaskować efekt zmasakrowanej twarzy i rąk. To co usiłowała ukryć junta jest zrozumiałe, ale dlaczego dziś próbują to robić ludzie Kościoła? To naprawdę trudno zrozumieć.
Optymizmem nastraja zachowanie błogosławionego księdza Jerzego. On podobnie jak św. Andrzej Bobola sam upomina się o prawdę. Robi to skutecznie poprzez szerzenie kultu. Wielu pyta - jak to jest możliwe, że na wszystkich kontynentach świata jest już sporo ponad dwa tysiące kaplic z jego relikwiami. A no - możliwe. Do nas jego świadków, wierzących w świętych obcowanie, należy wspieranie go w tym dziele. Wzrost tego kultu w takiej skali wyraźnie dowodzi, że jego ofiara ma znaczenie dla porządku całego świata. Świata, który coraz wyraźniej ulega presji antykościoła. W którym nachalnie promowana jest ideologia rzekomej wolności, równości i braterstwa, a konsekwentnie niszczona jest łacińska cywilizacja. Dlatego właśnie należy, jak najszerzej promować przesłanie tego Męczennika. Zapisał je w swoich ostatnich publicznie wygłoszonych słowach. „ Módlmy się byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”. To jest testament i w tym jednym zdaniu zawiera się niemal cała jego ewangeliczna nauka. Do dziś jednak nie ma oficjalnego opracowania teologicznej wykładni tego przesłania. Nie ma też mowy o atrybutach tego męczennika. Wprawdzie wedle prawa, jest on czczony tylko lokalnie, ale czy te dwa tysiące kaplic na wszystkich kontynentach świata, nie zobowiązują uczonych teologów.
Dla nas dziś zobowiązaniem powinno być - Zrozumieć księdza Jerzego. Tylko jak to zrobić, skoro tak trudno zrozumieć świadka. Kiedy publikuję swoje świadectwa, często jestem pytany, czy nie powinienem pisać jaśniej i czy mam twarde dowody. I tu już zaczyna się problem. Zwykle to świadek jest dowodem. Oczywiście takie świadectwo można przyjąć, albo odrzucić. Tak przecież po wielu latach powstała Ewangelia…
Adam Nowosad - Warszawa, lipiec 2026 r.
--------------
Na fot. arch. red. , na transparencie widnieje napis: - "NIGDY NIE MOŻNA ZREZYGNOWAC Z WALKI O PRAWDĘ" słowa bł. ks. Jerzego Popiełuszki - przypis od red.: NIECH te słowa STANĄ SIĘ DROGĄ DLA NAS, WIERNYCH KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO - W SUMIENIU POSZUKUJMY PRAWDY O OFIERZE KS. JERZEGO, KIERUJMY SIĘ NAUKĄ, POSŁANIEM JAKIE NAM WSZYSTKIM POZOSTAWIŁ.
Amen.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
"...kamień zadośćuczynienia " red. Piotr Łysakowski specjalnie dla KSD
„Mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1,18).
„Nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Ga 6,14).
Nie bardzo wiem za co się teraz wziąć ?
Niedawno w Berlinie brutalnie potraktowano grupę Polaków, którzy wraz z Robertem Bąkiewiczem chcieli upamiętnić polskie ofiary II niemieckiego terroru. W życiu widziałem sporo, ale dawno nie widziałem takiej nieuzasadnionej policyjnej agresji. Kopanie, bicie pięściami, szarpanie, ciągnięcie po ziemi – wyraźnie ukierunkowana agresja. Nie wiem czy próba oddania hołdu przez zaniesienie pod „kamień zadośćuczynienia” Krzyża i kwiatów „zasługiwała” na taką reakcję sił porządkowych (gdziekolwiek, by to nie było – no chyba, że w Rosji albo na Białorusi) ? Nie ma tu zresztą szczególnego znaczenia i to, że według rzecznika berlińskiej usprawiedliwiającego chamstwo i zupełnie nieprawdopodobną agresję funkcjonariuszy, grupka polskich emerytów złamała jakieś zakazy (których według konstytucjonalisty Oskara Kidy nie złamała bo ich faktycznie nie było – niżej fragment z tekstu / oświadczenia Pana doktora „… niemiecka narracja o rzekomej „nielegalności” polskiego zgromadzenia rozpada się w pył …pomnik ten znajduje się w otwartej przestrzeni publicznej, która nie jest objęta żadnymi nadzwyczajnymi zakazami ani specjalnymi strefami wyłączonymi z manifestacji. …polska delegacja dopełniła wszelkich starań i formalnie zgłosiła zgromadzenie jako spontaniczne, a policja to zgłoszenie przyjęła … Rozwiązanie takiego zgromadzenia …wymaga zaistnienia skrajnych przesłanek, takich jak bezpośrednie i realne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Nic takiego nie miało miejsca. …”). Ciekawe jest w tym konkretnym przypadku jeszcze kilka spraw. Zanim zaczęto bić przeprowadzano jakieś telefoniczne „konsultacje”. Z kim i o czym rozmawiano tego nie wiemy, policjanci do pewnego momentu zachowywali się (w miarę) „normalnie”. Eksplozja agresji nastąpiła (można rzec) ni z tego ni z owego, jakby na wyraźne wydane polecenie (skąd i dlaczego ?). Czy nie było tu przypadkiem jakiejś „internacjonalistycznej” inspiracji, bo jaki interes mogli mieć Niemcy, by „lać obcych” obywateli ? Co rozumiem, pisząc to co piszę, spróbujcie sobie Państwo sami wytłumaczyć. Bąkiewicz to przecież jeden z „wrogów” obecnej władzy. Kolejna kwestia to reakcje „polskich elit”. „Zasłużyli” sobie, „dobrze im tak”, „kto sieje wiatr ten…”, za mało „dostali”, po co tam „łazili”, „prowokacje Bąkiewicza”, to „żadni emeryci” tylko „zadymiarze”, „tandetne przedstawienie” – to posłowie, „inteligenci” i zwykli „zjadacze chleba” tęskniący najwyraźniej za zdechłą komuną – 0 empatii dla potraktowanych po „europejsku” ludzi, którzy de facto NIC nie zrobili. Na to wszystko nakłada się wznowiona (może właśnie dzięki Bąkiewiczowi i jego „chuliganom”), ale bardzo słabo rezonująca w sferze publicznej Niemiec dyskusja o odszkodowaniach dla polskich ofiar okupacji i ich upamiętnieniu (o reparacjach ani mru, mru !!!), a także brak jakiejkolwiek, głębszej, reakcji polskich władz na berliński skandal (patrz wyżej). Zobaczymy jak to wszystko będzie się rozwijało. Czy tak jak zwykle, pogadają, pogadają i … płyńcie frajerzy, poczekamy aż reszta ofiar umrze sobie spokojnie (przy obecnym stanie służby zdrowia w Polsce nastąpi to prędzej niż później – patrz niże), czy może będą wreszcie jakieś konkrety ? Na brak tychże zwraca nawet uwagę Deutsche Welle „…Miały być pieniądze i humanitarny gest, ale miesiące mijają, a decyzji nadal nie ma. Byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i ofiary pracy przymusowej apelują do Berlina o wsparcie, którego mogą już nie doczekać…” (2.07.26). Tak więc trudno być przesadnym optymistą, wygląda na to, że Polaczkom wystarczy zbeszczeszczenie Krzyża i kolejne bajery o „Domu Polskim”, w którego tworzenie angażowali się wszyscy tylko nie polscy znawcy problematyki. I znowu piszę to z prawdziwą troską o dobre polsko niemieckie stosunki i działania dobrych ludzi po stronie niemieckiej (Florian Mausbach). Możesz sobie pisać „…na Berdyczów…”, wycedzi przez zęby życzliwy polski „Europejczyk” ! I jeszcze jedno (będzie to standardowe pytanie, powtarzane już dziesiątki razy), chciałbym zobaczyć taką samą interwencję aryjczyków z Berlina (szczególnie tego sprawnego i aktywnego blondynka, kilka razy, kopiącego człowieka leżącego na ziemi) wobec podobnej demonstracji wyznawców Islamu (alternatywnie Judaizmu).
Teraz trochę na wschód. Miejsce kaźni polskich profesorów we Lwowie (początek lipca 1941) - Wzgórza Wuleckie. Zamordowani przez Niemców, najprawdopodobniej przy udziale i na podstawie sformułowanych przez Ukraińców list proskrypcyjnych. Dziś to „Park Studencki” od północnego zachodu mamy ulicę „Generała Czuprynki”, od północy „bohaterów UPA”, od północnego wschodu „Stepana Bandery”. Jasne, że piszę o tym w ścisłym związku z aktualnym konfliktem wynikającym z kolejnych decyzji Zełenskiego i reakcją na te Prezydenta Karola Nawrockiego. Piszę jednak też i dlatego, że wymienione wyżej nazwy ulic zostały nadane niewątpliwie już dawno i znajdując się obok miejsca niebywałej wręcz tragedii polskich intelektualistów (przypomnijmy choćby tylko nazwiska Boya i Bartla, Ruffów, Łomnickiego, Renckiego, który umknął śmierci z rąk Sowietów po to by zginąć w kilka dni później z rąk Niemców i Ukraińców, a było ich dużo więcej tych znaczących dla naszego kraju, jego osiągnięć i prestiżu) i NIKT w Polsce nie reagował na te dzikie wyczyny. Podobnych afrontów ze strony ukraińskiej było i jest zresztą dużo więcej. A My co ? My nic milczymy i dajemy się bić „po pysku” i finansujemy banderowskie wyczyny artystyczne (nie tylko te zresztą). Teraz dopiero za sprawą Prezydenta jest reakcja, sabotowana przez pożytecznych idiotów, a może świadomych (i przy okazji nienawidzących głowy Państwa Polskiego) tego co robią Europejczyków, którzy szukają równowagi między potwornościami „Wołynia” i polską reakcją bredząc coś o tym, że Polacy też „…nabijali dzieci na widły…”, no i przecież „Akcja Wisła” – jakby między „Wołyniem” a „Wisłą” była jakakolwiek symetria. Tak to są ci sami którzy kpili z „emerytów Bąkiewicza” poniewieranych prze niemieckich „stróżów prawa”. Kiedyś rozmawiałem z byłym wysokim polskim dyplomatą pełniącym swoją misję w Moskwie. W trakcie rozmowy zeszło na wojnę kacapsko – ukraińską. Na wyrażone przeze mnie zdziwienie w jakiejś kwestii … powiedział „…a co ty myślisz , że oni różnią się czymkolwiek od Rosjan ? Nie, są tacy sami, a może nawet gorsi…”. Piszę o tym z głęboką troską i jako człowiek, który włożył parę lat temu sporo wysiłku w to, by budować polsko – ukraińskie porozumienia (na marginesie, warto zauważyć, że te moje wysiłki zostały „uwalone” przez „Europejczyków” właśnie i nieudolność, zwykłą głupotę i niechęć do „roboty” wysokopostawionych urzędników państwa polskiego, którym „to” wtedy „zwisało i powiewało”, a mogli zrobić dosłownie wszystko, by jednym słowem uruchomić procesy, które dziś dawałyby jakąś szansę na polsko – ukraiński dialog – mogli ale nic nie zrobili). Słyszę teraz głosy, „gdyby nie Ukraińcy to” … , przecież „oni walczą za Nas…”. Ktoś tam nawet wykrzykuje „…polscy żołnierze na Ukrainę…” (to akurat ten, który swoich synów ma gdzieś daleko do Polski), „wszystko wina Nawrockiego…” !!! I ani słowa o tym, że gdyby nie Polska Ukraina nie przetrwałaby pierwszych tygodni najazdu Hunów. I ani słowa o tym, że oni jednak głównie walczą „…za siebie i o siebie…” , a nie o „Nas”. O „Nas” niejako przy okazji i ze względu na taką a nie inną geografię, a nie z miłości. Dla każdego powinno to być jasne – jak widać nie jest „…bo Nawrocki…”. Na przykłady skrajnej nielojalności ze strony Ukrainy zasadniczo nie ma reakcji „…bo Nawrocki…” (na marginesie jest sprawa „otrucia” Karola Nawrockiego w trakcie kampanii wyborczej – postaram się następnym razem do niej odnieść). Nie pamięta się o tym, że jeden z ukraińskich ministrów (już nie pamiętam który ?) niedawno otwarcie mówił o tym, że Polska to będzie, wkrótce, największy konkurent Ukrainy i wspominał coś o jakichś pretensjach terytorialnych (później to dementował) wobec Naszego kraju. A przecież AK to „kolaboranci Hitlera” (masowo mordowali Żydów), by w chwilę potem alogicznie meldować, że AK i UPA to w zasadzie jedno. Polska, na dodatek, okupowała Ukrainę (której nie było), więc wymordowanie Polaków na Wołyniu było słuszną odpłatą za tę okupację - czytam w ukraińskich postach na „X”. Ukraiński wojskowy grozi Polsce atakami dronów … . Potrzeba jeszcze komuś dowodów na „polską podłość” ? Dziś wydaje się to wszystko węzłem gordyjskim. Taki węzeł może rozwiązać tylko, no wiecie jak i kto (nie będzie to na pewno „Karol Macedoński”) i kiedy się na „to” zdecyduje ? Czekamy na takiego polityka wizjonera (to on może być zwycięzcą dla Nas i dla nich), czekamy na ekshumacje i godny pochówek niewinnych istotek i starców z Wołynia.
Teraz już do „domu” do Warszawy – afera ViP Room, „szpital śmierci”. Arogancki chłopaczek który zajumał więcej niż „dużą banieczkę”. Dlaczego zadumał ? Bo mógł, bo miał partyjną ochronę i „europejskie” przyzwolenie i co mu kto zrobi – skoczyć mu (póki co) mogą. Przecież część oddał i w ogóle to Heros robił więcej niż ktokolwiek by zrobił i „pchał Polskie na nowe tory”, nie czepiajcie się, a że był równocześnie w telewizji, radio i na dyżurze (ewentualnie na posiedzeniu Rady dzielnicy) to po prostu efekt tego, że faktycznie to „nadczłowiek” i dar bilokacji posiada. Ofiary, fałszowane akty zgonu, tomografia robiona umarłym, ćwiczenia na „fantomach” i obszczane (pardon izwinitie druzja) zwłoki, prawdopodobny handel tymi zwłokami, kręcenie filmów prosektorium, kogo to obchodzi ? System winien nie jakiś gagatek, którego nikt dzisiaj nie zna, no bo skąd ma znać !? Ale zaraz, zaraz jest ktoś kto na to wszystko zwracał uwagę i zna tego pracowitego młodziana. Jest ! Lekarz, pułkownik, twardy gość, któremu się ulało. Wcześniej nikt nie chciał go słuchać, i w końcu powiedział jak było i skąd to wszystko. Kto widział tę wypowiedź Pana doktora, widział też jakie to musiało być dla tego człowieka trudne. Widział że pojawiła się obawa o życie najbliższych,. Powiedział co powiedział i wywalono go z roboty - … no i w końcu mamy winnego ! Nie, nie synka który buchnął niewyobrażalną kasę i prawdopodobnie mógł przyczynić się do kilku tragedii ! Jeśli tego się spodziewaliście to jesteście w błędzie (grubym bardzo dodajmy). Pan Premier już wie i mówi, że świadek „…jest niewiarygodny…” ! Który świadek ? No ten z oficerskimi szlifami przecież, któżby inny, przecież nie syn prokuratorki (nie lubię tej wersji, ale niech będzie). Oszalały koń też wierzga na wszystkie strony i oskarża doktora. Uaktywnia się (niebywała wręcz szybkość reakcji) prokuratura. Przesłuchać, rozstrzelać (pardon tu się nieco rozpędziłem – to jeszcze nie ten czas ale i z tym damy sobie kiedyś radę), pozbawić wiarygodności bo nie chce odpowiadać na pytania. Nikt przecież nie wie, że ma zeznawać bez możliwości udziału obrońcy, kogo zresztą to obchodzi ? Nagadał ten doktor Jędrzejewski głupot to niech teraz pije piwko, którego nawarzył. Pewno lubi alkohol pomożemy Mu w ViP Roomie, a zasadniczo to i tak wina systemu (nie „Bobasa”, „Tęczowego” & przyjaciół) ! Z jednej strony system winny, a z drugiej Państwa (i Jego reakcji) nie ma, może ktoś się wreszcie zdecyduje – idą w zaparte, by zatrzeć ślady, a generalnie (bo i takie głosy słyszę) to i tak wszystko „…wina Kaczora…” i doktora ! A było tak spokojnie i wszystko przez jedną głupią deklarację radnego !
Ciekawe jak to jeszcze długo potrwa ?
Panie Doktorze niech się Pan trzyma ! ![]()
3.07.26 Warszawa
Piotr ŁYSAKOWSKI. ---- ilustracja za Wikipedia, Pietro da Cortona, w.XVII
***********************************************************************************************************************
wspomnienie dr Wojciecha Augustyna Bąkowskiego
Pożegnanie lekarza.
Adam Nowosad
Warszawa 1 lipca 2026 r.
Można by i tak zwyczajnie - lekarza, ale doktor Wojciech Augustyn Bąkowski nie był zwyczajnym lekarzem. Zaświadczą o tym setki jego pacjentów. Chociaż to też jest źle powiedziane. Ci których leczył byli dla niego, jak jego najbliżsi, jak rodzina. Był kawalerem, ale miał właśnie setki podopiecznych, których traktował jak rodzinę. Ci których leczył zgodnie opowiadają o lekarzu innym niż wielu im znanych. Każdy z zaopiekowanych ma swoją długą opowieść o doktorze Wojtku. Tak do niego zwracało się wielu spośród nas. Z ich wspomnień możemy się dowiedzieć, że kiedy badał pacjenta, robił to tak, jakby modlił się każdym słowem, spojrzeniem, gestem. Nie znał się na sprawnej obsłudze komputera. Patrzył w oczy, miał w sobie dużo uwagi dla drugiego człowieka. Na stronie portalu 4Łomża możemy przeczytać i takie opinie, że dr. Bąkowski poświęcił życie pomaganiu chorym, nie patrząc na własny czas, ponadnormatywny, poświęcony bliźnim - bez zapłaty. Mówiono też, że otaczała Go jakby aureola świętości, o której praktykowaniu za życia nieraz mówili znający Go pacjenci. Kultywował wyższość ducha nad materią, nie zabiegając o honory, nagrody ani apanaże. Mnie akurat nie dziwią te opinie - w pełni je potwierdzam. Doktora Wojtka poznałem wiosną 1982 roku. Należał do grona studentów medycyny, którymi opiekował się ksiądz Jerzy Popiełuszko. To właśnie ksiądz Jerzy polecił mi, bym swój sfatygowany kręgosłup leczył u doktora Bąkowskiego. Był wprawdzie reumatologiem i dopiero rozpoczynał swoją praktykę, ale ksiądz powiedział - zaufaj mu, bo to jest prawdziwy lekarz. Przez lata doradzał mi jak mam dbać o kręgosłup i nie tylko ten fizyczny. Bo właśnie długie godziny poświęcał też na sprawy ducha. Nie przyjmował mnie w gabinecie, bo akurat w Konstancinie go nie miał. Kiedy potrzebowałem porady, godzinami czekałem aż zaopiekuje wszystkich swoich pacjentów szpitalnych. Często bardzo już wyczerpany prosił mnie bym z nim jeszcze chwilę pobył. Rozmawialiśmy o księdzu Jerzym, o wszystkich tych z nim związanych kwestiach. Był, podobnie jak ja jedną z osób z Jego najbliższego grona. Był Jego bezcennym świadkiem. Niestety nie chciał się zgodzić na rejestracje swoich wspomnień. Udało się to dopiero po wielu latach i też nie o wszystkim chciał mówić do kamery. Wystąpiliśmy obaj w jednym z filmów o księdzu Jerzym i tak się złożyło, że jesteśmy świadkami w procesie beatyfikacyjnym tego męczennika. Mogę powiedzieć, że strata tego świadka dla sprawy kultu księdza Jerzego jest niepowetowana. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mieli okazję słuchać Go podczas spotkań. Jedno z nich mogłem poprowadzić zeszłego roku w kościele akademickim św. Anny w którym ksiądz Jerzy prowadził konwersatoria dla studentów medycyny. Dziś wspominam tamto spotkanie ze łzami w oczach. Tych wspomnień jest oczywiście dużo więcej. Nie na taką jak ta okoliczność. Wedle wielu doktor Bąkowski odszedł w opinii świętości. „Pozbawionym nadziei na odzyskanie sprawności w kończynach przywracał sprawność; obolałym dawał ulgę w bólu; samotnym niósł pociechę. Wielka postać humanizmu najczystszej próby i działań charytatywnych nie na pokaz”. Warto zajrzeć na stronę muzeum bł. księdza Jerzego, żeby posłuchać notacji doktora Bąkowskiego. Zachęcam też wszystkich przyjaciół doktora, a miał ich setki, żeby zbierali wszystkie te wspomnienia - bo doktor Wojciech Augustyn, zwany też doktorem Judymem, to zaiste postać pomnikowa, warta takiego upamiętnienia.
Tych którzy będą mogli odprowadzić doktora Bąkowskiego na miejsce spoczynku zachęcam do ostatniego spotkania z nim w Łomży w dniu 2 lipca 2026 roku. O godzinie 10 odbędzie się Msza Święta Pogrzebowa w Sanktuarium pw. Miłosierdzia Bożego, po której nastąpi odprowadzenie na cmentarz parafialny przy ulicy mikołaja Kopernika w Łomży. R.I.P.
ADAM NOWOSAD
fot. myLomża.pl
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Uzupełniajmy wiedzę: co to jest OPRYCZNINA !
Od redakcji:
w niedzielne przedpołudnie 14.06.2026 w dlugiej rozmowie z przyjaciolką przy kawce poruszyliśmy tematy odległe - a to skąd tylu w Polsce poszlo na łatwiznę, zamiast uczyć sie gorliwie, to kupowanie dyplomów w falśzyej uczelni zaczęto praktykować, korupcja, protekcja, donosicielstwo, sprzedajność niemal już spowszedniala, a klamstwo usankcjonowane..Gdzie początki - tak niedawno wyrywalismy sie, Polacy, spod buta reżimu, a tu znowu godzimy się tez i na poddaństwo i bez boju oddajemy np edukację. Padlo słowo "wroćmy do żródeł" i pytanie " czyżby do dziś przetrwaly geny sługusów "opryczniny" ? i o zgrozo, okazalo sie, ze wielce wyksztalcona uczestniczka rozmowy nic o tej pierwotnej organizacji nie wiedziala. KGN, NKWD to i owszem, ale tamto...? Dlatego ten tekst, by uzupełnić świadomość, czym prędzej nawet, zanim w programach edukacyjnych już śladu po tym nie będzie, "Oprycznina to system rządow wprowadzony w latach 1565-1572 przez cara Iwana IV Grożnegow w państwie moskiewskim, polegający na wydzieleniu części terytorium pod bezpośrednią władzę władcy oraz utworzeniu specjalnej formacji zbrojnej (opryczników) do zwalczania rzeczywistych i domniemanych przeciwników politycznych; oprycznina była narzędziem TERRORU i REPRESJI wobec BOJARÓW, przyczyniając się do umocnienia autokratycznej władzy cara, ale także do osłabienia gospodarczego i demograficznego kraju. " cyt. : Słownik pojęć historycznych [ oprac. XV Liceum Poznań]. Każdy Polak powinien tę wiedzę wkuć na pamięć, może zrozumieć wtedy, że w Polsce toczy się wojna dwóch mentalności, tej patriotycznej i tej o wykrzywionych ścieżkach genowych zawładniętych przez zło.
Nasza Autroka specjalizująca się w badaniu dziejów św Jożafata Kunczewicza, męczennika , tak streszcza tu zagadnienie opryczniny, na której "bazie" wyrastaly reżimy rosyjskie, aż do totalitaryzmu komunistycznego i dalej. Jakby gen opryczniny i jego mutacje, stawały się niezniszczalne w potędze zła, postbolszewcickego dzisiaj.
zasięgi opryczniny [rys. za Wikipedią]
Oprycznina – zapomniany fundament rosyjskiego systemu władzy
Polacy od dziesięcioleci spoglądają przede wszystkim na Zachód. To naturalne – tam szukaliśmy wzorców rozwoju, demokracji, nowoczesności i dobrobytu. W tym zapatrzeniu na Zachód straciliśmy jednak z pola widzenia sprawy niezwykle istotne dla naszej państwowej egzystencji: zrozumienie Wschodu.
Historia Rosji pozostaje dla większości Polaków niemal tabula rasa. Nasza wiedza ogranicza się często do kilku symbolicznych wydarzeń: Katynia, wojny polsko-bolszewickiej, dymitriad, Smoleńska czy okresu komunizmu. Tymczasem znacznie słabiej rozumiemy procesy, które przez stulecia kształtowały mentalność społeczeństw Europy Wschodniej oraz specyfikę rosyjskiego modelu państwa. Edukacja dotycząca historii Wschodu jest niewystarczająca i rzadko pozostaje w społecznej pamięci. Pytanie brzmi: kiedy to się zmieni? Oby jak najszybciej.
Jednym z najbardziej niedocenianych zjawisk w historii Rosji jest oprycznina. Gdyby Polacy i inne narody naszego regionu lepiej znały jej historię, nasza samoświadomość historyczna mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Oprycznina była bowiem nie tylko epizodem z czasów Iwana Groźnego. W pewnym sensie stała się wzorem organizacji państwa opartego na terrorze, kontroli społecznej i bezwzględnej lojalności wobec władcy.
Powstała w 1565 roku jako wydzielona część państwa podległa bezpośrednio carowi. Jej głównym zadaniem było zastraszenie społeczeństwa i zniszczenie wszelkich środowisk mogących stanowić alternatywę dla autokratycznej władzy. Szczególnym celem stali się bojarzy, przedstawiciele elit politycznych, gospodarczych i religijnych. Oprycznicy uczestniczyli w prześladowaniach oraz zabójstwach wysokich dostojników cerkiewnych, w tym metropolity Filipa, który odważył się krytykować terror Iwana Groźnego.
Najbardziej znanym symbolem działalności opryczniny była rzeź Nowogrodu w 1570 roku. Miasto, będące spadkobiercą tradycji republikańskich i samorządowych, zostało uznane za zagrożenie dla centralnej władzy cara. Pacyfikacja Nowogrodu miała nie tylko wymiar militarny, lecz również ideologiczny. Była demonstracją, że państwo nie dopuści do istnienia żadnej konkurencyjnej wizji porządku politycznego.
Oprycznicy rekrutowali się głównie z niższych warstw szlachty lub spośród cudzoziemskich najemników. Ich pozycja zależała wyłącznie od łaski władcy. Zarządzali majątkami odebranymi bojarom, przeprowadzali deportacje, konfiskaty oraz akcje represyjne. Paradoksalnie wielu z nich samych padło później ofiarą systemu, który współtworzyli. W państwie opartym na terrorze nikt nie mógł czuć się bezpieczny.
W relacjach państwa z Kościołem również można dostrzec istotny element rosyjskiej tradycji politycznej. Niezależne autorytety religijne były postrzegane przez władzę jako potencjalne zagrożenie. Dotyczyło to zarówno części hierarchii prawosławnej sprzeciwiającej się samowoli państwa, jak i później Kościoła greckokatolickiego, który na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej był często postrzegany przez rosyjskie władze jako nośnik odrębnej tożsamości narodowej i kulturowej. Z czasem część struktur prawosławnych została podporządkowana państwu, stając się jednym z narzędzi legitymizacji władzy.
Wielu badaczy zwraca uwagę na podobieństwa pomiędzy opryczniną a późniejszymi rosyjskimi i radzieckimi organami bezpieczeństwa – od Ochrany, przez Czeka i NKWD, aż po KGB. We wszystkich tych instytucjach można odnaleźć wspólne cechy: przekonanie o istnieniu wszechobecnego wroga wewnętrznego, stawianie racji państwa ponad prawem, rozbudowaną sieć kontroli społecznej oraz szczególną pozycję służb bezpieczeństwa jako filaru systemu politycznego.
Oprycznina i KGB dzieli niemal czterysta lat historii, jednak można dostrzec między nimi pewne podobieństwa funkcjonalne. Obie struktury działały jako narzędzia ochrony autokratycznego modelu władzy. Ich zadaniem było identyfikowanie przeciwników, zastraszanie społeczeństwa i eliminowanie środowisk uznawanych za niebezpieczne dla państwa. O ile oprycznicy nosili przy siodłach symbole psich głów i mioteł, mających oznaczać „wywęszenie” i „wymiecenie” zdrady, o tyle KGB korzystało z bardziej nowoczesnych metod inwigilacji i kontroli.
Zrozumienie historii opryczniny nie jest jedynie akademickim ćwiczeniem. To próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego rosyjskie państwo przez stulecia rozwijało się inaczej niż państwa Europy Zachodniej. To również szansa na lepsze zrozumienie wydarzeń, które do dziś wpływają na bezpieczeństwo Polski i całego regionu.
Nie da się prowadzić skutecznej polityki wobec Wschodu bez znajomości jego historii. Jeżeli chcemy rozumieć naszych sąsiadów, musimy wyjść poza szkolne skróty i symboliczne daty. Musimy poznać źródła procesów, które przez setki lat kształtowały tamtejszą kulturę polityczną. Historia opryczniny jest jednym z takich źródeł. Być może jednym z najważniejszych.
[oprac. red. Renata Kopeć]
_______________________________________________________________________________________
"...za wszystkich sprawujących władzę..."
4 czerwca 1992
Tm 2,1-2 – „…za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić spokojne i ciche życie”.
Jesienią 1991 roku po pierwszych rzeczywiście wolnych wyborach w nowej polskiej rzeczywistości podjęto próbę wyłonienia rządu RP. Po nieudanym „podejściu” do tej misji Bronisława Geremka i „spalonej” próbie politycznej gry z Janem Krzysztofem Bieleckim, Sejm RP desygnował do kierowania gabinetem Jana Olszewskiego (6.12.91).
W swoim expose nowo powołany Premier RP powiedział „…Jestem przekonany, że mamy wystarczająco wielu ludzi o czystych rękach i sumieniach, którzy mogą służyć społeczeństwu i państwu na odpowiedzialnych stanowiskach. Dotyczy to również Wojska Polskiego. Proces jego przebudowy organizacyjnej i odbudowy ideowej był dotychczas zbyt powolny i niekonsekwentny. … Poddanie Ministerstwa Obrony Narodowej cywilnemu kierownictwu, dawno już oczekiwane, pozwoli na przemienienie Wojska Polskiego w armię, na której będą mogły polegać naród i władze Rzeczpospolitej. …” (Żołnierz Polski 19/26.01.92). W periodyku prezentowano też sylwetkę nowego Ministra Obrony Jana Parysa.
Ten krótki z konieczności opis funkcjonowania Rządu Premiera Olszewskiego rozpocznijmy od „wątku wojskowego” on to bowiem oprócz kwestii lustracyjnych stał się jedną z istotnych przyczyn niespotykanej zupełnie agresji wobec gabinetu. Istotna była w tym przypadku także osoba i bezkompromisowa postawa pierwszego cywilnego ministra kierującego polską armią po 1989 roku. Zapłacił za tę postawę atakami na swoją osobę i w ostatecznym efekcie dymisją, która miała poprawić stosunki gabinetu z „wrogim otoczeniem”. Nie pierwszy raz okazało się, że jakakolwiek ustępliwość w polityce prowadzi zawsze do klęsk, a nigdy nie poprawia sytuacji strony chcącej poprzez ustępstwa osiągać swoje cele. Wracając jednak do meritum. Zarówno szef rządu jak i nowy minister MON precyzyjnie definiowali położenie Polski i konieczności z tegoż wynikające. „…Jesteśmy samodzielni, ale jesteśmy równocześnie osamotnieni…” mówił Premier. Jan Parys dodawał zaś „…Nie jest prawdą, że Polska jest identycznie zagrożona na wszystkich azymutach. … W tej chwili kraj nasz nie jest związany z żadnym państwem jakimkolwiek sojuszem. Jesteśmy krajem osamotnionym…Jedynym rozwiązaniem dla bezpieczeństwa Polski jest wyjście z militarnej izolacji, zapewnienie naszym siłom zbrojnym wsparcia z zewnątrz. …Nasze ambicja do samodzielności decyzji o losach kraju trzeba połączyć z koniecznością współpracy z krajami Paktu Północnoatlantyckiego. Oznacza to, że siły zbrojne tak jak cały kraj zmienić muszą opcję ze wschodniej lub neutralnej na atlantycką …” (Żołnierz Polski, Posiedzenie Rady Wojskowej MON, 16/23.02.92, Wprost, Konieczna wystarczalność, rozmowa z Janem Parysem, ministrem obrony narodowej, rozmawiał Wiesław Karpusiewicz, 5.04.92). Tak więc po raz pierwszy wyraźnie, wyartykułowano konieczność przynależności Polski do zachodnich struktur obronnych. Musiało to być dla rosyjskiej agentury uplasowanej w strukturach państwa polskiego, a także dla ludzi ancien regimeu funkcjonujących w polskim życiu politycznym potężnym szokiem. Można więc bez ryzyka popełnienia błędu założyć, że reakcją na tenże były wypowiedzi Lecha Wałęsy artykułowane podczas wizyty w Niemczech (03.92), dotyczące między innymi „NATO – bis”, które wywołały niezrozumienie i konsternację w kraju i za granicą. Było też jasne, że tak wyrażona wola rządzących nie pozostanie bez reakcji sowieckiej agentury. Ich odwaga w forsowaniu ważnych dla Polski rozwiązań politycznych (dziś niby oczywistych) i personalnych (przeniesienie w stan spoczynku poprzedniego ministra, Admirała Piotra Kołodziejczyka) pokazywała demterminację w dążeniu do "nowego". Decyzja ta, którą podjęto bez konsultacji z Prezydentem RP chcącego powołania Kołodziejczyka na stanowisko (które ostatecznie nie powstało) Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, nie szła w parze z realnymi możliwościami koalicyjnymi i wykonawczymi rządu. Przypomnijmy w gabinecie znaleźli się przedstawiciele tylko czterech partii PC, ZCHN, PSL-PL i PCHD (114 głosów w Sejmie RP). Zauważyć trzeba też, że rząd miał też mocne poparcie NSZZ Solidarność. Wszystko to, niestety, było jednak za mało, by móc, w pełni efektywnie i realnie rządzić. Nie dość tego, odsunięci od władzy wcale nie pogodzili się ze swoją przegraną i nie bacząc na swoje realne i nierozliczone polityczne przewiny „…Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ataki na Bieleckiego i liberałów nastąpią … formuła zbijania kapitału politycznego na krytyce rządu Bieleckiego już się wyczerpuje. Kongres odzyskuje swoją naturalną pozycję…” (Wprost, rozmowa z Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Kongresu Liberalno – Demokratycznego, rozmawiali Bogusław Mazur, Kazimierz Pytko, 5.04.92) dążyli do zmiany istniejącego status quo i odzyskania możliwości bezpośredniego wpływania na losy kraju, a przez to w sposób oczywisty zapewnienia sobie bezkarności. Twierdzono, przy okazji, że KLD spotyka się z absolutnie niesłuszną krytyką za prowadzoną wcześniej prywatyzację (dziś wiemy jak ona w rzeczywistości wyglądała, kto na niej starcił, a kto zyskał). Atmosfera narastających oskarżeń, napięcia na linii „Belweder” rząd RP, słabość gabinetu, realne ambicje Lecha Wałęsy wszystko to powodowało spory bałagan na scenie politycznej. Zadawano pytania o przyszłość polskiej demokracji i rządu Jana Olszewskiego. Zastanawiano się w sposób oczywisty w związku z postawą Lecha Wałęsy, czy „…jesteśmy skazani na przewrót majowy…”. Z jednej strony był to problem generalnie wydumany (jeśli chodzi o zachowanie Rządu RP), mający przerazić publiczność i tym samym osłabić rządzących, umożliwiając „powrót” tych, którzy rządzili, z drugiej zaś oczywisty dowód idiosynkrazji „elit” III RP. W tle było głębokie przekonanie tych "elit" o swojej nieomylności, niedojrzałości społeczeństwa i ledwo skrywana obawa przed ujawnieniem zasobów archiwalnych MSW, czyli agentury SB w strukturach „Solidarności” „…Polska nie musi przejść przez drugi zamach majowy. …Wałęsa z pewnością nie ma wymiaru Piłsudskiego, a żadnego Narutowicza we współczesnej Polsce nie zamordowano. Słabość rozproszkowanego Sejmu może doprowadzić do kompromitacji demokratycznych procedur, … Nie czuję się jednak bezpieczny, gdy Lech Wałęsa ciska gromy na >>elity<<, gdy premier Olszewski wynosi na wierzchołki władzy ludzi skrajnie nieodpowiedzialnych i niekompetentnych, gdy akta tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa i milicji znajdują się w rękach ministra Antoniego Macierewicza, który zawsze wydawał mi się bardziej detektywem tropiącym urojone spiski niż historykiem badającym dokumenty źródłowe” (Wprost, 5.04.92,Czy jesteśmy skazani na przewrót majowy, 1926 w 1992 ? – Adam Michnik) manipulował rzeczywistoscią "pierwszy demiurg" III Rzeczpospolitej. Wydaje się, że nie bez związku z powyższym dnia 6 kwietnia Minister Obrony Narodowej Jan Parys podczas spotkania z wyższymi oficerami (Sztabu Generalnego) wspomniał o niekonsultowanych (z kierownictwem MON) próbach wpływania przez polityków na zachowania kadry oficerskiej w zamian za oferowane tymże oficerom wysokie stanowiska w armii „…Minister powiedział na spotkaniu w sztabie, przed kamerami zaproszonej na tę okoliczność telewizji, że niektórzy politycy spiskują z wybranymi oficerami i obiecują im awanse za świadczenie usług politycznych. Nie podał kto spiskuje. … Ale potem nazwiska padały: ludzie z otoczenia prezydenta, z ław poselskich. … Zaczem pojawiły się przecieki: w Belwederze szykowano dokumenty na wypadek stanu wojennego, … Lech Wałęsa zażądał od premiera zdymisjonowania J. Parysa…”. Sytuacja stawała się jasna po pierwsze „…Prezydent– stwierdził Drzycimski - nadal nie widzi możliwości współpracy z Janem Parysem. …” (Gazeta Wyborcza, 16.04.92), a po drugie wrogiem był ten, który sprawę naruszania prawa i prób wciągania WP w doraźną politykę nagłośnił, a Lech Wałęsa będący do tej pory „wrogiem salonu” stawał się doraźnie (nie jest to paradoks albowiem taka sytuacja powtarzała się w najnowszej historii Polski już kilka razy w tym także całkiem nie tak dawno) mężem opatrznościowym ratującym Polskę i „zagrożoną” demokrację „Opinia publiczna chce wiedzieć, dlaczego jedna z nielicznych stabilnych instytucji państwa, obdarzonych najwyższym zaufaniem we wszystkich sondażach jest osłabiana i wciągana w polityczne przepychanki, a i to w sytuacji możliwych zagrożeń zewnętrznych i w dramatycznie trudnej sytuacji wewnętrznej…To minister Parys rozpoczął wojnę z Najwyższym Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych dokonując posunięć personalnych wbrew prezydentowi i poza jego plecami, …” (Polityka, 18.04.92, Osąd Parysa, Cała sprawa jest nie do zamazania, Jan Bijak). Wśród osób zaangażowanych w intrygi wymieniano Mieczysława Wachowskiego, Jerzego Milewskiego, (co było faktycznie tropem prowadzącym prosto do Lecha Wałęsy). Pojawiło się także nazwisko Bronisława Komorowskiego „…jest pan kandydatem na szefa resortu obrony, możliwym do zaakceptowania przez Jana Olszewskiego i partie koalicyjne. Jan Parys musi wiedzieć zarówno o rozważaniach personalnych, jak i o liście prezydenta, w którym domaga się jego dymisji. Co prawda w swoim wystąpieniu Jan Parys nie wymienia żadnego nazwiska, ale w rankingu >>Nowego Świata<< zajmuje pan drugie miejsce po Mieczysławie Wachowskim. – Co dotyka mnie w sposób bolesny, gdyż dyskredytuje moją wiarygodność jako polityka, posła i członka sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Co gorsza - zostałem oskarżony o udział w zamach stanu … wystąpiłem o jak najszybsze udokumentowane wyjaśnienia okoliczności wystąpienia ministra Parysa. …” (Wprost, 19.04.92, Niewypał Parysa, Rozmowa z posłem Bronisławem Komorowskim, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawiała Ewa Szemplińska).
Rząd słabł z dnia na dzień. Pojawiały się ciągłe sugestie, by zmienić premiera, udzielić poparcia rządowi bez wchodzenia do gabinetu (Jan Krzysztof Bielecki), wejść do niego w zamian za udział we władzy (i obietnicę, że rząd nie będzie udowadniał, iż poprzednie dwa lata były stracone – Donald Tusk) by skutecznie móc przeprowadzać swoje plany polityczne. Dodatkowym warunkiem rekonstrukcji rządu była (wspominana już wyżej) zmiana na stanowisku Ministra Obrony Narodowej „…Prezydent Lech Wałęsa zaproponował mi stanowisko ministra obrony narodowej – ujawnił …>>Gazecie<< pełniący obowiązki szefa resortu obrony Romuald Szeremietiew. … Powiedziałem prezydentowi, że swoją odpowiedź uzależniam od stanowiska premiera – stwierdził Szeremietiew. – Uważam jednak, że mimo niechęci prezydenta do obecnego szefa resortu, min. Parys jest najlepszą osobą do kierowania MON” (Gazeta Wyborcza, Szeremietiew szefem MON ?, 18/20.04.92). Generalnie panował bałagan i szum informacyjny, a sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej skomplikowana, a komplikowała się tym bardziej, że na powrót do władzy w sposób wyraźny liczył nieudolny Tadeusz Mazowiecki wraz ze swoimi politycznymi sojusznikami. Mam wrażenie jednak, że w sposób wyraźny przeliczył się spodziewając się bezwarunkowego poparcia Wałęsy i społeczeństwa „…Mazowiecki, który rozmawiał z prezydentem ujawnił … , że Wałęsa dał mu do zrozumienia, iż rząd Olszewskiego nie utrzyma się długo. Zdaniem prezydenta sprawa … Jana Parysa jest przesądzona i zasugerował, że powinien on zostać zwolniony. … O próbach stworzenia wielkiej koalicji Wałęsa powiedział, że Mazowiecki jest jednym z najlepszych … >>zszywaczy sceny politycznej<<. Popełnił jednak błąd: gdy premier Olszewski sprzeciwiał się zmianom w resortach wymagających uzgodnień z prezydentem (MON, MSW, MSZ), Mazowiecki powinien zadzwonić do Belwederu i prezydent przekazałby mu wszelkie kompetencje …” (Gazeta Wyborcza, Wałęsa nie wierzy w rząd Olszewskiego, 24.04.92). Tak więc widać wyraźnie, że nim rząd faktycznie upadł (06.92) czyniono już intensywne podchody z nadziei na jego zniszczenie i odzyskanie dawnych wpływów „…Kategorycznie jednak muszę przeciwstawić się komentarzom, że z naszej strony objawiła się jakaś szczególna zachłanność na stanowiska i niechęć do akceptacji ministrów bezpartyjnych…” pisał Tadeusz Mazowiecki w Polityce charakteryzując atmosferę przygotowywania nowego rządu i zrzucając odpowiedzialność za trudności w jego stworzeniu na premiera „…zasadniczą przyczyną niepowodzenia był brak zdecydowania ze strony premiera Jana Olszewskiego…” (Polityka, Co tam panie w polityce, Tadeusz Mazowiecki, Przewodniczący Unii Demokratycznej, 25.04.92). Można prawdziwość tych twierdzeń zweryfikować ananlizując prasowe wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego blisko związanego z Mazowieckim. „Do pieca dorzucał” też wszystkowiedzący Władysław Frasyniuk stawiając absurdalne zarzuty „…Premier jest też czynnikiem destabilizującym pracę rządu. Jan Olszewski nie potrafi wyjść z roli adwokata. Na każdej Sali, gdzie przemawia, stara się uzyskać poklask…” (Polityka, opinie, 25.04.92).
W sposób oczywisty widać było, że mimo deklaracji o przestrzeganiu i szacunku dla reguł „demokracji” Jan Olszewski był główną i sztucznie kreowaną (ale nie jedyną) „zawadą”. Robiono więc wszystko, by go wyeliminować w imię odzyskania dawnych wpływów i korzyści wynikających z tychże. Każdy pretekst był tu dobry „…Lech Wałęsa kilka razy potwierdził, że bierze pod uwagę czasowe zawieszenie demokracji, czyli okresowe zawieszenie parlamentu…”, a dobro kraju nie istniało. Wałkowano więc nadal „sprawę Parysa” traktując ją jako przysłowiowy „znaleziony kij” którym można uderzyć „psa”. Przy okazji używano argumentu (dziwnym trafem stosowanego także często i dziś w walce politycznej - "co powiedzą o Nas w Europie ?") o psuciu „obrazu Polski” za jej granicami. Jedynym poważnym głosem w obronie atakowanego ministra, który nie mógł i nie powinien milczeć w sytuacji realnego zagrożenia demokracji, był głos Czesława Bieleckiego (Maciej Poleski) „…jest jednym z najbardziej kompetentnych ministrów w rządzie … Olszewskiego …Sądzę, że nadinterpretacją roli zwierzchnika sił zbrojnych są wypowiedzi urzędników Kancelarii Prezydenta. Bezpośrednie decyzje dotyczące wojska podejmuje minister …źle się stało, że cywilni dygnitarze zajmujący do niedawna w MON stanowiska wiceministrów – Komorowski i Onyszkiewicz – wdali się w spór polityczny. Ich wystąpienia były podyktowane grą polityczną, a nie interesem obronności kraju …” (Tygodnik Powszechny, Przegląd prasy, Sprawa Parysa, 26.04.92). Toczyły się zakulisowe rozmowy o przyszłości rządu. Jan Olszewski rozmawiał z Prezydentem w Belwederze. Ten ostatni zaś ciągle napomykał o dymisji Premiera. Sytuacja jednak nie ulegała radykalnej zmianie i przynajmniej pozornie była daleka od ostatecznego rozwiązania, a kluczem do tego miała być ostateczna dymisja (urlopowanego na razie) ministra Jana Parysa. Lech Wałęsa (który właśnie wtedy zaoferował byłemu oficerowi wywiadu MSW PRL i późniejszemu szefowi wywiadu III RP Henrykowi Jasikowi stanowisko pracy w BBN – później roku ta informacja była przez BBN dementowana) pytany przez Wolną Europę czy doszedł z premierem do porozumienia w „tej” kwestii odrzekł „…Doszliśmy ale nie doszliśmy…” (Życie Warszawy, Przedłużony urlop ministra obrony, 2/3.05.92). Winnym komplikacji, wspomnianego wyżej bałaganu (oprócz Olszewskiego) i „…utraty kolejnej porcji autorytetu…” przez rząd był Jarosław Kaczyński (Tygodnik Powszechny, Spadanie, Henryk Woźniakowski, 3.05.92), który „…nie przewidział Wachowskiego…” i nie zrewidował swojej błędnej wizji sceny politycznej. Dziś to nie dziwi, "Kaczor" jest przecież winny całemu złu tego świata łącznie z “afrykańskim pomorem świń”.
Dość istotne światło na problem konfliktu o MON rzuca opublikowany we Wprost (3.05.92) wywiad przeprowadzony przez Agnieszkę Sowę z Romualdem Szeremietiewem zatytułowany „Chłopcy z placu broni”. Już sam tytuł w założeniu ma dezawuować Jana Parysa i obóz rządowy. Szeremietiew jednak bardzo precyzyjnie, lojalnie i uczciwie definiuje pomysły, reakcje i kierunki myślenia ministra ON o wojsku i otoczeniu politycznym armii. Racjonalnie opisał to co i jak robił jego przełożony, pokazując kto i w jakim wymiarze dążył do wprowadzenia Polski w struktury NATO, kto (w rzeczywistości) się temu i w jaki sposób się przeciwstawiał, kto burzył demokratyczny system cywilnej kontroli nad armią i naruszał wojskową drogę służbową „…Skoro robi to minister, niedwuznacznie ostrzegając o możliwości zamach stanu, rzecz należy wyjaśnić. – Zapewne. Tylko, że minister … nie ostrzegał przed zamachem stanu, ale przed próbami wykorzystywania wojska w grach sprzecznych z regułami demokratycznymi. …Skąd więc taka ostra reakcja prezydenta na przeniesienie do rezerwy … admirała Kołodziejczyka, a później admirała Wawrzyniaka ? – To pytanie należy zadać raczej ministrom Milewskiemu i Wachowskiemu. …Sprawa …Parysa unaoczniła, że wojsko stało się kartą przetargową w rozgrywkach politycznych. – Nie ma żadnej sprawy Parysa. Jest natomiast sprawa uregulowań prawnych i podziału kompetencji w zakresie kierowania siłami zbrojnymi. … Minister powiedział tylko tyle, że nie pozwoli, aby wojsko stało się kartą przetargową w grze politycznej i armia została użyta przeciwko demokracji. … To nie Parys wciąga wojsko w gry polityczne. … Jakie są realne szanse Polski na wejście do NATO ? – Bardzo poważne, jeśli tylko nie zaprzestaniemy naszych starań. …Generał Graczow mówił po powrocie z ostatniej tury negocjacji o możliwości utworzenia mieszanych spółek, których dochody przeznaczone by były na zagospodarowanie dla powracających żołnierzy. – To bardzo niebezpieczny pomysł. Oznacza on de facto pozostawienie wojsk sowieckich, choć tym razem w cywilnych ubraniach. … to możliwość utworzenia ekspozytur wywiadu rosyjskiego na terenie Polski – i do tego za polskie pieniądze. …”. Pamiętamy - ta ostatnia kwestia poruszona w wywiadzie stanie się jedną z „kości niezgody” w trakcie wizyty Prezydenta RP w Rosji i przyczyni się niewątpliwie (warto przy okazji postawić pytanie dlaczego !?) do kolejnego ataku na rząd Jana Olszewskiego. O tym jednak niżej.
Do wyjaśnienia „sprawy Parysa” powołano sejmową komisję pod przewodnictwem Aleksandra Bentkowskiego (PSL), której minister zarzucił później, że poszła w swych ocenach „…za daleko…”.
Póki co jednak Jan Parys obrony narodowej był chłopcem do bicia. Atakowano go za wszystko, w tym za wezwanie do tworzenia (w obliczu zdefiniowanego zagrożenia demokracji) „komitetów obrony państwa”. Krytyka ta szła bardzo daleko i była faktycznie obroną stanowiska Prezydenta. Publicyści pytali o „przekraczanie granic tolerancji” i szkodzeniu interesom państwa, co faktycznie było wyrażonym „ezopowym językiem” wezwaniem do akcji przeciwko obozowi rządowemu i niepokornemu ministrowi (Życie Warszawy, Granice tolerancji, Jacek Żakowski 4.05.92). Co interesujące byli to dziennikarze wcześniej mocno atakujący Lecha Wałęsę, który miał, wkrótce, odnieść się do kwestii bezpieczeństwa państwa i roli MON w systemie jego funkcjonowania w specjalnym orędziu do narodu. Wystąpienie to mogło (i w zamyśle miało) pokrzyżować plany "nieudolnego" (to kreacja medialna) i chcącego ratować twarz rządu idącego „…na zderzenie czołowe…” z prezydentem (Życie Warszawy. Na zderzenie czołowe ?, Tomasz Wołek, 8.05.92).
W sumie panował bałagan, a cała polityczna wymiana zdań przypominała „…polityczny magiel…”, w którym (z wyjątkiem Tadeusza Mazowieckiego) nikt nie miał racji (Polityka, Gorączka, Janina Paradowska, 9.05.92). Zmierzając, w sposób wyraźny, w kierunku rozwiązania kłopotliwego problemu działająca komisja, o której wspominałem wyżej stwierdzała w jednym ze swoich komunikatów, że „…Oświadczenie ministra Jana Parysa z dnia 6 kwietnia … komisja uznaje za bezzasadne i szkodliwe dla interesów państwa … Członkowie komisji twierdzą, iż dymisja ministra jest konieczna. …” (Życie Warszawy, Szkodliwe wystąpienie Parysa, 16/17.05.92, patrz też w tej samej gazecie Kalendarium sprawy Parysa, 16/17.05.92 i Gazeta Wyborcza, Ustalenia Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej, Parys nie miał racji, 16/17.05.92). Dziś wiemy, że opinie tego ciała były nie funta kłaków warte, a fakt tego, że jej szef znajdował się na liście wśród współpracowników SB podważał dodatkowo jej ustalenia.
Cały czas trwały spekulacje o odwołaniu rządu, zmianach politycznych w jego składzie czy też te dotyczące rekonfiguracji politycznej i zbliżenia z Prezydentem. Warunkiem tej ostatniej było wspomniane zacieśnienie współpracy z Wałęsą i delegowanie przez niego na szefa rządu Tadeusza Mazowieckiego, choć według licznych opinii nie miał ona szans na to, by Sejm przyjął jego kandydaturę. Rozmowy o nowym rządzie jak twierdził Władysław Frasyniuk (wówczas wiceprzewodniczący Unii Demokratycznej) trzeba było prowadzić ze wszystkimi graczami na scenie politycznej, a ich warunkiem musiała być rezygnacja z „…ideologicznych uprzedzeń…” - "...myśmy się z wami ... dogadali...". Po wahaniach zrezygnowano z forsowania kandydatury Mazowieckiego bo bano się społecznej reakcji, którą można by określić skrótowo „…to już było…”, a "jak było" to wszyscy wiemy. Tak więc ostatecznie do zmiany rządu w maju nie doszło. Szukano nadal „…dobrego kandydata na premiera, którego zaakceptowałby jednocześnie prezydent i sejmowa większość, […] Jeśli jednak pojawi się taki polityk, to sądzę, że nowy rząd może powstać bardzo szybko.” (Gazeta Wyborcza, Zbliżyć się do Wałęsy, Rozmawiał Artur Domosławski – z Władysławem Frasyniukiem, 19.05.92). Tego samego dnia prasa poinformowała o rozmowie Premiera Jana Olszewskiego z ministrem Janem Parysem, w trakcie której ten drugi miał poinformować swego szefa o tym, że nie widzi możliwości dalszego sprawowania przez siebie powierzonego mu urzędu. Dymisja (nastąpiła 23 maja, później Sejm 235 głosami za, 18 przeciw i 58 wstrzymującymi się przyjął rezygnację ministra) przebiegała w nieciekawej atmosferze „…Zapewniam pana – dodał Parys – że w moim ostatnim spotkaniu z premierem nie padło z jego strony ani jedno ciepłe zdanie.” (Gazeta Wyborcza, Parys odchodzi, Jerzy Jachowicz, 19.05.92). Minister dodawał też, że spodziewał się takiego rozwoju sytuacji i równocześnie mocno podkreślał, że „…Pod moim kierownictwem każdy tydzień zbliżał nas do Zachodu, ku przerażeniu ludzi, którzy reprezentują inną opcję…” (Życie Warszawy, Wiedziałem, że zostanę poświęcony, Rozmowa z byłym ministrem obrony narodowej Janem Parysem, 3.06.92). Już wtedy było pewne, że Premier przeprowadził błędną kalkulację, według której naiwnie liczył na to, że zdymisjonowanie szefa MON uspokoi sytuację na linii rząd prezydent i da gabinetowi chwilę politycznego oddechu. Problem polegał jedna na tym, że Lech Wałęsa nie chciał niezależnego I silnego ministerstwa obrony narodowej, nie chciał też silnych ludzi w tym ministerstwie, ergo nie chciał suwerennej i silnej armii, narzędzia państwa polskiego. Z perspektywy czasu trzeba zadać uzasadnione pytanie, czy chciał silnej Polski ? Można snuć spekulacje dlaczego tak było.
Dla bystrego obserwatora polskiej sceny politycznej było jasne, że skoro „problem Parysa” spadł z wokandy to bardzo szybko znajdzie się inny pretekst do ataków na rząd i to niezależnie od tego czy będą po temu realne przesłanki. Tuż po dymisji ministra w sposób typowy, daleki od elegancji zajęto się, w mediach, jego karierą dezawuując w typowy sposób (dzisiaj) dokonania, drogę życiową i kwalifikacje „…Na podstawie opinii znajomych Jana Parysa można wnioskować, że jest on przede wszystkim >>mężem swojej żony<< i >>zakładnikiem grona jej przyjaciół<<” (Wprost, Manewry na kanapie, Ewa Szemplińska, 24.05.92).
Wyżej wspominałem już o „problemach” z zawarciem traktatu państwowego z Rosją. Te właśnie stały się kolejnym narzędziem użytym w ataku na gabinet Jana Olszewskiego. Gdy 22 maja 1992 premier opowiedział się przeciwko zaakceptowaniu w traktacie klauzuli, według której bazy, opuszczane przez armię ZSSR, która wycofywała się z Polski, miały być przekazane w ręce polsko-rosyjskich spółek rozpoczęła się kolejna awantura. Widać ją było na horyzoncie zresztą już na kilka dni przed zapowiadanym parafowaniem układu. Można zaryzykować twierdzenie, że padło hasło „wszystkie ręce na pokład” w obronie niepodpisanego jeszcze traktatu. Pisano, że rząd chce „Upokorzyć Rosję” bo znajdują się w jego otoczeniu ludzie, którzy chcieliby wpisać do dokumentów konieczność odszukania miejsc eksterminacji Polaków w ZSSR (a to przecież niedopuszczalne i prawie zbrodnicze - prawda !?), przeprowadzenia śledztw i później procesów zbrodniarzy, odszkodowań za zbrodnie popełnione na Polakach (Gazeta Wyborcza, Upokorzyć Rosję ? 20.05.92, Leon Bójko). Wyjaśniano też istotę sporu o niepodpisany jeszcze dokument „…Według opinii niektórych obserwatorów, krytyka traktatu ma na celu opóźnienie wizyty Wałęsy w Moskwie bądź całkowite jej uniemożliwienie. Wedle tych opinii, za tą krytyką kryją się dalekosiężne plany Zdzisława Najdera zwolennika sojuszu z Ukrainą skierowanego przeciwko Rosji. …” (Gazeta Wyborcza, O co chodzi w sporze o traktat, 20.05.92, Edward Krzemień). Ten nagły przypływ sympatii do Rosji i aktywna próba obrony jej interesów były zupełnie niespodziewane i obiektywnienie nie służyły polskim interesom „W ciągu ostatnich dwóch dni ujawniło się w Polsce bardzo silne lobby polityczne, które jest skłonne stawiać sprawy tak, że interesy obcego mocarstwa są istotniejsze niż interesy kraju – oświadczył w czwartek … Jarosław Kaczyński. Główną siłą tego lobby jest – zdaniem Kaczyńskiego - >>Gazeta Wyborcza<< …Tekst Bójki (patrz wyżej) … bardzo dobrze mieści się w tradycji, którą można określić, jako tradycję SDKPiL, KPP i wszystkich następców - powiedział … - która polskie interesy narodowe miała za nic…” (Gazeta Wyborcza, Jarosław Kaczyński ujawnia: >>Gazeta<< przewodzi prorosyjskiemu lobby, 22.05.92). Każdy kto tak twierdził był natychmiast odsądzany od czci i wiary i terroryzowany twierdzeniami o tym, że sam terroryzuje swoich oponentów „…odpowiedzią jest terror psychiczny i kwalifikujące się do sądu oskarżenia o zdradę narodową. Kaczyński świetnie wie, że >>Gazeta Wyborcza<< nie reprezentuje interesów obcego mocarstwa, ani Leon Bójko nie jest nacjonalistą rosyjskim …Sejm nie jest Targowicą. …” (Gazeta Wyborcza, Interes Polski czy interes Kaczyńskiego, 23/24.05.92, Dominika Wielowieyska). Przy okazji złośliwie dodam (o ile oczywiście dobrze pamiętam – proszę poprawić jeśli się mylę), że żaden pozew w kwestii „zdrady narodowej” ze strony czasopisma przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wpłynął do dziś do jakiegokolwiek sądu. Wróćmy jednak do przygotowywanej wizyty Wałęsy w Moskwie. Prezydent wyjeżdżając z kraju zakomunikował opinii publicznej, że jedzie podpisać traktat, który powinien przyczynić się do poprawy stosunków z Rosją. Informowano też opinię publiczną o tym, że ma całkowite pełnomocnictwa „…najwyższych władz politycznych…” do podpisania traktatu. Tymczasem „…Jeszcze w środę premier Olszewski żądał skreślenia w umowie o wycofywaniu wojsk zgody na tworzenie spółek polsko – rosyjskich, które miałyby prawo do działalności gospodarczej w obiektach po likwidowanych garnizonach radzieckich…” (Gazeta Wyborcza, Traktat mimo sporu, 22.05.92, Leon Bójko). O dramatyzmie sytuacji informowano szczegółowo dopiero po zakończeniu wizyty Wałęsy w Moskwie. Pisano o „…nieodpowiedzialności rządu…”, który w tajnym szyfrogramie wyrażał wątpliwości do wspomnianego już wyżej układu o wycofaniu rosyjskich wojsk z Polski, które to wątpliwości mogły skutkować całkowitym zerwaniem rozmów (Życie Warszawy, Tajny szyfrogram z Warszawy do Moskwy, Wałęsa oskarża rząd, 26.05.92,). Równocześnie Jan Olszewski określał dążenie Wałęsy do podpisania układu w niekorzystnej dla Polski wersji jako „…zdradę stanu…”. Ostatecznie, jak wiemy, traktat został podpisany łącznie z porozumieniem o zasadach wycofywania armii rosyjskiej z Polski, jednak bez wspomnianej wyżej „zgody na tworzenie” faktycznych przyczółków dla agenturalnej działalności Rosjan na terenie RP.
Niektórzy publicyści głupawo i w sposób oderwany od rzeczywistości (przepraszam najmocniej zaintersowanych) sądzili wówczas, że w polsko – rosyjskich stosunkach nastąpiła jakościowa zmiana. Historia splatająca się z rzeczywistością miała weryfikować też nasze położenie geopolityczne. Rozentuzjazmowani wieszczyli „koniec” historii „…Zamiast między Niemcami i Rosją jesteśmy politycznie w środku kontynentu. … Zyskujemy z Rosją równoprawne stosunki. … Przez co najmniej trzy wieki położenie między Rosją a Niemcami było zmorą Polaków. … dawna polska >>geopolityka<< traci na znaczeniu. … „ (Życie Warszawy, W środku nie między, 23/24.04.92, Kazimierz Wóycicki). Niesiołowski (nie wiedzieć czemu często zwany "jurnym Stefanem") zaś twierdził, że partie polityczne „…mają prawo i powinny posiadać własne programy …polityki zagranicznej, ale niedopuszczalna jest sytuacja, gdy w walce o władzę wkracza się na obszar relacji Polski z sąsiadami nie oglądając się na konsekwencje…Polska nie chce i nie może pozwolić sobie na złe stosunki z Rosją …” (Życie Warszawy, Egzamin z historycznej szansy, Stefan Niesiołowski, 26.05.92, Gazeta Wyborcza Awantury o traktat ciąg dalszy, Wojciech Mazowiecki, 27.05.92, Polityka, Przeszliśmy rzekę, Krzysztof Mroziewicz, 30.05.92,). Cytowani wyżej publicyści nie widzieli przy tym, nie chcieli, a może “coś” nie pozwalało im widzieć niezmienności i rosyjskich i niemieckich interesów politycznych, a na pewno się nad tą niezmiennością nie zastanawiali. Dziś po kacapskiej agresji na Ukrainę widać to w kontraście do przytaczanych opinii jeszcze wyraźniej. Nie zauważono też szkodliwego, z polskiego punktu widzenia, stwierdzenia Lecha Wałęsy, który dystansował się od dyskutowania kwestii tego czy Rosja jest sukcesorem ZSRR czy też nie jest tymże, bo przecież to “nie była polska sprawa”. Dodatkowego smaczku dodawało tej wypowiedzi to, że artykułowana była podczas wizyty Prezydenta w Katyniu. Błyskawicznie natomiast odnotowano pomruki niezadowolenia dochodzące z Belwederu – prezydent po raz kolejny „postulował” szybką wymianę gabinetu (Gazeta Wyborcza, Wycofuję poparcie, 27.05.92). Miał w tym dążeniu kilku sojuszników jednym z nich była Unia Demokratyczna, która „….zdecydowanie dąży do obalenia rządu Olszewskiego…” (Życie Warszawy, Manewr wyprzedzający, Igor Janke, 25.05.92). Wyraźnie było, przy tym wszystkim widać, że poszukiwany od dawna pretekst znajduje się w zasięgu ręki. Jakby tego było mało na agendzie politycznej pojawiła się sprawa lustracji. Krzysztof Wyszkowski zasugerował publicznie, że minister Skubiszewski mógł być był tajnym współpracownikiem SB – działo się to niewątpliwie nie bez związku z „aferą traktatową” i nerwowym poszukiwanie winnych tejże. Natychmiast odezwali się obrońcy niewinności ministra (figurował na „Liście Macierewicza” jako TW „Kosk”) i „…kultury politycznej…”, którą można był zniszczyć „…nieodpowiedzialnymi czynami…” (Życie Warszawy, Wyszkowski agentem SB ?, Kazimierz Wóycicki, 27.05.92). Niestety, w obronie „prawdy i demokracji” żaden z nich nie brał pod uwagę możliwości destrukcji polskiej demokracji (czy wręcz państwowości) przez ukrytą agenturę. W tym kontekście nie było paradoksem, że w dniu (28.05.92), w którym parlament na wniosek Janusza Korwin Mikke przyjął głosami KPN, PC,Solidarności, PSL-PL, PChD i UPR (186 za, 15 przeciw, 32 wstrzymujące się), UD i KLD zbojkotowały głosowanie (twierdząc, że uchwała jest nielegalna), uchwałę zobowiązującą szefa MSW „do podania do dnia 6 czerwca 1992 pełnej informacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż, a także senatorów, posłów (...), będących współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w latach 1945–1990”, Gazeta Wyborcza zamieściła tekst „Gra w teczki” uzupełniony komentarzem Ewy Milewicz, w którym próby lustrowania najwyższych urzędników w państwie określono mianem „szaleństwa” i próbą szantażu wobec przeciwników politycznych rządu. W gazecie pisano też o „czystkach” i pytano czy jest to „Oczyszczenie czy unurzanie” (Gazeta Wyborcza, Weronika Kostyrko, 29.05.92). Gdy wspominano o „Teczkach Pandory” (to samo wydanie Gazety Wyborczej) manipulowano równocześnie prawdą pytając „Ile razy można powtarzać, że wiarygodność ubeckich archiwów jest wątpliwa ? Czesi i Niemcy, którzy postanowili ujawnić ich zawartość gorzko tego żałują ?...” (Wojciech Maziarski). Przy okazji twierdzono, że Polska wygrała wojnę z komunizmem i nie warto się czymkolwiek co z tymże było związane zajmować bo „…skoro nie ma już wojny, to nie ma też wroga…”. Oprócz tych wysblimowanych intelektualnie analiz (ich rzeczywistą wartość, prawdziwość i wagę możemy precyzyjnie ocenić dzisiaj, ale wtedy w 1992 też można było się o to pokusić) zastanawiano się jak uniemożliwić lustrację. Wicemarszałek Sejmu Jacek Kurczewski apelował o niepodpisywanie ustawy przez marszałka co miało uniemożliwić jej wejście w życie. Ostrzegał też przed nią Prezydent w słynnej rozmowie z Antonim Macierewiczem. Liczono też i na to, że przeciwko ustawie wypowie się Trybunał Konstytucyjny. Straszono też opinię publiczną liczbą potrzebnych do przeprowadzenia właściwej lustracji sprawdzeń - miało ich być 77 tysięcy – musiało to tworzyć wrażenie niewykonalności całej operacji, którą mieli przeprowadzać „chłopcy Antoniego”, o których rok później Gazeta Polska pisała „Przez kilka miesięcy grupa …dzielnych, godnych zaufania, młodych ludzi zaangażowanych przez …Antoniego Macierewicza prowadziła w specjalnie do tego przeznaczonym zespole analitycznym badania archiwów MSW. W wyniku ich prac ustalono nazwiska tych dygnitarzy … i członków parlamentu, którzy za rządów komunistycznych byli konfidentami bezpieki, to znaczy świadomie donosili na swych przyjaciół, kolegów i informowali oficerów SB o nieprawomyślnych poglądach i patriotycznych działaniach. Lista nazwana została przez autorów - ostrożnie – listą zasobów archiwalnych MSW. … Zamiast zapaść się pod ziemię ze wstydu, zamiast podać się do dymisji konfidenci pozostają nadal na swych stanowiskach. … Niektórzy mają na swych koncie niewątpliwe zasługi dla Polski. Więc nie to jest największym skandalem, że tym ludziom przytrafiło się kiedyś takie nieszczęście …Największym skandalem jest to, że gdy nadeszła godzina prawdy, ważyli się użyć siły i autorytetu państwa, aby ukryć przed narodem swoją przeszłość….” (Gazeta Polska, Lista konfidentów, czerwiec 1993 nr.4/93). W akcji zohydzania lustracji standardowo sięgano też po opinie „autorytetów naukowych” definiując obawy o bezpieczeństwo państwa jako paranoję, troszczono się przy tym bardziej o SBeków i ich tajnych współpracowników niż ofiary działań tychże „…Jakie będą konsekwencje wejścia w życie uchwały o ujawnieniu teczek byłych agentów SB i UB - …Uchwała zniszczy lub skomplikuje życie wielu ludziom. … Zwolennicy uchwały twierdzą, że teczki trzeba ujawnić, ponieważ agenci mogliby stać się zorganizowaną siłą, która wystąpi przeciwko demokracji – To bzdura. W psychologii tego typu postawę nazywa się reakcją paranoiczną lub kompleksem oblężonej twierdzy. Pomaga ona racjonalizować własne działania lecz nie rozwiązuje rzeczywistych problemów.” (Gazeta Wyborcza, rozmowa z prof. Mirosławą Marody z Instytutu Socjologii UW, Reakcja paranoiczna, Rozmawiała Dominika Wielowieyska, 30/31.05.92). Paradoksalnie przeciwko lustracji wypowiadali się tez i ci, którzy frondowali wcześniej przeciwko systemowi, a później otrzymali możliwość wejścia do archiwów MSW. W skład „komisji”, która otrzymała to prawo wchodzili Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Bogdan Kroll i Adam Michnik. „…Istnieje niebezpieczeństwo, że sporo dokumentów zostało zlikwidowanych. … Trudniejsze już jest fałszowanie, bądź prokurowanie nowych akt, ale dla fachowców nie byłby to problem do pokonania.” Mówił gazecie (Życie Warszawy, Historycy o ujawnianiu agentów SB i UB. Wypowiedzi profesorów Ajnenkiela i Holzera, 30/31.05.92) Jerzy Holzer (zdefiniowany, kilka lat później, w jednym z telewizyjnych programów „Misja Specjalna” Anity Gargas jako TW). Jednym z ważnych argumentów przeciwko lustracji miało być również i to, że „świat polityki” był sprawdzany przez „służby” zarówno w roku 1989 jak i 1991. Sam zresztą słyszałem wtedy od jednego z czołowych aktorów sceny politycznej "...nie martw się wszystko było sprawdzone, nawet przez Amerykanów...".
W miarę rozkręcania się kwestii lustracyjnych wrócono do pytania jak radzili sobie z rozliczeniami przeszłości nasi sąsiedzi. Wnioski musiały (co oczywiste) być druzgocące dla zwolenników czystości polskiego życia politycznego. Piszącym o tym dziennikarzom nie przyszło do głowy, że w rzeczywistości ich teksty, gdyby chcieć je analizować racjonalnie, pokazywały w pełni własnie dokonania lustracji, która była po prostu koniecznością gwarantującą bezpieczeństwo państwa choćby i z tego powodu, że n.p., STASI nie ograniczało się tylko do inwigilacji „swojej” opozycji „…Inne źródło moralnego kaca dla obywateli byłej NRD to ujawniający się coraz wyraźniej obraz środowiska NRD – owskiej opozycji i wspierającego ją Kościoła ewangelickiego, jako niemal w pełni zinfiltrowanych przez agentów…” (Gazeta Wyborcza, Jak nasi sąsiedzi ujawniali współpracowników służb bezpieczeństwa, Czechosłowacka przestroga, Andrzej Jagodziński, Lekcja niemiecka, Piotr Cegielski, 30/31.05.92), ale także „…Informacje na temat Polaków STASI przekazywała też do moskiewskiego >>banku danych<< …” (Życie Warszawy, Rozmowa z Joachimem Gauckiem, Wojciech Pomianowski, 2/3.0592 i Wprost, Urząd oczyszczenia, Rozmowa z Joachimem Gauckiem, pełnomocnikiem Bundestagu ds. akt Stasi, Rozmawiał Piotr Cywiński, 14.06.92.). Szeroką „publiczność” miały przerazić też informacje o planach przeprowadzenia szerokiej dekomunizacji. Według wiadomości przekazywanych przez gazety (Gazeta Wyborcza, Tylko w >>Gazecie<< - przeciek z MSW, Wielkie łowy MSW, 1.06.92) przygotowano projekt ustawy wykluczającej osoby, które miał sprawować jakiekolwiek funkcje kierownicze w PPR, PZPR, SD, ZSL, ZMP, ZMS, ZSMP, ZSMW, z życia polityczno / społecznego. Rzecznik rządu Tomasz Tywonek określił publikowanie takich wiadomości jako „…dezinformację mającą na celu destabilizację sytuacji politycznej w kraju…” Życie Warszawy, Tywonek: >>Gazeta<< dezinformuje, 2.06.92). Epatowano też możliwymi krzywdami jakie, w efekcie lustracji, spotkają „niewinnych” ludzi. Antoniego Macierewicza oskarżano o pychę „…Cóż za ogromną pychą jest twierdzenie min. Macierewicza, że wszystko co zostanie ujawnione, będzie absolutnie zgodne z prawdą…” mówił dziennikarzowi w Gazecie Wyborczej (Pierwszy solidarnościowy szef MSW o ujawnianiu teczek, Pycha Macierewicza, Notował jach, 1.06.92) Krzysztof Kozłowski wodzony na swoim urzędzie za nos przez pozytywnie zwertikowanych ubeków. Według przeciwników oczyszczenia życia publicznego w Polsce lustracja nie dawała też gwarancji, że nie zostaną ujawnione publicznie dane wrażliwe potencjalnych (i byłych) agentów. Tu interweniował Rzecznik Interesu Publicznego Profesor Tadeusz Zieliński. W tym momencie wszyscy przeciwnicy gabinetu jak jeden mąż zaczęli twierdzić, że „…rząd nie pracuje…”, a wszystkie pozytywne efekty jego działalności to tylko skutek polityki poprzedników.
Z wolna zbliżało się przesilenie. Mimo, że Jan Olszewski był urzędującym premierem pojawiały się nowe kandydatury na stanowisko szefa rządu – jedna z nich to Waldemar Pawlak. W bardzo prosty sposób wskazuje to na fakt, że dymisja podczas „nocy teczek” była faktycznie skutkiem dłuższych działań niż tylko te „spontaniczne” artykułowane przez Wałęsę na wizji w filmie „Lewy czerwcowy”. Pojawiające się w prasie opinie na temat tego, że „lider PSL” może zapewnić „…zawieszenie broni…” na scenie politycznej mogą wskazywać na to, że czerwcowy pucz nie był przypadkiem, a po prostu ordynarnym zamachem stanu „…Waldemar Pawlak … Nie jest to polityczna gwiazda, choć ujawnił spory talent i zmysł przewidywania. Posiada też rzadką u nas cnotę powściągliwości w słowach. … Wraz z kandydaturą Pawlaka na porządku dziennym staje więc pytanie o sens >>polskiej rewolucji<< i kierunek przemian….” (Życie Warszawy, Trzecia siła ? Jerzy Wysocki, 4.06.92). Sytuacja zmierzała szybko ku ostatecznym rozwiązaniom. Wieczorem 4.06.92 roku Sejm w głosowaniu wyraził rządowi wotum nieufności (Za wotum głosowało 273 posłów 119 było przeciw i 33 wstrzymało się). Dziś wiemy, że był to efekt intrygi przerażonych lustracją i możliwymi jej konsekwencjami grup interesów i osobiście zainteresowanych ukrywaniem swojej przeszłości polityków. Profesor Wojciech Roszkowski mówił o tym w rozmowie z Polską Agencją Prasową „…Te ugrupowania przestraszyły się, że ujawnienie przeszłości niektórych ważnych przedstawicieli nowego status quo zburzy ich pozycję. Oskarżano Olszewskiego o przewrót, którego nie planował, podczas gdy dokonano przewrotu parlamentarnego. Nie zastosowano w nim przemocy, lecz zmontowano koalicję obrony nowego status quo…”. W jednym bym się z Profesorem nie zgodził – koalicja została zmontowana, poza funkcjonującymi normami prawnymi i zasadami demokracji parlamentarnej, w celu obrony „starego i nowego” status quo.
Zagrożenie minęło „demokraci” mogli odetchnąć. Nie był to jednak koniec walki o prawdę i honor. Gazeta Wyborcza (5.06.92) publikowała obok tekstu zatytułowanego „Rząd upadł” opatrzonego szczególnie dobranym zdjęciem, na którym Jan Olszewski wyglądał jak południowoamerykański dyktator publikowała słynny dziś wiersz Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. W samym zaś artykule mocno uwypuklono twierdzenia Wałęsy „…teczki są sfabrykowane…” i Kuronia „…Macierewicz niszczy państwo…”, a efekty pracy nad „teczkami” to po prostu „…stek kłamstw… Na liście są nazwiska, w które ja po prostu nie wierzę. Mam na to szereg dowodów. …” (Gazeta Wyborcza, Upadek rządu, 5.06.92). Tak więc „wiara” polityka stała się ni z tego nie owego niepodważalnym „dowodem” a fakty przestały miec jakiekolwiek znaczenie. Upadek rządu definiowano jako „odejście w niesławie” zarzucając Antoniemu Macierewiczowi, że dla doraźnych korzyści (utrzymania się u władzy) ryzykował chaos w państwie, działał samodzielnie (choć faktycznie realizował tylko uchwałę Sejmu RP – uchwała z 28 maja 1992) i nie przestrzegał jakichkolwiek zasad „…Działał samowolnie mając na uwadze jedynie własne racje i polityczne korzyści…”. Premier Jan Olszewski miał zaś przedstawić swoje racje w „…dramatycznym lecz pokrętnym wystąpieniu…” (Życie Warszawy, Odejście w niesławie, Kazimierz Wóycicki, 5.06.92), a fakt, że jako obrońca praw człowieka i znawca metod komunistycznych służb akceptował lustrację był „…zadziwiający i niepojęty…” (Polityka, Przepraszam za … Stanisław Podemski, 6.06.92). Przy okazji przypomnijmy fragment tego co „pokrętnie” mówił w transmitowanym w obu programach Telewizji Polskiej „…obrońca praw człowieka…” „…Chciałbym mianowicie, wtedy, kiedy ten gmach opuszczę, kiedy skończy się dla mnie ten – nie ukrywam – strasznie dolegliwy czas, kiedy po ulicach mojego miasta mogę się poruszać tylko samochodem albo w towarzystwie torującej mi drogę i chroniącej mnie od kontaktu z ludźmi eskorty, że wtedy, kiedy się to wreszcie skończy – będę mógł wyjść na ulice tego miasta, wyjść i popatrzeć ludziom w oczy. I tego wam – … Budowaliśmy mozolnie państwo, które obywatele będą mogli szanować. Państwo całkowicie niepodległe, państwo, w którym wojsko i policja są w pełni podporządkowane demokratycznej, przedstawicielskiej polskiej władzy..”. Atakowano nie tylko Jana Olszewskiego - Władysław Frasyniuk i Zbigniew Bujak zarzucali Antoniemu Macierewiczowi i Piotrowi Naimskiemu niemalże kolaborację z „komuną” (Życie Warszawy, Frasyniuk i Bujak oskarżają, 5.06.92). Generalnie przeciwko rozpoczętej lustracji (w jakiejkolwiek formie) było też bałamutne hasło brzmiące „…przecież wszyscy byliśmy umoczeni…”. Nie dość tego – dla przeciwników oczyszczenia z komunistyczno ubeckiej przeszłości było przecież oczywiste, że dokumentacja mogła być fałszowana (dziś wiemy, że fałszowanie tejże 1) było niezmiernie trudne, by nie rzec niewykonalne, 2) a jeśli miało miejsce to w nielicznych przypadkach było szybko i surowo karane przez organa wewnętrzne SB. Pojawiały się też niezweryfikowane (a później całkowicie zdezawuowane) pogłoski o planowanym przez rządzących puczu „…Wiarygodne źródła zbliżone do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych twierdzą, że w czwartek, gdy w Sejmie trwała debata nad odwołaniem rządu minister Antoni Macierewicz w podległych sobie Jednostkach Wojskowych zarządził stan podwyższonej gotowości bojowej. … również 8 maja, gdy Lech Wałęsa wygłaszał w parlamencie orędzie do Sejmu, w NJW trwał stan podwyższonej gotowości…” (Gazeta Wyborcza, Miał być zamach ?, 6/7.06.92.). Zgodnie z wcześniejszymi sugestiami na nowego premiera desygnowano Waldemara Pawlaka. Do newralgicznych resortów delegowano Janusza Onyszkiewicza (MON) i Andrzeja Milczanowskiego (MSW). Dość szybko (bo już dwa dni po obaleniu rządu) okazało się, że „opcja NATO/wska nie jest i nie była wcale marzeniem kadry dowódczej Wojska Polskiego (Polityka, Nastroje w wojsku, Z płk. dr Adamem Kołodziejczykiem, komendantem Wojskowego Instytutu Badań Socjologicznych, rozmawia Marek Henzler, 6.06.92), a chcący lustracji to „zoologiczni antykomuniści”.
Po 4 czerwca Polska stała się znowu „normalnym krajem”, w którym można było dopuścić do takiego zdarzenia jak na przykład 10.04. 2010. Za tę „normalność” płacimy także i dzisiaj.
red. Piotr Łysakowski,
Profesjonalizm w "rzyganiu miłością" wysokopłatny i oczywiście "dla dobra Ojczyzny"
Kpł 19,18 „Nie mścij się i nie żyw urazy przeciw synom twego ludu, lecz miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Ja jestem Pan!”
Flp 2,3-4: „Niech nic nie dzieje się z przekory ani z próżnej chwały, lecz w pokorze niech każdy uważa drugich za ważniejszych od siebie. Niech każdy troszczy się nie tylko o swoje sprawy, ale też o sprawy drugich.”
-----------
Ostatnio pisałem, że Donald Tusk po wyjściu ze spotkania z Ojcem Świętym w Watykanie ogłosi apostazję.
Pomyliłem się biję się w piersi i jest mi teraz łyso.
Na Placu Świętego Piotra premier po prostu „rzygał miłością” i po tej fizjologicznej czynności heroicznie i bez zahamowań poszedł jeszcze dalej.
Tuż po powrocie do szczęśliwego i kwitnącego, jak nigdy w historii, kraju nad Wisłą ogłosił dumnie, że rozporządzeniem (czyli wbrew obowiązującemu prawu zapisanemu w Konstytucji !!!) wprowadzi transkrypcję związków (związków nie małżeństw - co podkreślam ja !!!) jednopłciowych. Natychmiast po tej enuncjacji wynikającej z bezskutecznej opinii TSUE i posiłkującego się tym bezprawiem polskiego sądu administracyjnego na mazowieckich równinach, pogórzu nad jeziorami mazurskimi i Bałtykiem zapanował niebywały entuzjazm i szczęście.
Znaleźliśmy się wreszcie w Europie - teraz już faktycznie, nie na niby jak do tej pory ! Pasmo sukcesów po prostu, miłość od Odry po Bug (może być odwrotnie).
Czekamy jeszcze na pełną depenalizację, we wszystkich wymiarach, tego co się działo w Kłodzku. To konieczne, ba wręcz oczekiwane, by szczęście było pełne i niczym niezakłócone. Szczęście nas ludzi i braci młodszych, co oczywiste - apoteoza miłości po prostu.
Wróćmy jednak do szarej i trudnej rzeczywistości - to konieczne dla zdrowia psychicznego.
Nie przestrzegając chronologii pozostajemy nadal przy osobie premiera RP. Polskę odwiedziła para celebrytów - małżeństwo George i Amal Clooneyowie. Podobno przyjechali, by ocieplić wizerunek „łatwego w pielęgnacji” premiera Polski.
Nie wiem czy to prawda ? Powiem więcej zupełnie mnie to nie interesuje, ale choć co paradoksalne moje zainteresowanie jako płatnika podatków budzi twierdzenie, że wizyta była finansowana przez polski budżet. Nie dziwi więc, że celebryci (na marginesie, o nim mówi się, że był jakoś zamieszany w figle wyprawiane przez Epsteina) zostali odwiedzeni przez Donalda. Jest autorska „rolka’ z tego wydarzenia. Pan premier cały w lansadach, zgięty w „chińskie dziewięć”, witający gości, emanacja kompleksów wobec „zachodu” i „celebry”. Przy okazji suchar o swoim imieniu, taki „proamerykański” i „protrampowski” co oczywiste- kiszka na całego, pomaga Polsce poprawić stosunki z USA. Media „głównego ścieku” zapomniały przy tym dodać, że Amal wspomniała cos o kryzysie przywództwa na zachodzie wynikającym z braku przestrzegania prawa przez czołowych polityków. Po co komu taka uwaga ?
Teraz „powrót do przeszłości (nieprzypadkowy zresztą) lata temu podczas jakiejś wizyty w Gdańsku spotykam polityka. Chwilowo był wtedy na bocznym torze, zajmuje jakieś tam stanowisko w Senacie. Szybko okazuje się, że obaj mamy być gośćmi w lokalnym radio (nie pamietam którym, ale to nie ma jakiegokolwiek znaczenia). Proponuję „podwiozę pana”, jest ok. Jedziemy - gadka szmatka, ale szczera, jak to dzisiaj widzę.
Mój nieoczekiwany pasażer opowiada - lubi grać w piłkę (śmieje się z „borowików”, którzy są zmuszani do gry razem z Marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim), winko, cygara, mecz w telewizji obejrzeć, „dolce farniente”, generalnie nie narobić się, to główna zasada. I jeszcze, co ważne, pamiętać despekty jakich się doznało.
Czterdzieści minut jazdy i takiego sobie gadania, ja coś o polskich interesach i priorytetach w stosunkach polsko - niemieckich, a on o tym co wyżej. Dzisiaj on pewno nawet tych kilkudziesięciu minut nie pamięta, przecież to nieistotny szczegół - ja pamiętam. Zgadniecie pewno, z kim spędziłem ten szalony czas ?
No dobra teraz, nie bez związku z powyższym, wracamy do „naszego” dziś.
„Uciekł” do USA Zbigniew Ziobro, skandal. Miał być przywieziony do Polski, w ramach demokratycznych procedur żywcem zaczerpniętych z białorusko - kacapskiego arsenału metod, w bagażniku. „Uciekł”, ale nie uciekł, bo wyjechał legalnie na paszporcie „Nansenowskim” i z wizą amerykańską, której jako przestępca na pewno by nie dostał.
„Uciekł” oskarżany o to co władza sama dzisiaj robi. No ale demokratom wolno „robić”, a faszystom nie wolno i tyle. Teraz usiłują obciążyć za tę „ucieczkę” Tomasza Sakiewicza, a później może Pana Prezydenta RP. Grożą trybunałami, więzieniem, sami zagrożeni długoletnimi wyrokami.
Mówią, że premier standardowo dostał „fuhrrriii” i nieelegancko rzucał k…..mi. Twierdzi się, że chciał rewanżu za „Fundusz Sprawiedliwości”, „prześladowanie” Giertycha, Nowaka, Gawłowskiego, Grodzkiego, posuchę materialną wywołaną ośmioletnimi rządami PiS i odstawieniem od koryta. Nie wyszło bo nominowani przez niego gamonie nie są w stanie niczego dobrze zrobić bo nie potrafią lub nie chcą (oczywiście z wyjątkiem demolowania i dojenia Polski - kolejność dowolna).
Przy okazji pojawiły się medialne pretensje do Agencji Wywiadu. Nie pilnowała „uciekiniera” wystarczająco skutecznie no i zwiał. W swobodnym przekładzie literackim na polski - nasz wywiad miał inwigilować polskiego uchodźcę politycznego, który otrzymał azyl na Węgrzech. Rozumiecie, wywiad jest od śledzenia własnych obywateli, rozumiecie, prawda !!! ???
Przestrzegają prawa „tak jak to prawo rozumieją”, może lepiej „rozumiejo” - dyktatura „ciemniaków” tak to się nazywało kilkadziesiąt lat temu w Polsce Ludowej. Tak jak w PRYlu kiedy I Departament MSW pracował dla dobra socjalistycznej ojczyzny inwigilując polską emigrację, Kościół, sukces gonił sukces. Ginął ksiądz za księdzem, kradli z FOZZ, Bin Ladena prawie złapali w „Ognisku Polskim” w Londynie, a może jeszcze gdzieś indziej.
Jeszcze chwila, a tak jak w latach osiemdziesiątych zaczniemy widywać w polskich Kościołach gości nagrywających kazania nieprawomyślnych księży. Jeszcze chwila, a …nie nie napiszę więcej … żyłem w Polsce Ludowej i niestety wiem czym to pachnie.
Wszystko zmierza w tym kierunku.
Pan Zbigniew Ziobro ani mi brat ani swat. Powiem więcej, irytował mnie często swoim gadaniem ale jak słyszę od Żurka o tym, że „oni przestrzegają prawa”, a on walczy z „barbarzyństwem prawnym” to bierze mnie cholera, bo chcą mieć w więzieniu tylko dla dzikiej satysfakcji i zaspokojenia krwiożerczych instynktów elektoratu, ciężko chorego człowieka i to na podstawie zarzutów z grubsza z odbytu wziętych (nie przepraszam za wulgaryzm).
Powiecie, że gadam głupoty. Może i tak, ale popatrzcie na publicystę Jastruna. Pisze o waleniu w „mordę” albo „mordowaniu”, inaczej niż on myślących, którzy nie maja do tego prawa, bo takie prawo maja tylko „szlachetnie urodzeni” z komunistycznym rodowodem.
Żartowniś i figlarz, prawda !?
Za mniej śmieszną interpretację literackiego cytatu skazano chorą emerytkę, a tu proszę Jastrun dokonał w prosty sposób twórczej zmiany wartości określonych pojęć „lać w mordę „ i „mordować” i nic !
Popatrzcie na ostatnie fizyczne ataki skierowane wobec „Republiki” i jej dziennikarzy, rzekę kłamstw płynąca z prorządowych mediów, panią Grędę twierdzącą, że w służbie zdrowia jest lepiej bo otwiera się „nowe sale wykładowe” (rozumiecie „sale” będą leczyć , wyższa szkoła medycznej jazdy - takiej nie ma na świecie - Polska trendsetterem w nowych technologiach medycznych !!!), a pacjenci są „zadowoleni”. Brednie Żurka, „Pogłosa”, któremu wszystko dosłownie leci z łap (nawet na trzeźwo) i wyrafinowanego intelektualnie „Chełmońskiego” - Szłapki. Nadal będziecie uważać, że błądzę podczas gdy przestępstwo goni przestępstwo i przestępstwem pogania, kiedy permanentne i obrzydliwe kłamstwo urasta w urojeniach „Europejczyków” do poziomu prawdy ?
Przed laty po zamachu 1926 roku sędziwy senator PPS Bolesław Limanowski krzyczał na sali sejmowej do rządzących „…do dymisji, do dymisji…”. Dzisiaj w narzeczu wspomnianych wyżej „Europejczyków” brzmiałoby to nieco inaczej #wy…ć, ale sens pozostaje taki sam.
I już kończąc, stała rubryka „mistrz mowy polskiej” - walka o „pudło” jest nadal zacięta, tym razem o zaszczytny tytuł walczy poseł Szczerba twierdzący, że ktoś tam (może on ?) nie będzie robił „…wody z ucha…” , niewtajemniczonym wyjaśnię, że robi się „…wodę z mózgu…”, może to komuś pomoże „panu posłu" też.
I to by było na tyle.
A i jeszcze uważajcie na siebie 20.05. w Warszawie !!!
PIOTR ŁYSAKOWSKI
W Londynie 15/16/17.05.26
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
15 maja
Dnia 15 maja 2026
Święto Niezapominajki wspomnienie Andrzeja Zalewskiego.
Redaktor Polskiego Radia wielki miłośnik Polskiej przyrody autor jedynej w swoim rodzaju prognozy pogody wygłaszanej co rano na eterze, skierowanej do tych którzy kochali Ojczyznę. Pomysłem jego było symboliczne święto Polskiej niezapominajki. Celem tego zamierzenia było promowanie natury ale także ważnych miejsc , osób, i śladów narodowej dumy by je zachować od zapomnienia.
Z urodzenia Warszawiak pochodzący z inteligenckiej rodziny , z wykształcenia inżynier Rolnik, z obowiązku patriota żołnierz Ponurego ze zgrupowania Świętokrzyskiego AK, uczestnik Powstania Warszawskiego. Zaraz po studiach zatrudniony w odradzającym się Radiu kierujący swoje audycje poranne do rolników, Leśników i każdego, dla którego przyroda Polska była ważna. Jako były żołnierz AK wraz ze wzmacnianiem się komunizmu jego pozycja w redakcji stawała się trudna do akceptacji przez reżimowych szefów. Trudno było nie dostrzegać jego akceptacji przez słuchaczy bo do redakcji przychodziło kierowanych do niego codziennej korespondencji-tysiące listów i przesyłek, na które starał się osobiście odpowiadać pisząc często w domu nawet nocą. Każdy list był ważny i wymagał od niego reakcji. W 1964 r został stypendysta Organizacji Wyżywienia i Rolnictwa Narodów Zjednoczonych ,a w 1978 Departamentu Stanu USA . Po powrocie został usunięty, a w 1985 skierowany na przymusowa emeryturę. Dopiero po roku 1990 powrócił na antenę by tworzyć audycje dla swoich byłych odbiorców co zostało przyjęte z entuzjazmem. W roku 2001 zaproponował ustanowienie święta polskiej Niezapominajki co uznano przy pełnej akceptacji przez słuchaczy miało ono bowiem ważne
przesłanie : kultywowanie tradycji narodowej ,umiłowanie lasów ,ciężkiej pracy rolnika i uszanowania przyrody.
Już od dawna nie słyszymy aksamitnego i ciepłego głosu Redaktora Andrzeja, człowieka pełnego empatii -miłości, życzliwości do ludzi dla których dzięki swojej autentyczności pozostał na zawsze w pamięci jako nieugięty krzewiciel polskiego patriotyzmu i wiary w stwórcę.
Krzysztof Zięba
Bielsko Biała, 14 maja 2026
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
...co Pan Twardowski robi na ksiezycu
O tym, co Pan Twardowski robi na księżycu,
oraz o dwóch takich co kradli dusze
Pan Twardowski wydaje się bajką dla dzieci, opowieścią fantazy. Można także powiedzieć, że jest to popularny motyw kultury ludowej. Przyglądając się bliżej tej historii zaczynamy wyraźnie zauważać zawartą tam prawdę o postawie człowieka. Mądrość pokoleń, wzbogacona geniuszem wieszcza, ile ona mówi o naturze ludzkiej. Ukazuje wiele niezwykłych powiązań, od niechcenia snując niby nieprawdziwą historię sprytnego Sarmaty, uciekającemu diabłu sprzed nosa.
Ta historia jest figurą człowieka, który wyrwał się demonom, pomimo podpisania cyrografu na swoją duszę. Pojmujemy aktualność tej opowieści dla każdego pokolenia. Mądrość ludowa w niezwykle jasnych symbolach, będąc pełna podziwu dla sprytu bohatera, wyświetla nam prawdę o człowieku który otwarcie paktuje ze złem. Przedstawia wprost dramat człowieka, który w imię egoistycznie pojmowanego dobra przystaje na kompromisy etycznie niegodziwe. Widzimy w tej opowieści osobę zwlekającą z jednoznacznym wyborem dobra, chwiejną. Osobę usiłującą bezustannie odwlec moment rozliczenia się z własnym sumieniem. Osobę, która nie chce ponieść konsekwencji swoich działań. Zawieszoną pomiędzy niebem a ziemią - jak na księżycu, pomiędzy dobrem i złem.
Ukazuje stan człowieka, który żyje w świecie sprzecznych, nie dających się pogodzić norm. Sumienie i rozum zamiast prowadzić ku temu, co jednoznacznie dobre, wytwarzają wygodne złudzenia. A przecież prawdy ostateczne istnieją i jedną z nich, nieuchronną, jest śmierć.
W chwilach refleksji zaczynamy dostrzegać prawdę o nas, ludziach współczesnych. Człowiek dzisiejszy często odwzorowuje postawę Pana Twardowskiego. Żyje w zawieszeniu pomiędzy niebem i ziemią, czyli można powiedzieć - na księżycu. Jest często niezdolny do wyboru prawdy. Usiłuje trwać za wszelką cenę w nie dających się pogodzić ze sobą normach moralnych. Kwestionuje nakazy sumienia. Uważa, że moralność wynikająca z pobudek religijnych, to niehumanitarne restrykcje do usunięcia.
Pan Twardowski symbolizuje człowieka, który odkłada, negocjuje, oddala od siebie to, co najważniejsze. Który wierzy, że jeszcze zdąży, jeszcze się wymknie, jeszcze znajdzie sposób.
Za swoje postępowanie nie zostaje dopuszczony do pełni życia. Ostatecznym miejscem pobytu bajkowego Sarmaty staje się księżyc, świecący blaskiem odbitym. To metafora życia w zawieszeniu, pomiędzy dobrem a złem, samotności i zimna. Ten jakby nieco przybrudzony, choć świetlisty glob staje się paralelą nie do końca czystego sumienia. Według ludowej mądrości księżyc staje się nie karą, ale konsekwencją życia które prowadził.
W opozycji do alegorycznej postaci Pana Twardowskiego historia stawia nam przed oczy innych bohaterów. Całkowicie realnych, których daty i miejsca narodzin są nam znane.
To święty Jozafat Kuncewicz i święty Andrzej Bobola. To już nie postacie wyimaginowane, ani alegorie pewnego typu postępowania. To święci, którzy żyli i działali w świecie. To Ci, którzy chwytali dusze: dla Boga, dla zbawienia.
Ich portret odsłania się wyraźnie w wezwaniach zawartych w litanii. W przypadku Jozafata słyszymy o „obrońcy prawdy", „pom nożycielu wiary", „zwycięzcy błędów” czy „pilnym dozorcy zbawienia dusz". A także o „filarze jedności”, „czułym przestrzegaczu w uporze trwających” oraz „miłośniku swych nieprzyjaciół”. Jest on przedstawiony jako troskliwy pasterz, który bierze odpowiedzialność za powierzonych sobie ludzi i gotów jest oddać za nich życie. Z kolei w wezwaniach do Andrzeja Boboli pojawiają się określenia: „powołany do jednoczenia", „gorliwy nauczyciel", „apostoł dzieci i ludzi religijnie zaniedbanych”, „apostoł Polesia”, „męczennik za jedność chrześcijan" oraz „modlący się za swoich morderców”.
Już pierwsza analiza pokazuje motyw przewodni towarzyszący ich działaniu. Nawet więcej: należałoby powiedzieć - imperatyw działania, którym jest troska o zbawienie bliźniego. Nie jest nim jedynie gorliwość chrześcijańska, ani nawet sama idea jedności kościoła. Jest nim coś niezwykle głębokiego, o czym człowiek współczesny, nawet chrześcijanin, zapomniał w ogóle.
Jest to duch odpowiedzialności za zbawienie własne i zbawienie bliźniego. Prawda, która każe działać na rzecz zbawienia i nakazuje brać odpowiedzialność za cudzą duszę.
Dla tych świętych dusza ludzka była cenniejsza od wszelkich dóbr tego świata. Była cenniejsza od dobrego imienia, uznania i sławy. Była nawet droższa od własnego życia. Dla nich prawda o nieśmiertelności duszy była tak silna, że nakazywała ciągłą potrzebę apostołowania. Powodowała odnawiający się wciąż zapał misjonarski, uzdalniała do nauczania moralności, do pomagania ludziom w odróżnianiu dobra od zła.
Dwóch świętych, których współcześni nazwali duszochwatami.
Choć nie wiemy na pewno, czy się znali, wiemy, że żyli w tych samych latach: na początku XVII w.. Działali także w tym samym regionie: na terenie dzisiejszej Litwy, Białorusi, i Polski północno- wschodniej. Wezwania z litanii wydobywają z mroku - niby flesze aparatu fotograficznego - ich duchowe portrety. Cechowała ich misja wyjątkowa. Można ją nazwać wyrywaniem dusz z błędów i zaniedbań, wyrywaniem z rąk odwiecznego nieprzyjaciela człowieka.
Obaj święci wychodzili z tego samego fundamentalnego przekonania: że najważniejszą sprawą w życiu człowieka jest zbawienie jego duszy, a wiara nie jest sprawą prywatną. Człowiek w ich rozumieniu nie mógł zostać porzucony. Jego dusza mogła zbłądzić, osłabnąć, odpaść od jedności, utonąć w kłamstwie, właśnie dlatego potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi.
Święty Jozafat i święty Andrzej uważali, że wiara w życiu człowieka, jest jest rzeczywistością obiektywną, nadającą kierunek wyborom etycznym i światopoglądowym. Więc szli troszczyć się o dusze, szli chronić i umacniać. W swoich działaniach ukazywali bliźniemu prawdę, odrywali od błędów herezji i zguby moralnej.
Jozafat Kuncewicz wybrał drogę św Bazylego, mnicha chrześcijaństwa wschodniego. Tam ważna była więź wspólnotowa, posłuszeństwo, oderwanie od świata. Andrzej Bobola natomiast uformowany został w klimacie duchowości jezuickiej, która kładła nacisk na działanie, misyjność i odpowiedzialność za innych. Pomimo, że podstawiono przed nimi różne zadania - Jozafat był arcybiskupem, natomiast Andrzej ojcem zakonnym, misjonarzem, to siłą napędową ich działań była troska o zbawienie człowieka. Troska wynikająca z miłości.
Żyli w epoce wdrażania postanowień Soboru Trydenckiego, który na nowo definiował znaczenie prawd wiary, ustalił sposoby ich jasnego głoszenia i obrony przed błędem herezji. Dodatkowo działali oni na terenach dotkniętych napięciami religijnymi, gdzie trwałość unii brzeskiej, a i nawet kościoła katolickiego nie była przesądzona.
W tym kontekście łatwiej zrozumieć, dlaczego nazywano ich „duszochwatami". Określenie to początkowo było nacechowane wybitnie pejoratywnie. W zasadzie określało złodzieja dusz, nawet należy dodać: piekielnego złodzieja. Ich niezwykły dar wymowy i przekonywania sprawiał, że część ludności prawosławnej i protestanckiej przechodziła na wiarę katolicką lub unicką. Jednocześnie wywoływało to falę niechęci i agresji.
W przypadku Jozafata rozrzucano ulotki przedstawiające go jako diabła w mitrze, który „zagarnia dusze do piekła". Jozafat, mimo oczerniania i jawnej wrogości pewnych kręgów elit, nie wahał się iść dalej drogą głoszenia prawd wiary. Napisał prostym przystępnym językiem pierwszy katechizm dla Rusinów. Sformułowany w postaci pytań i odpowiedzi, wyjaśniał krótko i niezwykle zrozumiale stanowisko kościoła wobec trudnych dylematów teologicznych trapiących ludność owych czasów.
Święty Andrzej miał inny styl pozyskiwania dusz. Po prostu odwiedzał zapadłe wioski, aby przez kontakt osobisty porywać dusze dla Boga. Pomimo, że pierwotne określenie ,,duszochwat,, miało negatywne zabarwienie, jednak trafnie oddawało istotę ich misji: nieustannego prowadzenia ludzi do zbawienia.
Z tego powodu życie św Jozafata i św Andrzeja miało podobny kształt i dlatego zakończyło się w podobny sposób. Ich męczeństwo nie było przypadkiem, lecz konsekwencją tego, jak rozumieli swoje powołanie.
W tym sensie Jozafat Kuncewicz i Andrzej Bobola nie są tylko dwoma świętymi tej samej epoki. Reprezentują takie samo stanowisko wobec człowieka i jego przeznaczenia: pomóc dostąpić zbawienia. Obecnie ta konkretna postawa wydaje się wymagająca. Mało tego, nazwano by ją nietaktem. Niektórzy wręcz mówiliby o narzucaniu swojego światopoglądu, ale dla św Jozafata i św Andrzeja takie postępowanie było wyrazem najczulszej miłości bliźniego.
Dla nich wiara naprawdę była sprawą życia i śmierci.
red Renata Kopeć, założycielka i prezeska fundacji Iskra
w Holandii, 9.05.2026![]()
foto: Autorka, red. Renata Kopeć![]()
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Prezentujemy nowego Autora - Krzysztof Zięba, felietonista "Za cenę życia , Polska"
Witamy nowego Autora, zasłużonego działacza "Solidarności", wienego idei "S" , zawsze i stale zaangazowanego dla Dobra Wspólnego jakim jest Polska : KRZYSZTOF ZIĘBA, Z BIELSKA-BIAŁEJ. Otrzymamy serie felietonów, historia poprzez życiorysy Polek i Polaków, gotowych oddać życie za wolną Ojczyznę, a niemal nieznanych ...
Felieton otwarcia p. Krzysztofa Zięby:
Aplikacja i cv najważniejsza w zyciu.
Dzisiaj mija kolejna dekada mojego życia. Jest to czas refleksji. Wczoraj podczas porządkowania domowego biurka znalazłem teczkę zawierającą archiwalne aplikację, które składałem na drodze zawodowej . Przyszło mi żyć w ciekawych czasach. Dorastałem w czasie komuny, a pod koniec studiów byłem świadkiem i czynnym uczestnikiem festiwalu solidarności, później przyszedł czas smuty spowodowanej stanem wojennym. Miałem szczęście doczekać zmian ustrojowych i reform w które się włączyłem by przystąpić do zycia gospodarczego jako menager. Uczestniczyłem w wielu rekrutacjach i konkursach. W związku z tym przygotowałem liczne aplikacje i pisałem stosowne cv. W ten sposób wstąpiłem na pierwszy stopień drabiny, którą kroczyłem przez 30 lat. Pierwsze CV, było krótkie zawierały entuzjazm i gotowość do działania. Dzięki temu szczęśliwie pracodawcy zakceptowali moją ofertę mimo że była uboga. Z czasem , gdy stopniowo pogłębiałem wiedzę, i odnosiłem sukcesy moja oferta stawała się bardziej atrakcyjna i pojawiały się rekomendacje osób doceniających moją pracę. Stopniowo stawałem się ekspertem w dziedzinie restrukturyzacji firm, a oferty przychodziły same bez większych zabiegów. Stanowiska obejmowane były coraz ważniejsze, a mnie udawało się budować zespoły do realizacji zadań. Pracowałem również w korporacjach, zachowując swoją autonomię, gdy ja traciłem odchodziłem wraz ze swoimi zaufanymi ludźmi. Szczebel po szczeblu wchodziłem coraz wyżej nie oglądając się za siebie. Gdy przyszła 5 dekada życia drabina stała się węższa, a aplikacje trudniejsze i często HRowcy mówili że doświadczenie nie jest atutem, ale wiek jest problemem. Mimo wszystko byli tacy, którzy myśleli inaczej i kroczyłem dalej.Starałem dbać nie tylko o swoją karierę ale szkolić swoich następców i inwestować w majątek powierzonych mi firm by pozostawić po sobie życzliwą pamięć i osobistą satysfakcję. Dotrwałem do końcowych szczebli drabiny i udało się odejść na emeryturę na swoich warunkach.
Dzisiaj przyszedł czas napisać ostatnią aplikację tą najważniejszą do Pana Boga. Długo myślałem co w tym ostatnim CV napisać. Może o tym co się udało, co zaniedbałem. Trudno być subiektywnym a ludzi rekomendujących tych autorytetów towarzyszących jest juz niewielu bo są po tamtej stronie luster. Cieszy mnie że wychowałem i wykształciłem mimo ciągłego życia na na walizkach trójkę ukochanych dzieci, że mam wciąż od 42 lat tą samą żonę towarzyszkę życia. Pozostało wielu przyjaciół, którzy zadzwonią w ważnych chwilach. Mam swoje miejsca do których chętnie wracam i dom w którym mogę spotykać się z bliskimi.
Czy to jednak wystarczy aby moja ostatnia aplikacja zostanie przyjęta by zejść z radością schodząc z ostatniego szczebla drabiny patrząc w dół by zobaczyć tą drogę którą przebyłem przez te 7 dekad życia. Wierzę że ta aplikacja zostanie jednak oceniona na tyle dobrze bym mógł cieszyć się z tego że nie zmarnowałem darowanego mi czasu…
foto do tekstu - "Drabina" - k. Zięba
==================================================================================
Adam Nowosad - świadectwa świadka ws męczeństwa bł.ks.Jerzego
Adam Nowosad
świadek w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki
Wiosna 2026 r.
O co chodzi…?
Od męczeńskiej śmierci bł. Księdza Jerzego minęło już ponad 41 lat, nadal jednak obserwujemy cykliczny wysyp sensacyjnych rewelacji. Zwykle oparte są one na bazie przecieków ze śledztwa prowadzonego onegdaj przez oszlifowanego w PRL prokuratora Witkowskiego. Obecnie dołączają do niego nowi, chętni sławy propagatorzy wielu takich, prawdopodobnych, ale ciągle nieudokumentowanych procesowo faktów. Dla mnie to nic nadzwyczajnego - przywykłem by nie powiedzieć, nie zwracam już na to większej uwagi. Kiedy jednak poproszono mnie o skomentowanie wystąpień bohaterów z okolic Kazunia, postanowiłem przyjrzeć się sprawie.
Nie znajduję wprawdzie żadnych istotnych nowości w tych, zwykle internetowych projekcjach. Nadal słyszę, że: ksiądz zginął w bunkrze pod Kazuniem, a nie na tamie, nie 19 października, a 25… czyli w kółko to samo. Z wieloma tezami głoszonymi przez tych ludzi się zgadzam. Już sam widok umęczonego oblicza bł. ks. Jerzego, jest dostatecznym powodem, żeby w kwestii daty i okoliczności śmierci uwierzyć prokuratorowi. Podpisuję się też pod śmiałym i trafnym spostrzeżeniem tego śledczego, że zbrodnia na księdzu Jerzym była zbrodnią założycielską III RP. Niestety, to chyba wszystko za co mogę tego pana pochwalić. Cała reszta jego działaności, to już tylko mnożenie komplikacji.
Po raz kolejny, tym razem i w Kazuniu odgrzewany jest wątek związany z nazwiskiem Waldemara Chrostowskiego, zaufanego przyjaciela księdza Jerzego. Kiedyś miało to posłużyć do wywołania sensacji i wymuszenia na władzy zgody na wznowienie toruńskiego procesu i prawie się to udało… Dziś zastanawia, dlaczego pomimo niepowodzenia tego pomysłu apologeci prokuratora, mimo przegranych procesów z nieżyjącym już Chrostowskim, nadal lansują bezsensowną teorię o jego rzekomej zdradzie. Każdy z prezentowanych przez nich w tej sprawie zarzutów, to dyletanctwo. W swoich publikacjach obalam każdy z tych absurdów. Bez trudu wiele z nich dyskredytują też w swoich książkach, znakomici znawcy zagadnienia: Zbigniew Branach i Krzysztof Kąkolewski. Zewsząd płyną jednak potoki nowych pomysłów, tez i hipotez, ale nikt nie odważa się pisać konkretnie o ludziach walczących wtedy i dziś - no właśnie, o zmianę porządku i oblicza świata. Być może to z tego powodu mamy tak wiele różnych wersji tej historii. A od tego właśnie, od nazwania rzeczy po imieniu należy zaczynać wszelkie analizy. Trzeba konkretnie zdefiniować osoby i grupy zainteresowane rozegraniem dramatu tej męczeńskiej śmierci. Trzeba poznać historyczne tła tej sprawy.
Odniosę się tu jeszcze do kilku zarzutów skierowanych do mnie z Kazunia: Poza zarzutem obrony dobrego imienia Chrostowskiego słyszę jeszcze, że pisząc o tym, że ksiądz Jerzy zgodził się na wykonanie polecenia opuszczenia kraju robię z niego uciekiniera. Zarzuca się mi również, że głoszę jakoby ksiądz nawoływał do porozumienia z władzami, co miało by świadczyć o zdradzie robotników. Tymczasem w jednej i drugiej sprawie posługuję się wyłącznie faktami.
O zgodzie na wyjazd z kraju wiem, ponieważ jako jednej z najbardziej zaufanych osób, ksiądz Jerzy powierzył mi na przechowanie i zakonspirowanie całego swojego archiwum, które miał w parafialnym żoliborskim mieszkaniu. O tym pisałem już w wielu publikacjach oraz zeznawałem w prowadzonym aktualnie śledztwie. Wspomnę tylko, że kiedy ksiądz poprosił mnie o zwrot tych zbiorów, wyjaśnił mi, że wyjeżdża z Polski i chce zabrać ze sobą tylko najważniejsze dokumenty. Dodatkowym potwierdzeniem, zamiaru wyjazdu księdza jest świadectwo doktora Wojciecha Bąkowskiego, któremu ksiądz powierzył klucze do mieszkania na ul. chłodnej z prośbą zaopiekowania się nim podczas Jego nieobecności.Takim kolejnym argumentem jest sprzedaż swojego samochodu Chrostowskiemu, która została dokonana w mojej obecności.
O czym to świadczy - no nie o ucieczce księdza, a wprost przeciwnie o akcie posłuszeństwa wobec swoich przełożonych, konkretnie prymasa Glempa, który tym uprawnionym poleceniem chciał uchronić życie księdza Jerzego.
Podobnie, jeśli idzie o nawoływanie księdza do porozumienia z władzą - to prawda. W swoim ostatnim kazaniu wygłoszonym na Mszy za Ojczyznę w sierpniu 1984 roku zaapelował On o takie rozmowy władzy z ludźmi, którzy cieszą się autentycznym zaufaniem narodu. Łatwo to można sprawdzić w autoryzowanych kazaniach. Na swoich spotkaniach, dokładnie opowiadam o okolicznościach tej sprawy. Rozwinięcie można znaleźć w dołączonym poniżej tekście. Taka postawa księdza nie świadczy o zdradzie ideałów, a wprost przeciwnie o trosce Kościoła o dobro umęczonej wspólnoty, naszej Ojczyzny. Jeśli ktoś tego nie rozumie - ma problem. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że w każdej z tych spraw ksiądz Jerzy zachował się wzorowo i nie ma żadnego powodu, żeby o tym nie mówić głośno…
Niestety, za przyczyną konferencji prasowej jaką zorganizowała tzw. Rada Naukowa przy Muzeum bł. ks. Jerzego zrobiło się głośno o okolicznościach męczeńskiej, a właściwie zwyczajnej śmierci ks. Jerzego. Jeden z naukowców na życzenie tej Rady przeanalizował ponownie zapis filmowy z sekcji zwłok księdza Jerzego, przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku. Z opinii tego specjalisty wynika, że sekcja była przeprowadzona tak, jak należy i wszystkie jej wyniki trzeba uznać za wiarygodne. Potwierdzono więc, że ksiądz Jerzy zginął wieczorem 19 października 1984 r. od uderzenia w głowę i uduszenia kneblem. Nie ma nic szczególnego w tym, że Rada w porozumieniu z władzą kościelną, zabrała głos w czasie w którym jakaś grupa amatorów z Kazunia sieje ferment w sprawie o której nie ma głębszego pojęcia. Być może to wystąpienie miało przeciąć raz na zawsze spekulacje oparte na przeciekach z śledztwa prowadzonego niegdyś przez prokuratora Witkowskiego. Być może - stało się jednak inaczej i chyba niepotrzebnie wątpliwości pojawiające się po tej konferencji dostarczyły kontrargumentów zwolennikom nieudokumentowanych teorii. Poza wszystkim można odnieść wrażenie, że uznanego i znanego na całym świecie Męczennika pozbawiono atrybutów męczeństwa. Fatalnym pomysłem było komentowanie po latach zapisu filmowego z sekcji zwłok. Każdy kto wie czym była zorganizowana grupa przestępcza, jaką była junta generałów PRL, wie też, że taki zapis filmowy realizowany pod czujnym okiem obecnych na sali służb resortu Kiszczaka, był odpowiednio skonstruowany. Sekcja zwłok w Białymstoku, to długa historia wymagająca szerokiego omówienia - nie na tem moment. Od dawna uważam, że jedynym skutecznym sposobem na wyeliminowanie lub potwierdzenie wersji męczeństwa w bunkrze w Kazuniu jest poddanie analizom na obecność śladów ziem i pyłków roślin, zachowanej w bardzo dobrym stanie sutanny księdza Jerzego. Dlaczego moje apele są przemilczane - nie wiem, widocznie komuś z decydentów potrzeba czasu na refleksję. W tym miejscu dodam jeszcze, że w Radzie Naukowej, powołanej przez kardynała Nycza opuszczającego urząd metropolity, nie ma fachowców którzy kompetentnie mogą się wypowiadać w sprawach o których też niewiele wiedzą. Poza dziennikarzem pracującym kiedyś dla Superwizjera w TVN jest kilka osób z tytułami naukowymi, ale nie ma żadnego świadka księdza Jerzego i tak naprawdę zadaniem takiej rady wydaje się być negacja wielu niewygodnych dla uzgodnionych w Toruniu świadectw.
Jestem świadkiem w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego. wspierałem go w licznych dziełach. Jestem też świadkiem w trwającym wciąż śledztwie kryminalnym, mającym wyjaśnić wszelkie wątpliwości dotyczące zamordowania księdza. Moja empiryczna, by nie powiedzieć oparta na autopsji wiedza, nie jest jednak godna uznania w zacnym gronie rady. Sporo osób z tego grona zna wiele z moich licznych tekstów i świadectw, jednak nikt nawet nie próbował wysłuchać moich argumentów - nigdy nie byłem zaproszony na spotkanie Rady. Zainteresowanych zrozumieniem szerszego tła w jakim rozegrywały się tamte wydarzenia, zapraszam do lektury poniższego, z różnych powodów dość trudnego tekstu. Trudnego, bo po pierwsze jestem świadkiem nie pisarzem. Po drugie tekst powstał w czasie, kiedy jeszcze nie znaliśmy wielu sensacji wyciekających po dziś dzień z prowadzonych niegdyś śledztw. Pomimo upływu czasu, analizując konteksty tamtych wydarzeń można jeszcze odnaleźć tu sporo podpowiedzi.
Adam Nowosad
To, o co tu chodzi…? Warszawa, czerwiec 2022 roku
Z tym pytaniem spotykam się często po prelekcjach i lekturze moich tekstów. Ludzie oczekując jasnych konkretów, patrzą na mnie bezradnie rozkładając ręce, kiedy ich nie otrzymują. Nie ma niestety jednej krótkiej odpowiedzi w tych sprawach. W powszechnej opinii, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… Ale nie - nie w tym przypadku. Owszem jakieś pieniądze też wchodzą w grę, ale nie tu jest meritum, one pojawiają się w tle. Wielu zawodowców zarabia dziś na zaciemnianiu spraw związanych z zabójstwem ks. Jerzego. Podobno zyski z książek, filmów i tzw. spotkań autorskich, przynoszą tym „twórcom” już milionowe kwoty…
Odpowiedzi należy szukać raczej na płaszczyźnie polityki, a szerzej - geopolityki. Oczywiście wiemy, że ksiądz Jerzy stronił od politykowania, że w swojej działalności koncentrował się na Ewangelii i katolickiej nauce społecznej. Był gorliwym uczniem błogosławionego kardynała Wyszyńskiego, wybitnego uczonego i w tej dziedzinie. Przeciwnik, co należy rozumieć konkretnie - szatan, dobrze wie o jakie nauczanie prymasa chodzi i robi wszystko, żeby księdza Jerzego w uprawianie polityki uwikłać. Pamiętamy ziejące nienawiścią artykuły niejakiego Rema (Jerzy Urban). Zastanawia, że i dziś konkretni ludzie, rywalizując o własne korzyści, bez wahania sięgają po te same argumenty. W tym miejscu, należy już podjąć próbę odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie.
Jeśli zleceniodawcom porwania księdza nie chodziło o pieniądze, to może komuś zależało na przejęciu rządów w Polsce. Przypomnijmy - w roku 1984 niepodzielną władzę dzierżyła junta generałów, która przy pomocy służb zapewniała sobie bezpieczeństwo i nienaruszalność układu. Jego głównym beneficjentem był wyposażony we wszystkie dyktatorskie funkcje generał Jaruzelski. Po przetoczeniu się przez świat w 1968 roku fali lewackiej rewolty, w Polsce natrafiła ona na niespodziewany opór. Jaruzelski konsekwentnie umacniał tu swoją prosowiecką pozycję. Do funkcji szefa wojsk dodał on jeszcze przewodniczenie Patriotycznemu Ruchowi Ocalenia Narodowego. By w 1981 roku stanąć też na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Można powiedzieć - narodowiec. Z ujawnionych nagrań ze spotkania Jaruzelskiego z redaktorem GW Michnikiem, podczas którego wymieniono się deklaracjami miłości, wyłania się jednak pytanie; o jaki (czyj) naród tu chodziło? Warto te związki przeanalizować mniej więcej od czasów niesławnej, zwanej kulturową, „rewolucji 68”. Zasadnym jest przyjęcie, że te dwie osobowości miały znaczący wpływ na dwa dziesięciolecia zamykające się okrągłostołowym, a raczej „magdalenkowym” układem. To jest historia, którą każdy może sobie sam poukładać, pod warunkiem, że będzie umiał korzystać z nieocenzurowanych źródeł.
Warto może jeszcze zauważyć, że obaj przywołani powyżej panowie, reprezentując lewicowe nurty, wyraźnie różnili się w pojmowaniu lewicowości. Jaruzelski, przynajmniej oficjalnie był częścią komunistycznego betonu, który miał dożywotnio zapewnić bezpieczeństwo jemu i jego juncie, a Michnik i jego koledzy z PZPR należeli do ugrupowania, które miało rozbić ten układ, by zastąpić go nowoczesną formą marksizmu.
W tym celu, jeszcze w latach 60. zwolennicy transformacji betonowej komuny, gromadzili potrzebne im siły. Tworzono ugrupowania nazwane przez historyków komandosami. Nie brak relacji i świadectw dotyczących tego ruchu. Polecam opublikowany w Teologii Politycznej wywiad z prof. Gawinem. Zacytuję tu kilka akapitów (patrz p. 4).
„Komandosi byli grupą lewicy antysystemowej, która wyrastała z samego rdzenia Polski Ludowej. To byli ludzie, których rodzice w PRL-u zajmowali wysokie stanowiska; pracowali w ministerstwach, urzędach centralnych. Często mieli też dziadków czy rodziców w Komunistycznej Partii Polski, a więc wyrastali z samego jądra ideowego komunizmu. Dla nich antysystemowość sprowadzała się do tego, że byli krytyczni wobec Polski Gomułki. Nie dlatego, że była ona komunistyczna, ale dlatego, że nie była prawdziwie komunistyczna. Wyrastali z doświadczeń „Października 56 r”. W takiej mierze, w jakiej cały ruch, który się zrodził po “październiku”, był ruchem radykalnie lewicowym. W „październiku” młodzież odwoływała się do wizji rewolucji, jaką skradła im stalinowska biurokracja. Dla nich stalinizm nie był zły, bo stosował terror. Był zły, bo zrodził biurokrację, jaka ukradła prawdziwą, żywą ideę rewolucji. Z niej rodził się rewizjonizm filozoficzny Kołakowskiego, a później polityczny Kuronia i Modzelewskiego; ludzi, którzy tak czy inaczej byli zaangażowani w „październik” i uważali, że potem Gomułka go zdradził. Ta legenda przygotowała wejście na scenę pokolenia młodszego, dla którego „październik” był już historią... To oni na początku lat 60. przychodzą na Uniwersytet. To oni są grupą Adama Michnika. Grupą związaną z tzw. czerwonym harcerstwem, czyli Walterowcami, a jednym z wychowawców staje się Kuroń. Ta formacja musiała się narodzić, bo głęboko komunistyczne rodziny w Warszawie nie akceptowały „zwrotu na prawo” Gomułki. Przywrócenia do szkół religii oraz zezwolenia ludziom typu Aleksandra Kamińskiego odbudować po 56 roku prawdziwe Harcerstwo, odwołujące się i do tradycji przedwojennej, i do Szarych Szeregów.” Mocne, nieprawdaż… Postanowili obalić Gomułkę, bo przywrócił religię do szkół – to znamienne dla nich i ich ruchu, by nie powiedzieć ideologii, bo ideologia to dziś zakazane słowo.
Na potrzeby tego opracowania trzeba przywołać kilka nazwisk tych, którzy w 1983 i 84 roku tak ochoczo fotografowali się z księdzem Jerzym, kiedy ten był już najbardziej rozpoznawalnym księdzem w Polsce, Europie, ale i za oceanem. Chodzi o Jacka Kuronia, Adama Michnika, i Antoniego Macierewicza. Wspomnieć trzeba i o wszędobylskim, balansującym do dziś na granicy sekularyzacji, nieformalnym kapelanie komandosów, księdzu Małkowskim. (o tą, wprawdzie nieformalną funkcję rywalizował on z ks. Zieją) Przywołane nazwiska są ledwie kilkoma z wiodących postaci tego układu. Ważnymi dla tych rozważań są jeszcze takie osoby, jak Jan Lityński i Jan Józef Lipski. Powszechnie znane związki J.J. Lipskiego z wieloma wiodącymi politykami, są niejako zwornikiem dla wielu relacji towarzyskich „buntowników 68”. Wszystkie one są ważne, ale trzeba by kilkudziesięciu stron, aby choć dotknąć tego fragmentu naszej rzeczywistości.
Losy księdza Jerzego, zwłaszcza 12 lat Jego kapłaństwa opisałem, wprawdzie pobieżnie, ale i wystarczająco konkretnie w wielu swoich pracach (które, jak zawsze udostępniam na życzenie). Tu skoncentrujmy się na momencie, kiedy ksiądz został „wykluczony” z wikariatu kościoła pw. Dzieciątka Jezus. Działało tam pod przykrywką ośrodka „międzywyznaniowego” ugrupowanie dawnych komandosów, wzmocnione przez innych wpływowych działaczy antykomunistycznej, nadal jednak lewicowej opozycji. Było to szerokie grono ludzi, pośród których była plejada prawników, uchodzących za obrońców opozycji. Po okrągłym stole wielu z nich współrządziło w tzw. III RP. Odnajdujemy tam sporo osób kojarzonych z masonerią. Na szczególną uwagę zasługuje postać mec. Olszewskiego, o którym Jarosław Kaczyński powiedział przed jego pogrzebem, że należał on do masonerii. Kaczyński wspomniał wtedy o Klubie Krzywego Koła, ale ta historia była dużo bardziej złożona. W zamieszczonym na YT własnym serialu dr. Pietrzak przypomniał, że mecenas Olszewski był kojarzony z lożą Kopernik, mającą ścisłe związki z Klubem Krzywego Koła. Nie jest więc tak, jak słyszeliśmy, że Klub K.K. to była tak zabawa na niby. Masoneria była licznie reprezentowana w ścisłym środowisku księdza Jerzego i z pewnością odegrała w nim znaczącą rolę.
W jednym z tekstów, przedstawiłem strony zaangażowane w sprawę bestialskiego mordu na księdzu Jerzym. Pisałem wtedy: „Sugestie, jakoby sprawa „buntu twardogłowych” (nawiązanie do rozgrywek między generałami Kiszczakiem i Milewskim), była jakimś zasadniczym wątkiem zabójstwa księdza - jest tylko jednym ze sposobów sprowadzenia opinii publicznej na boczny tor. Owszem, ten konflikt odegrał w tej sprawie ważną rolę, ale porwania i zamordowania księdza w żadnym razie nie należy rozpatrywać tylko w tym kontekście. Ci, którzy jako ostatni zajmowali się księdzem z pewnością reprezentowali kogoś, kto miał umocowanie daleko ważniejsze niż polski czy radziecki wywiad. Można założyć, że Milewski i ludzie z IV departamentu (d/s Kościoła i mniejszości narodowych) z całą pewnością mieli dobry kontakt z tymi ludźmi.”
Komu więc jeszcze zależało, cd. cytat:
„Czy były powody do uprowadzenia i uwięzienia księdza Jerzego? Owszem, rozliczne… Kiedy rozeszła się wieść o Jego wyjeździe do Rzymu, dla wielu graczy stało się jasne, że jeśli chcą realizować swoje cele, np. wywołanie wzburzenia społecznego i sprowokowanie zamieszek, to była ku temu ostatnia już okazja. W tym czasie ksiądz Jerzy był jedyną chyba osobą zdolną poruszyć tłumy - gdyby stała się mu krzywda. Jego nazwisko gwarantowało zainteresowanie szerokiej, w tym i światowej opinii publicznej. Był znanym księdzem i ta okoliczność zachęcała do przeprowadzenia spektakularnej akcji.”
Kto mógł być zainteresowany takim rozwiązaniem?
Przypomnę – co najmniej kilka stron. Podzielona rządowa - podzielona, ponieważ wewnątrz tego środowiska rozgrywała się walka między generałami broniącymi swoich dotychczasowych pozycji, a tymi, którzy chcieli, wyrównując przy okazji dawne porachunki, ugrać coś na przygotowywaniu partii (PZPR) do nadchodzącej polskiej pierestrojki. Generałowie z kręgu Jaruzelskiego mówili o potrzebie „uciszenia tego księdza”. Pertraktowali nawet w tej sprawie ze stroną kościelną. Żywotnie była tym zainteresowana również ta nazywana dziś, lewacka część opozycji. Czuli się oni zagrożeni wyeliminowaniem ze spodziewanego dialogu generałów z pozostałą częścią opozycji. Przypominam - w sierpniu 1984 roku ksiądz Jerzy w swoim ostatnim kazaniu wygłoszonym na Żoliborzu podczas Mszy za Ojczyznę, wezwał władzę do rozmów z ludźmi cieszącymi się autentycznym zaufaniem narodu. Kim mieli być ci reprezentanci narodu, zaproponowała księdzu Anna Walentynowicz. Jest i trzecia strona, jeszcze tu nie nazwana wprost, która swoje cele rozgrywała i rozgrywa nadal w globalnej skali…” Wszystko wskazuje na to, że mieli oni ścisłe związki ze wspomnianą lewicową częścią opozycji antykomunistycznej. Tak, tak, lewica antykomunistyczna… (post marksiści).
Znaczące dla zrozumienia powyższego, są opublikowane fragmenty wywiadu (w Sieci nr. 43 z 2014 r.) z nieżyjącym już senatorem Zbigniewem Romaszewskim. W tym artykule szczegółowo opisuje on swój udział w spotkaniu w mieszkaniu Jacka Kuronia, które miało miejsce po ogłoszeniu wydobycia zwłok księdza z wód Wisły. Panowie - Lipski, Michnik, Mazowiecki, Moczulski oraz kilka innych osób, spotkało się tam, żeby powołać organizację, która zareaguje politycznie na akt porwania księdza. Na jej czele, po odrzuceniu propozycji przywództwa przez Romaszewskiego, stanął Jan Józef Lipski. Jeszcze w trakcie zawiązywania się tej specyficznej agendy, uczestnicy spotkania wydelegowali Geremka i Mazowieckiego na rozmowy z Kiszczakiem I Rakowskim. Co było przedmiotem tych rozmów, możemy się tylko domyślać, choć ostatnio dociera coraz więcej informacji na ten temat. Czy wymienieni przez senatora Romaszewskiego działacze mieli kontakty z tą trzecią - globalistyczną stroną, pozostanie jeszcze jakiś czas tylko w sferze domysłów. (…?) Jak wiemy, między innymi z ustaleń prokuratora Witkowskiego, strona rządowa natychmiast po zabójstwie księdza wszczęła bezprecedensowe w dziejach służb, zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Celem tego dochodzenia nie było, jak by się mogło wydawać, dowodzenie winy oddelegowanych do roli kozłów ofiarnych sprawców porwania. Ci bardzo szybko do wszystkiego się przyznali. Smaczku tej postawie porywaczy dodaje rozpowszechniona ostatnio pogłoska, jakoby Piotrowski nagrywał na magnetofon całą akcję porwania i… ma te taśmy. W wyniku tego śledztwa doszło również do zdemaskowania roli i w następstwie wyeliminowania z życia politycznego gen. Milewskiego i jego stronników. Czy potraktowano ich tak łagodnie dlatego, że „żelazny” generał (afera żelazo) współpracując z porywaczami księdza, zabezpieczył swój los przekazując go komuś mocniejszemu od rodzimej czerezwyczajki - nie wiemy. Na potrzeby zachowania dobrostanu rządzących generałów, w błyskawicznym tempie zainscenizowano proces w Toruniu. Miał on wykazać, że władze wojskowe osobiście nie mają nic wspólnego z tą zbrodnią. I ten cel osiągnięto…
Choć może to tylko zbieg okoliczności, mec. Olszewski - Loża Kopernik, mec. Wende z Rotary, ewangelik i honorowy konsul Szwajcarii, mec. Piesiewicz… itd, byli bardzo ważnymi uczestnikami tej, jak wielu dziś twierdzi inscenizacji. Trzeba przyznać, że służby pracujące dla generałów, znakomicie zorganizowały całą tę prezentację sprawiedliwości sądowej PRL, którą strach nazwać cyrkiem. Za takie określenie mec. Wende postawił zarzut jednemu z porywaczy, a sąd skazał go na dodatkowe dwa lata więzienia. Był to wyraźny sygnał, że wszyscy mamy poważnie traktować to, co władza zademonstrowała w Toruniu. Spodziewam się, że podobnym zakazem jest objęte podważanie autorytetów takich jak prof. Byrdy, która ze swoim zespołem nijak nie potrafiła podać przyczyny i daty zgonu ks. Jerzego. (patrz, Kąkolewski „Popiełuszko będziesz ukrzyżowany”).
Z perspektywy czasu widać, że bezceremonialne wykorzystanie charyzmatycznego księdza, poruszającego sumienia milionów, leżało również w interesie osób działających w niejawnych związkach. Dążąc do rozbicia polskiego status quo - realizowali oni globalne interesy twórców „nowego lepszego świata”. Kim oni byli, kim są dziś… ?
Dla porządku należy wspomnieć jeszcze i o czwartej stronie „interesantów” - o Kościele. Moim zdaniem Kościół niestety dał się wplątać w rozgrywki, w których nigdy nie powinien brać udziału. Stał się ofiarą spisku, jaki co do istoty był uknuty i przeciwko niemu. Jako memento powinny zabrzmieć słowa księdza Jerzego: „Abp. (Bronisław Dąbrowski) zapomniał, że paktować z diabłem nie wolno”. Pisał on je wtedy jako zwykły ksiądz i wielu hierarchów te słowa bulwersowały. Czy odczytane dziś, jako upomnienie od męczennika, nie powinny budzić najgłębszych refleksji? (…) Ten sam arcybiskup w 1985 roku w rozmowach z władzami PRL (...min. Łopatka) deklarował, że i stronie kościelnej zależy na tym, aby było ciszej nad tą (księdza Jerzego) trumną. Zapewniał, że episkopat nawet nie myśli o beatyfikacji, bo „nie wolno mieszać wiary z polityką”! A jak dziś należy rozumieć głosy niektórych dostojników kościelnych, którzy apelują o ciszę nad cudami księdza Jerzego i wzywają do zamilknięcia w kwestiach nieścisłości w Jego życiorysie - bo podobno nie ma to większego znaczenia ?! (…) Wiem, że w wyniku pertraktacji między Episkopatem a generałami, zapewniono księdzu nietykalność do czasu wyjazdu do Rzymu. To zapewne sprawiło, że ksiądz i my również byliśmy spokojniejsi o Jego los.
Warto poświęcić też nieco więcej uwagi zrozumieniu czym jest ten „ruch 68” w aspekcie globalnym, a raczej kim są w Polsce, wspomniani budowniczowie „lepszego nowego świata”. Zacznę od przypomnienia, że w tradycji PRL zakorzeniony był zwyczaj wymuszania zmiany władzy przy pomocy prowokacji, które wyprowadzą lud na ulice. Po spacyfikowaniu wywołanych zamieszek, stawało się to argumentem przetargowym do zmian. Tak było zawsze w historii sowieckiego systemu - również w Polsce. Spójrzmy choćby na poznański czerwiec, czy grudzień 1970 r.. Zawsze wtedy stosowano mniej, lub bardziej wyrafinowaną prowokację. Nie inaczej było i w 1984. Władza generałów była jednak na tyle brutalna i bezwzględna, że zwykłe prowokacje nie gwarantowały zamierzonego efektu. Generałowie udowodnili to wyprowadzeniem wojsk na ulice w 1981 roku. Udało się im tym sposobem osłabić działania konkurentów na kilka lat.
Po stanie wojennym zmalały szanse rozbicia układu przy pomocy zbuntowania rozbrojonej już Solidarności. Lepszym pomysłem wydało się być wpływanie na lokalną i światową opinię publiczną, oskarżaniem generałów o brutalizację życia społecznego. Nagłaśniano drastyczne zachowania bezpieki wobec odważnych kapłanów, jak np. bp. Franciszek Musiel, czy biskup Jeż. Nagłaśniano też takie spektakularne zachowania junty, jak skazanie na trzy i pół roku więzienia ks. Bolesława Jewulskiego za treść wygłoszonego kazania. Takich przypadków było dużo więcej i działacze z grupy komandosów, dość skutecznie nastawiali ludzi przeciw kacykom aktualnie sprawującym rządy. Kiedy jednak i to nie starczyło aby wyprowadzić lud na ulice, ktoś decydował o bardziej drastycznych rozwiązaniach. Zaczęli ginąć księża. Pora więc na kolejne pytanie: a co jeśli to ksiądz Jerzy miał się stać detonatorem wzniecającym bunt przeciw juncie? Sporo na to wskazuje wspomniana relacja senatora Romaszewskiego ze spotkania w mieszkaniu Kuronia.
Zastrzegam, że nie oskarżam całej dawnej opozycji, nawet tej lewicującej. W obecnym układzie rządzącym, na pozytywną ocenę zasługuje też sporo osób z grupy komandosów i KOR. Jednak sugestii o podziałach w ówczesnej opozycji, nie należy wrzucać do kosza. Na portalu „wPolityce” ukazał się znamienny tekst Marcina Wikło - (patrz pkt. 3). Już sam tytuł wyjaśnia istotę: „Tyle lat minęło, a oni wciąż siedzą przy tym samym stoliku”. Można powiedzieć - minęło tyle lat, a część, jak się wtedy wydawało zjednoczonej opozycji, nadal marzy o kolejnym zamachu na władzę. Tym razem skierowanym przeciwko tym, którzy w wyniku różnych, jednak już demokratycznych roszad, odsunęli od władzy znaczną część działaczy ekipy komandosów. Znaczną, ale przecież nie całą… W tym właśnie rozróżnieniu podziałów obecnej sceny politycznej należy poszukać odpowiedzi na kolejne pytanie - a co jeśli…? Właśnie - co jeśli miałoby się okazać, że część dawnych opozycjonistów, skupiona wokół rozżalonej odsunięciem od władzy grupy komandosów i ich przyjaciół, inspirowana lożami masońskimi i szkołą frankfurcką, konsekwentnie i dziś realizuje swój plan z 1984 roku…?
Jeśli tak, to kim oni są?
Na potrzeby głębszej refleksji i zrozumienia zachodzących wtedy i dziś procesów oraz rozpoznania ich uczestników (również z otoczenia księdza Jerzego), warto przytoczyć fragment wywiadu jakiego „wPolityce” udzielił ks. dr. Skrzypczak (pkt.1). Odnosząc się do idei i skutków „rewolucji 68” powiedział on: „Obowiązywało hasło „zakazywane jest zakazywać” i postawa „stłucz lustro”, czyli nie kieruj się kategoriami dobra i zła. Sięgano pełnymi garściami po inspiracje marksistowskie i neopsychoanalityczne; uważano, że trzeba odblokować całkowicie instynkt seksualny. Ze studentami z Sorbony, czy Berlina, wychodziła na barykady również młodzież z duszpasterstw wraz ze swoimi duszpasterzami. Te „wolnościowe” idee ukształtowały umysły ludzi, którzy dzisiaj rządzą. Ale zainfekowani wirusem 68 to także ludzie, którzy przejęli wiele katedr teologicznych, czy nawet sięgnęli po najwyższe godności w Kościele” ! Szok - prawda…
Do tych procesów będących w istocie realizacją kolejnego etapu programu tzw. „szkoły frankfurckiej” odniósł się też ks. Karol Wojtyła, kiedy był jeszcze kardynałem. Przypomniał o tym o. Rydzyk (26, X 2019r.). Powołał się na zapis z Encyklopedii Nauczania Społecznego pod red. prof. Zwolińskiego. Zacytował wyjątek z którego wynika, że „JP II w wielu wypowiedziach dał wyraz troski o zachowanie czystości nauki i teologii, by chronić je od ideologii masońskiej”. JP II od dawna był świadom zagrożenia Kościoła. We wstrząsających słowach opisał kryzys Kościoła i świata. W sierpniu 1976 roku, kiedy odwiedził Kościół w USA powiedział: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie w pełni z tego sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem, a antykościołem. Ewangelizacją i jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja jest wpisana w plany Bożej opatrzności. Jest to czas próby w który musi wejść kościół powszechny, a kościół w Polsce w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego Narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią cywilizację chrześcijańską i jej kulturę, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Z degradacją ludzkiej godności, prawami osoby, społeczeństw i narodów.” Ojciec Rydzyk dodał jeszcze: „JP II widział to zagrożenie jako następstwo postmarksistowskiej rewolucji z 1968 roku, która zaatakowała społeczeństwa tzw. zachodu. Obecnie widzimy, jak ta ideologia atakuje nasze państwo i społeczeństwo. Trzeba to widzieć i przeciwdziałać, póki jeszcze nie jest za późno. Ta ideologia uczyni ludziom i narodom więcej szkód niż komunizm”.
Do cytowanej wypowiedzi JP II odniósł się też Adam Sosnowski w artykule publikowanym „wPolityce” (pkt. 2). Stwierdził tam, iż „mimo doniosłości przestróg Jana Pawła II, sam Watykan wymazuje znaczenie niektórych Jego słów. Czytamy, że wszystko to co dzieje się obecnie, można „sprowadzić do wspólnego mianownika, a więc do walki z prawdą. Relatywizm, post prawda czy fake news są różnymi opisami tego samego zjawiska, które jest wyznacznikiem społeczeństwa postmodernistycznego i wkrada się to także do Kościoła. Św. Jan Paweł II rozumiał to i już w latach 60. ub. wieku miał świadomość jakie są tego przyczyny. Dlatego prawda już od czasów krakowskich stała w centrum jego nauki, w pełni pojmował słowa Chrystusa, że „tylko prawda was wyzwoli”. To podmywanie fundamentów poprzez poddanie prawdy w wątpliwość i wystawianie na szyderstwo, stoi u podstaw każdego z omawianych problemów. Jeżeli nie ma już jednej prawdy, to nie ma także jednej rodziny, jednej definicji małżeństwa, jednych sakramentów czy jednej nauki. Wygrywa Nietzsche, a przed nami jawi się mnogość interpretacji”.
I właśnie o taką swoistą mnogość chodzi tym, którzy usiłują zamazać i zmarginalizować sens ofiary księdza Jerzego. Ma On bowiem być kimś, kto politykował i zasłużył na zemstę junty generałów. Mnożenie takich interpretacji, być może przyświecało też śledczemu Witkowskiemu, działającemu mniej lub bardziej świadomie na rzecz komandosów. Zapewne też w takim celu oskarżył on Chrostowskiego, choć ten nie był znaczącą postacią przemian ustrojowych. Piszę - nie znaczącą, ale nie można nie docenić jego roli w zdemaskowaniu i w rezultacie skazaniu bezpośrednich sprawców porwania. Ryzykując życiem, skokiem z auta, być może pokrzyżował plany porywaczy oraz ich zleceniodawców. Oskarżając go o udział w ciężkiej zbrodni jednego z niewielu przyjaciół księdza Jerzego, Witkowski postawił w niekorzystnym świetle też inne osoby z bliskiego otoczenia księdza. Tym samym z góry dezawuując ich świadectwa niekorzystne dla jego wersji. Tak zbudowana możliwość różnorodnej interpretacji zdarzeń i zachowań, umożliwiła blokowanie wielu nie znanych jeszcze, a być może ważnych zeznań. Jestem przekonany, że wszystkie te zabiegi służą jedynie ukryciu prawdy o prawdziwych zleceniodawcach, a w końcu i o bezpośrednich wykonawcach tej zbrodni.
Zapytam jeszcze - czy dla wyjaśnienia zabójstwa księdza Jerzego ważne są opisane powyżej globalne procesy, czy może wystarczy jednak domknąć to dochodzenie na etapie ustaleń komunistycznych wywiadów i ich pomniejszych donosicieli? Moje sumienie świadka - również świadka w procesie beatyfikacyjnym bł. ks. Jerzego na takie uproszczenie sprawy nie pozwala! Przypomnę raz jeszcze definicję podaną przez papieża Franciszka: „Świadek to ten, który widział, który pamięta i opowiada. Zobaczyć, pamiętać i opowiadać, to trzy czasowniki opisujące tożsamość i misję. Świadek to ten, który widział, ale nie obojętnym okiem; on zobaczył i zaangażował się w to wydarzenie. Dlatego pamięta, nie tylko dlatego, że potrafi dokładnie zrekonstruować wydarzenia, ale dlatego, że te fakty przemówiły do niego, a on zrozumiał ich głęboki sens.”
Tak - twierdzę, że zrozumiałem sens wydarzeń dziejących się zarówno wtedy, jak i dziś. Dlatego mogę pytać, czy wolno nam odrzucić wszystkie opracowania związane z globalnymi ideologiami, opisane przez wybitnych badaczy dziejów Kościoła i antykościoła. Przez takich tuzów nauki, jak ks. prof. Guz, czy ks. Oko i choćby ks. Bortkiewicz? Piszą oni i mówią w licznych wystąpieniach, o zagrożeniu ze strony masonerii i frankfurtczyków. O ich zgubnej ideologii, o marszu przez instytucje… Czyż nie mają racji znawcy tych zagadnień ?Czy aby na pewno możemy uznać, że przesadzają, kiedy wieszczą upadek chrześcijańskiej cywilizacji ? Może mylił się też i św. Maksymilian Kolbe i tak naprawdę nie istnieje nic takiego, jak masoneria z jej frankfurcką szkołą. Może też nie ma i nigdy nie było sławetnego długiego marszu przez instytucje. Może nie ma żadnej rewolucji kulturowej i tylko my katolicy, jesteśmy malkontentami z zapyziałego ciemnogrodu. Może…
Ale co, jeśli jednak tak nie jest??? Co, jeśli ksiądz Jerzy stał się ofiarą tego globalnego zła - złożoną właśnie na pogańskim ołtarzu walki z katolicyzmem… Pytanie szokuje? A może to dlatego tak skrzętnie maskuje się przed opinią publiczną takie skojarzenie…?
Zapytam jeszcze - czy, jeśli zanegujemy wszystko to co napisano o masonerii, antykościele, o światowych służbach specjalnych, to czy kiedykolwiek poznamy prawdę o zbrodni założycielskiej III RP, dokonanej przecież też na potrzeby tego nowego światowego porządku ? Myślę, że mnożenie interpretacji i faktów wcześniej czy później doprowadzi do sytuacji, jak to jest w przypadku śmierci Kennedy’ego. - Wszyscy niby wiedzą, o co chodzi, ale zawsze będą mieli do wyboru kilka wersji. Jeśli ktoś zechce przybliżyć sobie zarysowane tu zagadnienia, to pomocne będą dwie wartościowe książki. Zbigniewa Branacha – „Zlecenie na Popiełuszkę” i Krzysztofa Kąkolewskiego – „Popiełuszko będziesz ukrzyżowany”. Obaj autorzy rzetelnie opisali rolę kozła ofiarnego, jakim stał się Waldemar Chrostowski. Niestety błądzą oni traktując serio inscenizację zwaną procesem toruńskim przyjmując, że tylko strona władzy była zakontraktowana do odegrania przypisanych im ról.
Przez lata czytałem wiele takich książek, ale to nie one są dla mnie głównym źródłem wiedzy. Od następnego dnia po tym, jak ksiądz nie powrócił z wyjazdu do Bydgoszczy, prowadziłem swoiste „białe śledztwo”. 19 października 1984 roku miałem jechać z księdzem i Waldemarem Chrostowskim do Bydgoszczy. Wieczorem 18 października zostałem poinformowany, że niestety nie będzie dla mnie miejsca w małym samochodzie, jakim był Volkswagen Golf. Usłyszałem, że nie mogę się dowiedzieć kto pojedzie zamiast mnie, ponieważ telefon księdza ”ma uszy”. Ksiądz zaprosił mnie na poranną herbatę obiecując, że wszystko opowie. Przyjechałem więc ok g. 10 rano i dowiedziałem się, że ksiądz nie wrócił do domu. Przez kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata, spotykałem się z ludźmi, którzy mieli cokolwiek wspólnego z szeroko pojętym otoczeniem księdza Jerzego. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego ci, którzy mieli jechać zamiast mnie, nie stawili się na miejsce spotkania przed wyjazdem w tę, jak się okazało ostatnią drogę Męczennika. Dziś wiem, że jeden z nich wkrótce po zamordowaniu księdza został mistrzem loży Wielkiego Wschodu Francji w Polsce. Inny do dziś sprawuje bardzo ważne funkcje w obecnym układzie politycznym.
Przypomnę - wszystkie nazwiska potrzebne do poukładania wzajemnych powiązań i ról poszczególnych osób są przywołane w tym i wielu innych moich tekstach. Jeśli chodzi o mnie, pozostały mi czas poświęcam wyłącznie sprawie kultu największego Męczennika naszych czasów - błogosławionego księdza Jerzego. A to jest niestety nie mniej zawikłana sprawa niż samo morderstwo księdza. Do dziś w strukturach hierarchii Kościoła w Polsce obowiązuje reguła obrony rzekomo wystawionego na szwank dobrego imienia Prymasa Glempa, jakoby ktoś taki jak ja chciał je zniesławić. Wycisza się kult księdza Jerzego, tłumacząc to tym, że święty, jeśli nim jest to się sam obroni. Jest też wersja według której, kiedy wygaśnie oddolny kult ludu, to i święty nie będzie wart ołtarzy Kościoła Powszechnego. Jestem przekonany - wiem o tym, że mamy do czynienia z największym świętym mojego pokolenia. Wszystkim, którzy nie dowierzają, że jest to uprawnione twierdzenie przypominam - dwóch swoich wielkich nauczycieli ksiądz Jerzy wyprzedził w drodze na ołtarze, a korona męczeństwa plasuje Go na najwyższym stopniu Ołtarzy Bożego Kościoła. Kult księdza Jerzego rozwija się na wszystkich kontynentach. W tysiącach kaplic są już Jego relikwie.
Bóg powołał Go do świętości z centrum Europy, żeby Jego ofiara i przykład życia oddziaływały na wschód i zachód Europy. Do kapłaństwa wzrastał w przykładnej katolickiej rodzinie, a służby Bogu uczył się jako ministrant w kościele w Suchowoli, wybudowanym właśnie w geograficznym centrum Europy. Wiedzę czerpał z Ewangelii, jaką przybliżali Mu - bł. Prymas Tysiąclecia i inny już święty, papież Jan Paweł II. Ksiądz Jerzy był ich pilnym uczniem i najlepiej chyba odpowiedział na papieskie wezwanie do Ducha Świętego, o odmianę oblicza naszej ziemi. Wezwanie to miało miejsce w roku 1979, a już rok później nikomu szerzej nieznany ksiądz Jerzy, przekroczył bramę zakładu pracy w Hucie Warszawa. Odprawił tam pierwszą w dziejach tego komunistycznego kombinatu Mszę Świętą. To, co wtedy tam się zaczęło, zaowocowało mszami „Za Ojczyznę i Tych, którzy dla Niej cierpią”. Odprawiał je cyklicznie w żoliborskim kościele pod wezwaniem św. Stanisława Kostki aż do sierpnia 1984 r. Znalazło to wielu naśladowców w całym kraju. Wszystkim, którzy nie rozumieją znaczenia tego procesu współczuję. Negacjonistów doniosłości dzieła bł. Księdza Jerzego ostrzegam - kiedyś będzie trzeba zdać z tego sprawę przed samym Męczennikiem, który jest i na zawsze pozostanie, tak jak to zapisał na swoim prymicyjnym obrazku - Bożym Posłańcem.
Szczęśliwie, zapewne z inspiracji samego Ducha Świętego, powstają już podwaliny Ośrodka Kultu (muzeum) błogosławionego Jerzego w miejscu Jego narodzin dla świata - w Okopach. Wszystkie siły i środki należy teraz przeznaczyć na realizację tego dzieła. Nie wolno nam jednak zapominać, że tu na warszawskim Żoliborzu złożone są z woli Boga i ludu , doczesne relikwie ciała błogosławionego Męczennika i, że tu na zawsze będzie czekało na nas Jego żywe serce…
Adam Nowosad - świadek - MKJ.
www.misjonarzeksjerzego.pl Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
1. https://wpolityce.pl/kosciol/443513-rewolucja-68-roku-i-kryzys-kosciolaksskrzypczak-analizuje
2. https://wpolityce.pl/kosciol/442441-adam-sosnowski-watykan-chce-sie-pozbyc-sw-jana-pawla-
3.https://wpolityce.pl/polityka/601332-tyle-lat-minelo-a-oni-wciaz-siedza-przy-tym-samym-stoliku
4.https://teologiapolityczna.pl/prof-dariusz-gawin-pokolenie-marca-68-stanowi-klucz-do-zrozumienia-iii-rp-3
5. https://www.youtube.com/watch?v=V-v8lMZbLjo
6. https://www.youtube.com/watch?v=fym8Kimo9QI
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++












