Strona główna
"...za wszystkich sprawujących władzę..."
4 czerwca 1992
Tm 2,1-2 – „…za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić spokojne i ciche życie”.
Jesienią 1991 roku po pierwszych rzeczywiście wolnych wyborach w nowej polskiej rzeczywistości podjęto próbę wyłonienia rządu RP. Po nieudanym „podejściu” do tej misji Bronisława Geremka i „spalonej” próbie politycznej gry z Janem Krzysztofem Bieleckim, Sejm RP desygnował do kierowania gabinetem Jana Olszewskiego (6.12.91).
W swoim expose nowo powołany Premier RP powiedział „…Jestem przekonany, że mamy wystarczająco wielu ludzi o czystych rękach i sumieniach, którzy mogą służyć społeczeństwu i państwu na odpowiedzialnych stanowiskach. Dotyczy to również Wojska Polskiego. Proces jego przebudowy organizacyjnej i odbudowy ideowej był dotychczas zbyt powolny i niekonsekwentny. … Poddanie Ministerstwa Obrony Narodowej cywilnemu kierownictwu, dawno już oczekiwane, pozwoli na przemienienie Wojska Polskiego w armię, na której będą mogły polegać naród i władze Rzeczpospolitej. …” (Żołnierz Polski 19/26.01.92). W periodyku prezentowano też sylwetkę nowego Ministra Obrony Jana Parysa.
Ten krótki z konieczności opis funkcjonowania Rządu Premiera Olszewskiego rozpocznijmy od „wątku wojskowego” on to bowiem oprócz kwestii lustracyjnych stał się jedną z istotnych przyczyn niespotykanej zupełnie agresji wobec gabinetu. Istotna była w tym przypadku także osoba i bezkompromisowa postawa pierwszego cywilnego ministra kierującego polską armią po 1989 roku. Zapłacił za tę postawę atakami na swoją osobę i w ostatecznym efekcie dymisją, która miała poprawić stosunki gabinetu z „wrogim otoczeniem”. Nie pierwszy raz okazało się, że jakakolwiek ustępliwość w polityce prowadzi zawsze do klęsk, a nigdy nie poprawia sytuacji strony chcącej poprzez ustępstwa osiągać swoje cele. Wracając jednak do meritum. Zarówno szef rządu jak i nowy minister MON precyzyjnie definiowali położenie Polski i konieczności z tegoż wynikające. „…Jesteśmy samodzielni, ale jesteśmy równocześnie osamotnieni…” mówił Premier. Jan Parys dodawał zaś „…Nie jest prawdą, że Polska jest identycznie zagrożona na wszystkich azymutach. … W tej chwili kraj nasz nie jest związany z żadnym państwem jakimkolwiek sojuszem. Jesteśmy krajem osamotnionym…Jedynym rozwiązaniem dla bezpieczeństwa Polski jest wyjście z militarnej izolacji, zapewnienie naszym siłom zbrojnym wsparcia z zewnątrz. …Nasze ambicja do samodzielności decyzji o losach kraju trzeba połączyć z koniecznością współpracy z krajami Paktu Północnoatlantyckiego. Oznacza to, że siły zbrojne tak jak cały kraj zmienić muszą opcję ze wschodniej lub neutralnej na atlantycką …” (Żołnierz Polski, Posiedzenie Rady Wojskowej MON, 16/23.02.92, Wprost, Konieczna wystarczalność, rozmowa z Janem Parysem, ministrem obrony narodowej, rozmawiał Wiesław Karpusiewicz, 5.04.92). Tak więc po raz pierwszy wyraźnie, wyartykułowano konieczność przynależności Polski do zachodnich struktur obronnych. Musiało to być dla rosyjskiej agentury uplasowanej w strukturach państwa polskiego, a także dla ludzi ancien regimeu funkcjonujących w polskim życiu politycznym potężnym szokiem. Można więc bez ryzyka popełnienia błędu założyć, że reakcją na tenże były wypowiedzi Lecha Wałęsy artykułowane podczas wizyty w Niemczech (03.92), dotyczące między innymi „NATO – bis”, które wywołały niezrozumienie i konsternację w kraju i za granicą. Było też jasne, że tak wyrażona wola rządzących nie pozostanie bez reakcji sowieckiej agentury. Ich odwaga w forsowaniu ważnych dla Polski rozwiązań politycznych (dziś niby oczywistych) i personalnych (przeniesienie w stan spoczynku poprzedniego ministra, Admirała Piotra Kołodziejczyka) pokazywała demterminację w dążeniu do "nowego". Decyzja ta, którą podjęto bez konsultacji z Prezydentem RP chcącego powołania Kołodziejczyka na stanowisko (które ostatecznie nie powstało) Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, nie szła w parze z realnymi możliwościami koalicyjnymi i wykonawczymi rządu. Przypomnijmy w gabinecie znaleźli się przedstawiciele tylko czterech partii PC, ZCHN, PSL-PL i PCHD (114 głosów w Sejmie RP). Zauważyć trzeba też, że rząd miał też mocne poparcie NSZZ Solidarność. Wszystko to, niestety, było jednak za mało, by móc, w pełni efektywnie i realnie rządzić. Nie dość tego, odsunięci od władzy wcale nie pogodzili się ze swoją przegraną i nie bacząc na swoje realne i nierozliczone polityczne przewiny „…Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ataki na Bieleckiego i liberałów nastąpią … formuła zbijania kapitału politycznego na krytyce rządu Bieleckiego już się wyczerpuje. Kongres odzyskuje swoją naturalną pozycję…” (Wprost, rozmowa z Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Kongresu Liberalno – Demokratycznego, rozmawiali Bogusław Mazur, Kazimierz Pytko, 5.04.92) dążyli do zmiany istniejącego status quo i odzyskania możliwości bezpośredniego wpływania na losy kraju, a przez to w sposób oczywisty zapewnienia sobie bezkarności. Twierdzono, przy okazji, że KLD spotyka się z absolutnie niesłuszną krytyką za prowadzoną wcześniej prywatyzację (dziś wiemy jak ona w rzeczywistości wyglądała, kto na niej starcił, a kto zyskał). Atmosfera narastających oskarżeń, napięcia na linii „Belweder” rząd RP, słabość gabinetu, realne ambicje Lecha Wałęsy wszystko to powodowało spory bałagan na scenie politycznej. Zadawano pytania o przyszłość polskiej demokracji i rządu Jana Olszewskiego. Zastanawiano się w sposób oczywisty w związku z postawą Lecha Wałęsy, czy „…jesteśmy skazani na przewrót majowy…”. Z jednej strony był to problem generalnie wydumany (jeśli chodzi o zachowanie Rządu RP), mający przerazić publiczność i tym samym osłabić rządzących, umożliwiając „powrót” tych, którzy rządzili, z drugiej zaś oczywisty dowód idiosynkrazji „elit” III RP. W tle było głębokie przekonanie tych "elit" o swojej nieomylności, niedojrzałości społeczeństwa i ledwo skrywana obawa przed ujawnieniem zasobów archiwalnych MSW, czyli agentury SB w strukturach „Solidarności” „…Polska nie musi przejść przez drugi zamach majowy. …Wałęsa z pewnością nie ma wymiaru Piłsudskiego, a żadnego Narutowicza we współczesnej Polsce nie zamordowano. Słabość rozproszkowanego Sejmu może doprowadzić do kompromitacji demokratycznych procedur, … Nie czuję się jednak bezpieczny, gdy Lech Wałęsa ciska gromy na >>elity<<, gdy premier Olszewski wynosi na wierzchołki władzy ludzi skrajnie nieodpowiedzialnych i niekompetentnych, gdy akta tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa i milicji znajdują się w rękach ministra Antoniego Macierewicza, który zawsze wydawał mi się bardziej detektywem tropiącym urojone spiski niż historykiem badającym dokumenty źródłowe” (Wprost, 5.04.92,Czy jesteśmy skazani na przewrót majowy, 1926 w 1992 ? – Adam Michnik) manipulował rzeczywistoscią "pierwszy demiurg" III Rzeczpospolitej. Wydaje się, że nie bez związku z powyższym dnia 6 kwietnia Minister Obrony Narodowej Jan Parys podczas spotkania z wyższymi oficerami (Sztabu Generalnego) wspomniał o niekonsultowanych (z kierownictwem MON) próbach wpływania przez polityków na zachowania kadry oficerskiej w zamian za oferowane tymże oficerom wysokie stanowiska w armii „…Minister powiedział na spotkaniu w sztabie, przed kamerami zaproszonej na tę okoliczność telewizji, że niektórzy politycy spiskują z wybranymi oficerami i obiecują im awanse za świadczenie usług politycznych. Nie podał kto spiskuje. … Ale potem nazwiska padały: ludzie z otoczenia prezydenta, z ław poselskich. … Zaczem pojawiły się przecieki: w Belwederze szykowano dokumenty na wypadek stanu wojennego, … Lech Wałęsa zażądał od premiera zdymisjonowania J. Parysa…”. Sytuacja stawała się jasna po pierwsze „…Prezydent– stwierdził Drzycimski - nadal nie widzi możliwości współpracy z Janem Parysem. …” (Gazeta Wyborcza, 16.04.92), a po drugie wrogiem był ten, który sprawę naruszania prawa i prób wciągania WP w doraźną politykę nagłośnił, a Lech Wałęsa będący do tej pory „wrogiem salonu” stawał się doraźnie (nie jest to paradoks albowiem taka sytuacja powtarzała się w najnowszej historii Polski już kilka razy w tym także całkiem nie tak dawno) mężem opatrznościowym ratującym Polskę i „zagrożoną” demokrację „Opinia publiczna chce wiedzieć, dlaczego jedna z nielicznych stabilnych instytucji państwa, obdarzonych najwyższym zaufaniem we wszystkich sondażach jest osłabiana i wciągana w polityczne przepychanki, a i to w sytuacji możliwych zagrożeń zewnętrznych i w dramatycznie trudnej sytuacji wewnętrznej…To minister Parys rozpoczął wojnę z Najwyższym Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych dokonując posunięć personalnych wbrew prezydentowi i poza jego plecami, …” (Polityka, 18.04.92, Osąd Parysa, Cała sprawa jest nie do zamazania, Jan Bijak). Wśród osób zaangażowanych w intrygi wymieniano Mieczysława Wachowskiego, Jerzego Milewskiego, (co było faktycznie tropem prowadzącym prosto do Lecha Wałęsy). Pojawiło się także nazwisko Bronisława Komorowskiego „…jest pan kandydatem na szefa resortu obrony, możliwym do zaakceptowania przez Jana Olszewskiego i partie koalicyjne. Jan Parys musi wiedzieć zarówno o rozważaniach personalnych, jak i o liście prezydenta, w którym domaga się jego dymisji. Co prawda w swoim wystąpieniu Jan Parys nie wymienia żadnego nazwiska, ale w rankingu >>Nowego Świata<< zajmuje pan drugie miejsce po Mieczysławie Wachowskim. – Co dotyka mnie w sposób bolesny, gdyż dyskredytuje moją wiarygodność jako polityka, posła i członka sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Co gorsza - zostałem oskarżony o udział w zamach stanu … wystąpiłem o jak najszybsze udokumentowane wyjaśnienia okoliczności wystąpienia ministra Parysa. …” (Wprost, 19.04.92, Niewypał Parysa, Rozmowa z posłem Bronisławem Komorowskim, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawiała Ewa Szemplińska).
Rząd słabł z dnia na dzień. Pojawiały się ciągłe sugestie, by zmienić premiera, udzielić poparcia rządowi bez wchodzenia do gabinetu (Jan Krzysztof Bielecki), wejść do niego w zamian za udział we władzy (i obietnicę, że rząd nie będzie udowadniał, iż poprzednie dwa lata były stracone – Donald Tusk) by skutecznie móc przeprowadzać swoje plany polityczne. Dodatkowym warunkiem rekonstrukcji rządu była (wspominana już wyżej) zmiana na stanowisku Ministra Obrony Narodowej „…Prezydent Lech Wałęsa zaproponował mi stanowisko ministra obrony narodowej – ujawnił …>>Gazecie<< pełniący obowiązki szefa resortu obrony Romuald Szeremietiew. … Powiedziałem prezydentowi, że swoją odpowiedź uzależniam od stanowiska premiera – stwierdził Szeremietiew. – Uważam jednak, że mimo niechęci prezydenta do obecnego szefa resortu, min. Parys jest najlepszą osobą do kierowania MON” (Gazeta Wyborcza, Szeremietiew szefem MON ?, 18/20.04.92). Generalnie panował bałagan i szum informacyjny, a sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej skomplikowana, a komplikowała się tym bardziej, że na powrót do władzy w sposób wyraźny liczył nieudolny Tadeusz Mazowiecki wraz ze swoimi politycznymi sojusznikami. Mam wrażenie jednak, że w sposób wyraźny przeliczył się spodziewając się bezwarunkowego poparcia Wałęsy i społeczeństwa „…Mazowiecki, który rozmawiał z prezydentem ujawnił … , że Wałęsa dał mu do zrozumienia, iż rząd Olszewskiego nie utrzyma się długo. Zdaniem prezydenta sprawa … Jana Parysa jest przesądzona i zasugerował, że powinien on zostać zwolniony. … O próbach stworzenia wielkiej koalicji Wałęsa powiedział, że Mazowiecki jest jednym z najlepszych … >>zszywaczy sceny politycznej<<. Popełnił jednak błąd: gdy premier Olszewski sprzeciwiał się zmianom w resortach wymagających uzgodnień z prezydentem (MON, MSW, MSZ), Mazowiecki powinien zadzwonić do Belwederu i prezydent przekazałby mu wszelkie kompetencje …” (Gazeta Wyborcza, Wałęsa nie wierzy w rząd Olszewskiego, 24.04.92). Tak więc widać wyraźnie, że nim rząd faktycznie upadł (06.92) czyniono już intensywne podchody z nadziei na jego zniszczenie i odzyskanie dawnych wpływów „…Kategorycznie jednak muszę przeciwstawić się komentarzom, że z naszej strony objawiła się jakaś szczególna zachłanność na stanowiska i niechęć do akceptacji ministrów bezpartyjnych…” pisał Tadeusz Mazowiecki w Polityce charakteryzując atmosferę przygotowywania nowego rządu i zrzucając odpowiedzialność za trudności w jego stworzeniu na premiera „…zasadniczą przyczyną niepowodzenia był brak zdecydowania ze strony premiera Jana Olszewskiego…” (Polityka, Co tam panie w polityce, Tadeusz Mazowiecki, Przewodniczący Unii Demokratycznej, 25.04.92). Można prawdziwość tych twierdzeń zweryfikować ananlizując prasowe wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego blisko związanego z Mazowieckim. „Do pieca dorzucał” też wszystkowiedzący Władysław Frasyniuk stawiając absurdalne zarzuty „…Premier jest też czynnikiem destabilizującym pracę rządu. Jan Olszewski nie potrafi wyjść z roli adwokata. Na każdej Sali, gdzie przemawia, stara się uzyskać poklask…” (Polityka, opinie, 25.04.92).
W sposób oczywisty widać było, że mimo deklaracji o przestrzeganiu i szacunku dla reguł „demokracji” Jan Olszewski był główną i sztucznie kreowaną (ale nie jedyną) „zawadą”. Robiono więc wszystko, by go wyeliminować w imię odzyskania dawnych wpływów i korzyści wynikających z tychże. Każdy pretekst był tu dobry „…Lech Wałęsa kilka razy potwierdził, że bierze pod uwagę czasowe zawieszenie demokracji, czyli okresowe zawieszenie parlamentu…”, a dobro kraju nie istniało. Wałkowano więc nadal „sprawę Parysa” traktując ją jako przysłowiowy „znaleziony kij” którym można uderzyć „psa”. Przy okazji używano argumentu (dziwnym trafem stosowanego także często i dziś w walce politycznej - "co powiedzą o Nas w Europie ?") o psuciu „obrazu Polski” za jej granicami. Jedynym poważnym głosem w obronie atakowanego ministra, który nie mógł i nie powinien milczeć w sytuacji realnego zagrożenia demokracji, był głos Czesława Bieleckiego (Maciej Poleski) „…jest jednym z najbardziej kompetentnych ministrów w rządzie … Olszewskiego …Sądzę, że nadinterpretacją roli zwierzchnika sił zbrojnych są wypowiedzi urzędników Kancelarii Prezydenta. Bezpośrednie decyzje dotyczące wojska podejmuje minister …źle się stało, że cywilni dygnitarze zajmujący do niedawna w MON stanowiska wiceministrów – Komorowski i Onyszkiewicz – wdali się w spór polityczny. Ich wystąpienia były podyktowane grą polityczną, a nie interesem obronności kraju …” (Tygodnik Powszechny, Przegląd prasy, Sprawa Parysa, 26.04.92). Toczyły się zakulisowe rozmowy o przyszłości rządu. Jan Olszewski rozmawiał z Prezydentem w Belwederze. Ten ostatni zaś ciągle napomykał o dymisji Premiera. Sytuacja jednak nie ulegała radykalnej zmianie i przynajmniej pozornie była daleka od ostatecznego rozwiązania, a kluczem do tego miała być ostateczna dymisja (urlopowanego na razie) ministra Jana Parysa. Lech Wałęsa (który właśnie wtedy zaoferował byłemu oficerowi wywiadu MSW PRL i późniejszemu szefowi wywiadu III RP Henrykowi Jasikowi stanowisko pracy w BBN – później roku ta informacja była przez BBN dementowana) pytany przez Wolną Europę czy doszedł z premierem do porozumienia w „tej” kwestii odrzekł „…Doszliśmy ale nie doszliśmy…” (Życie Warszawy, Przedłużony urlop ministra obrony, 2/3.05.92). Winnym komplikacji, wspomnianego wyżej bałaganu (oprócz Olszewskiego) i „…utraty kolejnej porcji autorytetu…” przez rząd był Jarosław Kaczyński (Tygodnik Powszechny, Spadanie, Henryk Woźniakowski, 3.05.92), który „…nie przewidział Wachowskiego…” i nie zrewidował swojej błędnej wizji sceny politycznej. Dziś to nie dziwi, "Kaczor" jest przecież winny całemu złu tego świata łącznie z “afrykańskim pomorem świń”.
Dość istotne światło na problem konfliktu o MON rzuca opublikowany we Wprost (3.05.92) wywiad przeprowadzony przez Agnieszkę Sowę z Romualdem Szeremietiewem zatytułowany „Chłopcy z placu broni”. Już sam tytuł w założeniu ma dezawuować Jana Parysa i obóz rządowy. Szeremietiew jednak bardzo precyzyjnie, lojalnie i uczciwie definiuje pomysły, reakcje i kierunki myślenia ministra ON o wojsku i otoczeniu politycznym armii. Racjonalnie opisał to co i jak robił jego przełożony, pokazując kto i w jakim wymiarze dążył do wprowadzenia Polski w struktury NATO, kto (w rzeczywistości) się temu i w jaki sposób się przeciwstawiał, kto burzył demokratyczny system cywilnej kontroli nad armią i naruszał wojskową drogę służbową „…Skoro robi to minister, niedwuznacznie ostrzegając o możliwości zamach stanu, rzecz należy wyjaśnić. – Zapewne. Tylko, że minister … nie ostrzegał przed zamachem stanu, ale przed próbami wykorzystywania wojska w grach sprzecznych z regułami demokratycznymi. …Skąd więc taka ostra reakcja prezydenta na przeniesienie do rezerwy … admirała Kołodziejczyka, a później admirała Wawrzyniaka ? – To pytanie należy zadać raczej ministrom Milewskiemu i Wachowskiemu. …Sprawa …Parysa unaoczniła, że wojsko stało się kartą przetargową w rozgrywkach politycznych. – Nie ma żadnej sprawy Parysa. Jest natomiast sprawa uregulowań prawnych i podziału kompetencji w zakresie kierowania siłami zbrojnymi. … Minister powiedział tylko tyle, że nie pozwoli, aby wojsko stało się kartą przetargową w grze politycznej i armia została użyta przeciwko demokracji. … To nie Parys wciąga wojsko w gry polityczne. … Jakie są realne szanse Polski na wejście do NATO ? – Bardzo poważne, jeśli tylko nie zaprzestaniemy naszych starań. …Generał Graczow mówił po powrocie z ostatniej tury negocjacji o możliwości utworzenia mieszanych spółek, których dochody przeznaczone by były na zagospodarowanie dla powracających żołnierzy. – To bardzo niebezpieczny pomysł. Oznacza on de facto pozostawienie wojsk sowieckich, choć tym razem w cywilnych ubraniach. … to możliwość utworzenia ekspozytur wywiadu rosyjskiego na terenie Polski – i do tego za polskie pieniądze. …”. Pamiętamy - ta ostatnia kwestia poruszona w wywiadzie stanie się jedną z „kości niezgody” w trakcie wizyty Prezydenta RP w Rosji i przyczyni się niewątpliwie (warto przy okazji postawić pytanie dlaczego !?) do kolejnego ataku na rząd Jana Olszewskiego. O tym jednak niżej.
Do wyjaśnienia „sprawy Parysa” powołano sejmową komisję pod przewodnictwem Aleksandra Bentkowskiego (PSL), której minister zarzucił później, że poszła w swych ocenach „…za daleko…”.
Póki co jednak Jan Parys obrony narodowej był chłopcem do bicia. Atakowano go za wszystko, w tym za wezwanie do tworzenia (w obliczu zdefiniowanego zagrożenia demokracji) „komitetów obrony państwa”. Krytyka ta szła bardzo daleko i była faktycznie obroną stanowiska Prezydenta. Publicyści pytali o „przekraczanie granic tolerancji” i szkodzeniu interesom państwa, co faktycznie było wyrażonym „ezopowym językiem” wezwaniem do akcji przeciwko obozowi rządowemu i niepokornemu ministrowi (Życie Warszawy, Granice tolerancji, Jacek Żakowski 4.05.92). Co interesujące byli to dziennikarze wcześniej mocno atakujący Lecha Wałęsę, który miał, wkrótce, odnieść się do kwestii bezpieczeństwa państwa i roli MON w systemie jego funkcjonowania w specjalnym orędziu do narodu. Wystąpienie to mogło (i w zamyśle miało) pokrzyżować plany "nieudolnego" (to kreacja medialna) i chcącego ratować twarz rządu idącego „…na zderzenie czołowe…” z prezydentem (Życie Warszawy. Na zderzenie czołowe ?, Tomasz Wołek, 8.05.92).
W sumie panował bałagan, a cała polityczna wymiana zdań przypominała „…polityczny magiel…”, w którym (z wyjątkiem Tadeusza Mazowieckiego) nikt nie miał racji (Polityka, Gorączka, Janina Paradowska, 9.05.92). Zmierzając, w sposób wyraźny, w kierunku rozwiązania kłopotliwego problemu działająca komisja, o której wspominałem wyżej stwierdzała w jednym ze swoich komunikatów, że „…Oświadczenie ministra Jana Parysa z dnia 6 kwietnia … komisja uznaje za bezzasadne i szkodliwe dla interesów państwa … Członkowie komisji twierdzą, iż dymisja ministra jest konieczna. …” (Życie Warszawy, Szkodliwe wystąpienie Parysa, 16/17.05.92, patrz też w tej samej gazecie Kalendarium sprawy Parysa, 16/17.05.92 i Gazeta Wyborcza, Ustalenia Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej, Parys nie miał racji, 16/17.05.92). Dziś wiemy, że opinie tego ciała były nie funta kłaków warte, a fakt tego, że jej szef znajdował się na liście wśród współpracowników SB podważał dodatkowo jej ustalenia.
Cały czas trwały spekulacje o odwołaniu rządu, zmianach politycznych w jego składzie czy też te dotyczące rekonfiguracji politycznej i zbliżenia z Prezydentem. Warunkiem tej ostatniej było wspomniane zacieśnienie współpracy z Wałęsą i delegowanie przez niego na szefa rządu Tadeusza Mazowieckiego, choć według licznych opinii nie miał ona szans na to, by Sejm przyjął jego kandydaturę. Rozmowy o nowym rządzie jak twierdził Władysław Frasyniuk (wówczas wiceprzewodniczący Unii Demokratycznej) trzeba było prowadzić ze wszystkimi graczami na scenie politycznej, a ich warunkiem musiała być rezygnacja z „…ideologicznych uprzedzeń…” - "...myśmy się z wami ... dogadali...". Po wahaniach zrezygnowano z forsowania kandydatury Mazowieckiego bo bano się społecznej reakcji, którą można by określić skrótowo „…to już było…”, a "jak było" to wszyscy wiemy. Tak więc ostatecznie do zmiany rządu w maju nie doszło. Szukano nadal „…dobrego kandydata na premiera, którego zaakceptowałby jednocześnie prezydent i sejmowa większość, […] Jeśli jednak pojawi się taki polityk, to sądzę, że nowy rząd może powstać bardzo szybko.” (Gazeta Wyborcza, Zbliżyć się do Wałęsy, Rozmawiał Artur Domosławski – z Władysławem Frasyniukiem, 19.05.92). Tego samego dnia prasa poinformowała o rozmowie Premiera Jana Olszewskiego z ministrem Janem Parysem, w trakcie której ten drugi miał poinformować swego szefa o tym, że nie widzi możliwości dalszego sprawowania przez siebie powierzonego mu urzędu. Dymisja (nastąpiła 23 maja, później Sejm 235 głosami za, 18 przeciw i 58 wstrzymującymi się przyjął rezygnację ministra) przebiegała w nieciekawej atmosferze „…Zapewniam pana – dodał Parys – że w moim ostatnim spotkaniu z premierem nie padło z jego strony ani jedno ciepłe zdanie.” (Gazeta Wyborcza, Parys odchodzi, Jerzy Jachowicz, 19.05.92). Minister dodawał też, że spodziewał się takiego rozwoju sytuacji i równocześnie mocno podkreślał, że „…Pod moim kierownictwem każdy tydzień zbliżał nas do Zachodu, ku przerażeniu ludzi, którzy reprezentują inną opcję…” (Życie Warszawy, Wiedziałem, że zostanę poświęcony, Rozmowa z byłym ministrem obrony narodowej Janem Parysem, 3.06.92). Już wtedy było pewne, że Premier przeprowadził błędną kalkulację, według której naiwnie liczył na to, że zdymisjonowanie szefa MON uspokoi sytuację na linii rząd prezydent i da gabinetowi chwilę politycznego oddechu. Problem polegał jedna na tym, że Lech Wałęsa nie chciał niezależnego I silnego ministerstwa obrony narodowej, nie chciał też silnych ludzi w tym ministerstwie, ergo nie chciał suwerennej i silnej armii, narzędzia państwa polskiego. Z perspektywy czasu trzeba zadać uzasadnione pytanie, czy chciał silnej Polski ? Można snuć spekulacje dlaczego tak było.
Dla bystrego obserwatora polskiej sceny politycznej było jasne, że skoro „problem Parysa” spadł z wokandy to bardzo szybko znajdzie się inny pretekst do ataków na rząd i to niezależnie od tego czy będą po temu realne przesłanki. Tuż po dymisji ministra w sposób typowy, daleki od elegancji zajęto się, w mediach, jego karierą dezawuując w typowy sposób (dzisiaj) dokonania, drogę życiową i kwalifikacje „…Na podstawie opinii znajomych Jana Parysa można wnioskować, że jest on przede wszystkim >>mężem swojej żony<< i >>zakładnikiem grona jej przyjaciół<<” (Wprost, Manewry na kanapie, Ewa Szemplińska, 24.05.92).
Wyżej wspominałem już o „problemach” z zawarciem traktatu państwowego z Rosją. Te właśnie stały się kolejnym narzędziem użytym w ataku na gabinet Jana Olszewskiego. Gdy 22 maja 1992 premier opowiedział się przeciwko zaakceptowaniu w traktacie klauzuli, według której bazy, opuszczane przez armię ZSSR, która wycofywała się z Polski, miały być przekazane w ręce polsko-rosyjskich spółek rozpoczęła się kolejna awantura. Widać ją było na horyzoncie zresztą już na kilka dni przed zapowiadanym parafowaniem układu. Można zaryzykować twierdzenie, że padło hasło „wszystkie ręce na pokład” w obronie niepodpisanego jeszcze traktatu. Pisano, że rząd chce „Upokorzyć Rosję” bo znajdują się w jego otoczeniu ludzie, którzy chcieliby wpisać do dokumentów konieczność odszukania miejsc eksterminacji Polaków w ZSSR (a to przecież niedopuszczalne i prawie zbrodnicze - prawda !?), przeprowadzenia śledztw i później procesów zbrodniarzy, odszkodowań za zbrodnie popełnione na Polakach (Gazeta Wyborcza, Upokorzyć Rosję ? 20.05.92, Leon Bójko). Wyjaśniano też istotę sporu o niepodpisany jeszcze dokument „…Według opinii niektórych obserwatorów, krytyka traktatu ma na celu opóźnienie wizyty Wałęsy w Moskwie bądź całkowite jej uniemożliwienie. Wedle tych opinii, za tą krytyką kryją się dalekosiężne plany Zdzisława Najdera zwolennika sojuszu z Ukrainą skierowanego przeciwko Rosji. …” (Gazeta Wyborcza, O co chodzi w sporze o traktat, 20.05.92, Edward Krzemień). Ten nagły przypływ sympatii do Rosji i aktywna próba obrony jej interesów były zupełnie niespodziewane i obiektywnienie nie służyły polskim interesom „W ciągu ostatnich dwóch dni ujawniło się w Polsce bardzo silne lobby polityczne, które jest skłonne stawiać sprawy tak, że interesy obcego mocarstwa są istotniejsze niż interesy kraju – oświadczył w czwartek … Jarosław Kaczyński. Główną siłą tego lobby jest – zdaniem Kaczyńskiego - >>Gazeta Wyborcza<< …Tekst Bójki (patrz wyżej) … bardzo dobrze mieści się w tradycji, którą można określić, jako tradycję SDKPiL, KPP i wszystkich następców - powiedział … - która polskie interesy narodowe miała za nic…” (Gazeta Wyborcza, Jarosław Kaczyński ujawnia: >>Gazeta<< przewodzi prorosyjskiemu lobby, 22.05.92). Każdy kto tak twierdził był natychmiast odsądzany od czci i wiary i terroryzowany twierdzeniami o tym, że sam terroryzuje swoich oponentów „…odpowiedzią jest terror psychiczny i kwalifikujące się do sądu oskarżenia o zdradę narodową. Kaczyński świetnie wie, że >>Gazeta Wyborcza<< nie reprezentuje interesów obcego mocarstwa, ani Leon Bójko nie jest nacjonalistą rosyjskim …Sejm nie jest Targowicą. …” (Gazeta Wyborcza, Interes Polski czy interes Kaczyńskiego, 23/24.05.92, Dominika Wielowieyska). Przy okazji złośliwie dodam (o ile oczywiście dobrze pamiętam – proszę poprawić jeśli się mylę), że żaden pozew w kwestii „zdrady narodowej” ze strony czasopisma przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wpłynął do dziś do jakiegokolwiek sądu. Wróćmy jednak do przygotowywanej wizyty Wałęsy w Moskwie. Prezydent wyjeżdżając z kraju zakomunikował opinii publicznej, że jedzie podpisać traktat, który powinien przyczynić się do poprawy stosunków z Rosją. Informowano też opinię publiczną o tym, że ma całkowite pełnomocnictwa „…najwyższych władz politycznych…” do podpisania traktatu. Tymczasem „…Jeszcze w środę premier Olszewski żądał skreślenia w umowie o wycofywaniu wojsk zgody na tworzenie spółek polsko – rosyjskich, które miałyby prawo do działalności gospodarczej w obiektach po likwidowanych garnizonach radzieckich…” (Gazeta Wyborcza, Traktat mimo sporu, 22.05.92, Leon Bójko). O dramatyzmie sytuacji informowano szczegółowo dopiero po zakończeniu wizyty Wałęsy w Moskwie. Pisano o „…nieodpowiedzialności rządu…”, który w tajnym szyfrogramie wyrażał wątpliwości do wspomnianego już wyżej układu o wycofaniu rosyjskich wojsk z Polski, które to wątpliwości mogły skutkować całkowitym zerwaniem rozmów (Życie Warszawy, Tajny szyfrogram z Warszawy do Moskwy, Wałęsa oskarża rząd, 26.05.92,). Równocześnie Jan Olszewski określał dążenie Wałęsy do podpisania układu w niekorzystnej dla Polski wersji jako „…zdradę stanu…”. Ostatecznie, jak wiemy, traktat został podpisany łącznie z porozumieniem o zasadach wycofywania armii rosyjskiej z Polski, jednak bez wspomnianej wyżej „zgody na tworzenie” faktycznych przyczółków dla agenturalnej działalności Rosjan na terenie RP.
Niektórzy publicyści głupawo i w sposób oderwany od rzeczywistości (przepraszam najmocniej zaintersowanych) sądzili wówczas, że w polsko – rosyjskich stosunkach nastąpiła jakościowa zmiana. Historia splatająca się z rzeczywistością miała weryfikować też nasze położenie geopolityczne. Rozentuzjazmowani wieszczyli „koniec” historii „…Zamiast między Niemcami i Rosją jesteśmy politycznie w środku kontynentu. … Zyskujemy z Rosją równoprawne stosunki. … Przez co najmniej trzy wieki położenie między Rosją a Niemcami było zmorą Polaków. … dawna polska >>geopolityka<< traci na znaczeniu. … „ (Życie Warszawy, W środku nie między, 23/24.04.92, Kazimierz Wóycicki). Niesiołowski (nie wiedzieć czemu często zwany "jurnym Stefanem") zaś twierdził, że partie polityczne „…mają prawo i powinny posiadać własne programy …polityki zagranicznej, ale niedopuszczalna jest sytuacja, gdy w walce o władzę wkracza się na obszar relacji Polski z sąsiadami nie oglądając się na konsekwencje…Polska nie chce i nie może pozwolić sobie na złe stosunki z Rosją …” (Życie Warszawy, Egzamin z historycznej szansy, Stefan Niesiołowski, 26.05.92, Gazeta Wyborcza Awantury o traktat ciąg dalszy, Wojciech Mazowiecki, 27.05.92, Polityka, Przeszliśmy rzekę, Krzysztof Mroziewicz, 30.05.92,). Cytowani wyżej publicyści nie widzieli przy tym, nie chcieli, a może “coś” nie pozwalało im widzieć niezmienności i rosyjskich i niemieckich interesów politycznych, a na pewno się nad tą niezmiennością nie zastanawiali. Dziś po kacapskiej agresji na Ukrainę widać to w kontraście do przytaczanych opinii jeszcze wyraźniej. Nie zauważono też szkodliwego, z polskiego punktu widzenia, stwierdzenia Lecha Wałęsy, który dystansował się od dyskutowania kwestii tego czy Rosja jest sukcesorem ZSRR czy też nie jest tymże, bo przecież to “nie była polska sprawa”. Dodatkowego smaczku dodawało tej wypowiedzi to, że artykułowana była podczas wizyty Prezydenta w Katyniu. Błyskawicznie natomiast odnotowano pomruki niezadowolenia dochodzące z Belwederu – prezydent po raz kolejny „postulował” szybką wymianę gabinetu (Gazeta Wyborcza, Wycofuję poparcie, 27.05.92). Miał w tym dążeniu kilku sojuszników jednym z nich była Unia Demokratyczna, która „….zdecydowanie dąży do obalenia rządu Olszewskiego…” (Życie Warszawy, Manewr wyprzedzający, Igor Janke, 25.05.92). Wyraźnie było, przy tym wszystkim widać, że poszukiwany od dawna pretekst znajduje się w zasięgu ręki. Jakby tego było mało na agendzie politycznej pojawiła się sprawa lustracji. Krzysztof Wyszkowski zasugerował publicznie, że minister Skubiszewski mógł być był tajnym współpracownikiem SB – działo się to niewątpliwie nie bez związku z „aferą traktatową” i nerwowym poszukiwanie winnych tejże. Natychmiast odezwali się obrońcy niewinności ministra (figurował na „Liście Macierewicza” jako TW „Kosk”) i „…kultury politycznej…”, którą można był zniszczyć „…nieodpowiedzialnymi czynami…” (Życie Warszawy, Wyszkowski agentem SB ?, Kazimierz Wóycicki, 27.05.92). Niestety, w obronie „prawdy i demokracji” żaden z nich nie brał pod uwagę możliwości destrukcji polskiej demokracji (czy wręcz państwowości) przez ukrytą agenturę. W tym kontekście nie było paradoksem, że w dniu (28.05.92), w którym parlament na wniosek Janusza Korwin Mikke przyjął głosami KPN, PC,Solidarności, PSL-PL, PChD i UPR (186 za, 15 przeciw, 32 wstrzymujące się), UD i KLD zbojkotowały głosowanie (twierdząc, że uchwała jest nielegalna), uchwałę zobowiązującą szefa MSW „do podania do dnia 6 czerwca 1992 pełnej informacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż, a także senatorów, posłów (...), będących współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w latach 1945–1990”, Gazeta Wyborcza zamieściła tekst „Gra w teczki” uzupełniony komentarzem Ewy Milewicz, w którym próby lustrowania najwyższych urzędników w państwie określono mianem „szaleństwa” i próbą szantażu wobec przeciwników politycznych rządu. W gazecie pisano też o „czystkach” i pytano czy jest to „Oczyszczenie czy unurzanie” (Gazeta Wyborcza, Weronika Kostyrko, 29.05.92). Gdy wspominano o „Teczkach Pandory” (to samo wydanie Gazety Wyborczej) manipulowano równocześnie prawdą pytając „Ile razy można powtarzać, że wiarygodność ubeckich archiwów jest wątpliwa ? Czesi i Niemcy, którzy postanowili ujawnić ich zawartość gorzko tego żałują ?...” (Wojciech Maziarski). Przy okazji twierdzono, że Polska wygrała wojnę z komunizmem i nie warto się czymkolwiek co z tymże było związane zajmować bo „…skoro nie ma już wojny, to nie ma też wroga…”. Oprócz tych wysblimowanych intelektualnie analiz (ich rzeczywistą wartość, prawdziwość i wagę możemy precyzyjnie ocenić dzisiaj, ale wtedy w 1992 też można było się o to pokusić) zastanawiano się jak uniemożliwić lustrację. Wicemarszałek Sejmu Jacek Kurczewski apelował o niepodpisywanie ustawy przez marszałka co miało uniemożliwić jej wejście w życie. Ostrzegał też przed nią Prezydent w słynnej rozmowie z Antonim Macierewiczem. Liczono też i na to, że przeciwko ustawie wypowie się Trybunał Konstytucyjny. Straszono też opinię publiczną liczbą potrzebnych do przeprowadzenia właściwej lustracji sprawdzeń - miało ich być 77 tysięcy – musiało to tworzyć wrażenie niewykonalności całej operacji, którą mieli przeprowadzać „chłopcy Antoniego”, o których rok później Gazeta Polska pisała „Przez kilka miesięcy grupa …dzielnych, godnych zaufania, młodych ludzi zaangażowanych przez …Antoniego Macierewicza prowadziła w specjalnie do tego przeznaczonym zespole analitycznym badania archiwów MSW. W wyniku ich prac ustalono nazwiska tych dygnitarzy … i członków parlamentu, którzy za rządów komunistycznych byli konfidentami bezpieki, to znaczy świadomie donosili na swych przyjaciół, kolegów i informowali oficerów SB o nieprawomyślnych poglądach i patriotycznych działaniach. Lista nazwana została przez autorów - ostrożnie – listą zasobów archiwalnych MSW. … Zamiast zapaść się pod ziemię ze wstydu, zamiast podać się do dymisji konfidenci pozostają nadal na swych stanowiskach. … Niektórzy mają na swych koncie niewątpliwe zasługi dla Polski. Więc nie to jest największym skandalem, że tym ludziom przytrafiło się kiedyś takie nieszczęście …Największym skandalem jest to, że gdy nadeszła godzina prawdy, ważyli się użyć siły i autorytetu państwa, aby ukryć przed narodem swoją przeszłość….” (Gazeta Polska, Lista konfidentów, czerwiec 1993 nr.4/93). W akcji zohydzania lustracji standardowo sięgano też po opinie „autorytetów naukowych” definiując obawy o bezpieczeństwo państwa jako paranoję, troszczono się przy tym bardziej o SBeków i ich tajnych współpracowników niż ofiary działań tychże „…Jakie będą konsekwencje wejścia w życie uchwały o ujawnieniu teczek byłych agentów SB i UB - …Uchwała zniszczy lub skomplikuje życie wielu ludziom. … Zwolennicy uchwały twierdzą, że teczki trzeba ujawnić, ponieważ agenci mogliby stać się zorganizowaną siłą, która wystąpi przeciwko demokracji – To bzdura. W psychologii tego typu postawę nazywa się reakcją paranoiczną lub kompleksem oblężonej twierdzy. Pomaga ona racjonalizować własne działania lecz nie rozwiązuje rzeczywistych problemów.” (Gazeta Wyborcza, rozmowa z prof. Mirosławą Marody z Instytutu Socjologii UW, Reakcja paranoiczna, Rozmawiała Dominika Wielowieyska, 30/31.05.92). Paradoksalnie przeciwko lustracji wypowiadali się tez i ci, którzy frondowali wcześniej przeciwko systemowi, a później otrzymali możliwość wejścia do archiwów MSW. W skład „komisji”, która otrzymała to prawo wchodzili Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Bogdan Kroll i Adam Michnik. „…Istnieje niebezpieczeństwo, że sporo dokumentów zostało zlikwidowanych. … Trudniejsze już jest fałszowanie, bądź prokurowanie nowych akt, ale dla fachowców nie byłby to problem do pokonania.” Mówił gazecie (Życie Warszawy, Historycy o ujawnianiu agentów SB i UB. Wypowiedzi profesorów Ajnenkiela i Holzera, 30/31.05.92) Jerzy Holzer (zdefiniowany, kilka lat później, w jednym z telewizyjnych programów „Misja Specjalna” Anity Gargas jako TW). Jednym z ważnych argumentów przeciwko lustracji miało być również i to, że „świat polityki” był sprawdzany przez „służby” zarówno w roku 1989 jak i 1991. Sam zresztą słyszałem wtedy od jednego z czołowych aktorów sceny politycznej "...nie martw się wszystko było sprawdzone, nawet przez Amerykanów...".
W miarę rozkręcania się kwestii lustracyjnych wrócono do pytania jak radzili sobie z rozliczeniami przeszłości nasi sąsiedzi. Wnioski musiały (co oczywiste) być druzgocące dla zwolenników czystości polskiego życia politycznego. Piszącym o tym dziennikarzom nie przyszło do głowy, że w rzeczywistości ich teksty, gdyby chcieć je analizować racjonalnie, pokazywały w pełni własnie dokonania lustracji, która była po prostu koniecznością gwarantującą bezpieczeństwo państwa choćby i z tego powodu, że n.p., STASI nie ograniczało się tylko do inwigilacji „swojej” opozycji „…Inne źródło moralnego kaca dla obywateli byłej NRD to ujawniający się coraz wyraźniej obraz środowiska NRD – owskiej opozycji i wspierającego ją Kościoła ewangelickiego, jako niemal w pełni zinfiltrowanych przez agentów…” (Gazeta Wyborcza, Jak nasi sąsiedzi ujawniali współpracowników służb bezpieczeństwa, Czechosłowacka przestroga, Andrzej Jagodziński, Lekcja niemiecka, Piotr Cegielski, 30/31.05.92), ale także „…Informacje na temat Polaków STASI przekazywała też do moskiewskiego >>banku danych<< …” (Życie Warszawy, Rozmowa z Joachimem Gauckiem, Wojciech Pomianowski, 2/3.0592 i Wprost, Urząd oczyszczenia, Rozmowa z Joachimem Gauckiem, pełnomocnikiem Bundestagu ds. akt Stasi, Rozmawiał Piotr Cywiński, 14.06.92.). Szeroką „publiczność” miały przerazić też informacje o planach przeprowadzenia szerokiej dekomunizacji. Według wiadomości przekazywanych przez gazety (Gazeta Wyborcza, Tylko w >>Gazecie<< - przeciek z MSW, Wielkie łowy MSW, 1.06.92) przygotowano projekt ustawy wykluczającej osoby, które miał sprawować jakiekolwiek funkcje kierownicze w PPR, PZPR, SD, ZSL, ZMP, ZMS, ZSMP, ZSMW, z życia polityczno / społecznego. Rzecznik rządu Tomasz Tywonek określił publikowanie takich wiadomości jako „…dezinformację mającą na celu destabilizację sytuacji politycznej w kraju…” Życie Warszawy, Tywonek: >>Gazeta<< dezinformuje, 2.06.92). Epatowano też możliwymi krzywdami jakie, w efekcie lustracji, spotkają „niewinnych” ludzi. Antoniego Macierewicza oskarżano o pychę „…Cóż za ogromną pychą jest twierdzenie min. Macierewicza, że wszystko co zostanie ujawnione, będzie absolutnie zgodne z prawdą…” mówił dziennikarzowi w Gazecie Wyborczej (Pierwszy solidarnościowy szef MSW o ujawnianiu teczek, Pycha Macierewicza, Notował jach, 1.06.92) Krzysztof Kozłowski wodzony na swoim urzędzie za nos przez pozytywnie zwertikowanych ubeków. Według przeciwników oczyszczenia życia publicznego w Polsce lustracja nie dawała też gwarancji, że nie zostaną ujawnione publicznie dane wrażliwe potencjalnych (i byłych) agentów. Tu interweniował Rzecznik Interesu Publicznego Profesor Tadeusz Zieliński. W tym momencie wszyscy przeciwnicy gabinetu jak jeden mąż zaczęli twierdzić, że „…rząd nie pracuje…”, a wszystkie pozytywne efekty jego działalności to tylko skutek polityki poprzedników.
Z wolna zbliżało się przesilenie. Mimo, że Jan Olszewski był urzędującym premierem pojawiały się nowe kandydatury na stanowisko szefa rządu – jedna z nich to Waldemar Pawlak. W bardzo prosty sposób wskazuje to na fakt, że dymisja podczas „nocy teczek” była faktycznie skutkiem dłuższych działań niż tylko te „spontaniczne” artykułowane przez Wałęsę na wizji w filmie „Lewy czerwcowy”. Pojawiające się w prasie opinie na temat tego, że „lider PSL” może zapewnić „…zawieszenie broni…” na scenie politycznej mogą wskazywać na to, że czerwcowy pucz nie był przypadkiem, a po prostu ordynarnym zamachem stanu „…Waldemar Pawlak … Nie jest to polityczna gwiazda, choć ujawnił spory talent i zmysł przewidywania. Posiada też rzadką u nas cnotę powściągliwości w słowach. … Wraz z kandydaturą Pawlaka na porządku dziennym staje więc pytanie o sens >>polskiej rewolucji<< i kierunek przemian….” (Życie Warszawy, Trzecia siła ? Jerzy Wysocki, 4.06.92). Sytuacja zmierzała szybko ku ostatecznym rozwiązaniom. Wieczorem 4.06.92 roku Sejm w głosowaniu wyraził rządowi wotum nieufności (Za wotum głosowało 273 posłów 119 było przeciw i 33 wstrzymało się). Dziś wiemy, że był to efekt intrygi przerażonych lustracją i możliwymi jej konsekwencjami grup interesów i osobiście zainteresowanych ukrywaniem swojej przeszłości polityków. Profesor Wojciech Roszkowski mówił o tym w rozmowie z Polską Agencją Prasową „…Te ugrupowania przestraszyły się, że ujawnienie przeszłości niektórych ważnych przedstawicieli nowego status quo zburzy ich pozycję. Oskarżano Olszewskiego o przewrót, którego nie planował, podczas gdy dokonano przewrotu parlamentarnego. Nie zastosowano w nim przemocy, lecz zmontowano koalicję obrony nowego status quo…”. W jednym bym się z Profesorem nie zgodził – koalicja została zmontowana, poza funkcjonującymi normami prawnymi i zasadami demokracji parlamentarnej, w celu obrony „starego i nowego” status quo.
Zagrożenie minęło „demokraci” mogli odetchnąć. Nie był to jednak koniec walki o prawdę i honor. Gazeta Wyborcza (5.06.92) publikowała obok tekstu zatytułowanego „Rząd upadł” opatrzonego szczególnie dobranym zdjęciem, na którym Jan Olszewski wyglądał jak południowoamerykański dyktator publikowała słynny dziś wiersz Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. W samym zaś artykule mocno uwypuklono twierdzenia Wałęsy „…teczki są sfabrykowane…” i Kuronia „…Macierewicz niszczy państwo…”, a efekty pracy nad „teczkami” to po prostu „…stek kłamstw… Na liście są nazwiska, w które ja po prostu nie wierzę. Mam na to szereg dowodów. …” (Gazeta Wyborcza, Upadek rządu, 5.06.92). Tak więc „wiara” polityka stała się ni z tego nie owego niepodważalnym „dowodem” a fakty przestały miec jakiekolwiek znaczenie. Upadek rządu definiowano jako „odejście w niesławie” zarzucając Antoniemu Macierewiczowi, że dla doraźnych korzyści (utrzymania się u władzy) ryzykował chaos w państwie, działał samodzielnie (choć faktycznie realizował tylko uchwałę Sejmu RP – uchwała z 28 maja 1992) i nie przestrzegał jakichkolwiek zasad „…Działał samowolnie mając na uwadze jedynie własne racje i polityczne korzyści…”. Premier Jan Olszewski miał zaś przedstawić swoje racje w „…dramatycznym lecz pokrętnym wystąpieniu…” (Życie Warszawy, Odejście w niesławie, Kazimierz Wóycicki, 5.06.92), a fakt, że jako obrońca praw człowieka i znawca metod komunistycznych służb akceptował lustrację był „…zadziwiający i niepojęty…” (Polityka, Przepraszam za … Stanisław Podemski, 6.06.92). Przy okazji przypomnijmy fragment tego co „pokrętnie” mówił w transmitowanym w obu programach Telewizji Polskiej „…obrońca praw człowieka…” „…Chciałbym mianowicie, wtedy, kiedy ten gmach opuszczę, kiedy skończy się dla mnie ten – nie ukrywam – strasznie dolegliwy czas, kiedy po ulicach mojego miasta mogę się poruszać tylko samochodem albo w towarzystwie torującej mi drogę i chroniącej mnie od kontaktu z ludźmi eskorty, że wtedy, kiedy się to wreszcie skończy – będę mógł wyjść na ulice tego miasta, wyjść i popatrzeć ludziom w oczy. I tego wam – … Budowaliśmy mozolnie państwo, które obywatele będą mogli szanować. Państwo całkowicie niepodległe, państwo, w którym wojsko i policja są w pełni podporządkowane demokratycznej, przedstawicielskiej polskiej władzy..”. Atakowano nie tylko Jana Olszewskiego - Władysław Frasyniuk i Zbigniew Bujak zarzucali Antoniemu Macierewiczowi i Piotrowi Naimskiemu niemalże kolaborację z „komuną” (Życie Warszawy, Frasyniuk i Bujak oskarżają, 5.06.92). Generalnie przeciwko rozpoczętej lustracji (w jakiejkolwiek formie) było też bałamutne hasło brzmiące „…przecież wszyscy byliśmy umoczeni…”. Nie dość tego – dla przeciwników oczyszczenia z komunistyczno ubeckiej przeszłości było przecież oczywiste, że dokumentacja mogła być fałszowana (dziś wiemy, że fałszowanie tejże 1) było niezmiernie trudne, by nie rzec niewykonalne, 2) a jeśli miało miejsce to w nielicznych przypadkach było szybko i surowo karane przez organa wewnętrzne SB. Pojawiały się też niezweryfikowane (a później całkowicie zdezawuowane) pogłoski o planowanym przez rządzących puczu „…Wiarygodne źródła zbliżone do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych twierdzą, że w czwartek, gdy w Sejmie trwała debata nad odwołaniem rządu minister Antoni Macierewicz w podległych sobie Jednostkach Wojskowych zarządził stan podwyższonej gotowości bojowej. … również 8 maja, gdy Lech Wałęsa wygłaszał w parlamencie orędzie do Sejmu, w NJW trwał stan podwyższonej gotowości…” (Gazeta Wyborcza, Miał być zamach ?, 6/7.06.92.). Zgodnie z wcześniejszymi sugestiami na nowego premiera desygnowano Waldemara Pawlaka. Do newralgicznych resortów delegowano Janusza Onyszkiewicza (MON) i Andrzeja Milczanowskiego (MSW). Dość szybko (bo już dwa dni po obaleniu rządu) okazało się, że „opcja NATO/wska nie jest i nie była wcale marzeniem kadry dowódczej Wojska Polskiego (Polityka, Nastroje w wojsku, Z płk. dr Adamem Kołodziejczykiem, komendantem Wojskowego Instytutu Badań Socjologicznych, rozmawia Marek Henzler, 6.06.92), a chcący lustracji to „zoologiczni antykomuniści”.
Po 4 czerwca Polska stała się znowu „normalnym krajem”, w którym można było dopuścić do takiego zdarzenia jak na przykład 10.04. 2010. Za tę „normalność” płacimy także i dzisiaj.
red. Piotr Łysakowski,
Profesjonalizm w "rzyganiu miłością" wysokopłatny i oczywiście "dla dobra Ojczyzny"
Kpł 19,18 „Nie mścij się i nie żyw urazy przeciw synom twego ludu, lecz miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Ja jestem Pan!”
Flp 2,3-4: „Niech nic nie dzieje się z przekory ani z próżnej chwały, lecz w pokorze niech każdy uważa drugich za ważniejszych od siebie. Niech każdy troszczy się nie tylko o swoje sprawy, ale też o sprawy drugich.”
-----------
Ostatnio pisałem, że Donald Tusk po wyjściu ze spotkania z Ojcem Świętym w Watykanie ogłosi apostazję.
Pomyliłem się biję się w piersi i jest mi teraz łyso.
Na Placu Świętego Piotra premier po prostu „rzygał miłością” i po tej fizjologicznej czynności heroicznie i bez zahamowań poszedł jeszcze dalej.
Tuż po powrocie do szczęśliwego i kwitnącego, jak nigdy w historii, kraju nad Wisłą ogłosił dumnie, że rozporządzeniem (czyli wbrew obowiązującemu prawu zapisanemu w Konstytucji !!!) wprowadzi transkrypcję związków (związków nie małżeństw - co podkreślam ja !!!) jednopłciowych. Natychmiast po tej enuncjacji wynikającej z bezskutecznej opinii TSUE i posiłkującego się tym bezprawiem polskiego sądu administracyjnego na mazowieckich równinach, pogórzu nad jeziorami mazurskimi i Bałtykiem zapanował niebywały entuzjazm i szczęście.
Znaleźliśmy się wreszcie w Europie - teraz już faktycznie, nie na niby jak do tej pory ! Pasmo sukcesów po prostu, miłość od Odry po Bug (może być odwrotnie).
Czekamy jeszcze na pełną depenalizację, we wszystkich wymiarach, tego co się działo w Kłodzku. To konieczne, ba wręcz oczekiwane, by szczęście było pełne i niczym niezakłócone. Szczęście nas ludzi i braci młodszych, co oczywiste - apoteoza miłości po prostu.
Wróćmy jednak do szarej i trudnej rzeczywistości - to konieczne dla zdrowia psychicznego.
Nie przestrzegając chronologii pozostajemy nadal przy osobie premiera RP. Polskę odwiedziła para celebrytów - małżeństwo George i Amal Clooneyowie. Podobno przyjechali, by ocieplić wizerunek „łatwego w pielęgnacji” premiera Polski.
Nie wiem czy to prawda ? Powiem więcej zupełnie mnie to nie interesuje, ale choć co paradoksalne moje zainteresowanie jako płatnika podatków budzi twierdzenie, że wizyta była finansowana przez polski budżet. Nie dziwi więc, że celebryci (na marginesie, o nim mówi się, że był jakoś zamieszany w figle wyprawiane przez Epsteina) zostali odwiedzeni przez Donalda. Jest autorska „rolka’ z tego wydarzenia. Pan premier cały w lansadach, zgięty w „chińskie dziewięć”, witający gości, emanacja kompleksów wobec „zachodu” i „celebry”. Przy okazji suchar o swoim imieniu, taki „proamerykański” i „protrampowski” co oczywiste- kiszka na całego, pomaga Polsce poprawić stosunki z USA. Media „głównego ścieku” zapomniały przy tym dodać, że Amal wspomniała cos o kryzysie przywództwa na zachodzie wynikającym z braku przestrzegania prawa przez czołowych polityków. Po co komu taka uwaga ?
Teraz „powrót do przeszłości (nieprzypadkowy zresztą) lata temu podczas jakiejś wizyty w Gdańsku spotykam polityka. Chwilowo był wtedy na bocznym torze, zajmuje jakieś tam stanowisko w Senacie. Szybko okazuje się, że obaj mamy być gośćmi w lokalnym radio (nie pamietam którym, ale to nie ma jakiegokolwiek znaczenia). Proponuję „podwiozę pana”, jest ok. Jedziemy - gadka szmatka, ale szczera, jak to dzisiaj widzę.
Mój nieoczekiwany pasażer opowiada - lubi grać w piłkę (śmieje się z „borowików”, którzy są zmuszani do gry razem z Marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim), winko, cygara, mecz w telewizji obejrzeć, „dolce farniente”, generalnie nie narobić się, to główna zasada. I jeszcze, co ważne, pamiętać despekty jakich się doznało.
Czterdzieści minut jazdy i takiego sobie gadania, ja coś o polskich interesach i priorytetach w stosunkach polsko - niemieckich, a on o tym co wyżej. Dzisiaj on pewno nawet tych kilkudziesięciu minut nie pamięta, przecież to nieistotny szczegół - ja pamiętam. Zgadniecie pewno, z kim spędziłem ten szalony czas ?
No dobra teraz, nie bez związku z powyższym, wracamy do „naszego” dziś.
„Uciekł” do USA Zbigniew Ziobro, skandal. Miał być przywieziony do Polski, w ramach demokratycznych procedur żywcem zaczerpniętych z białorusko - kacapskiego arsenału metod, w bagażniku. „Uciekł”, ale nie uciekł, bo wyjechał legalnie na paszporcie „Nansenowskim” i z wizą amerykańską, której jako przestępca na pewno by nie dostał.
„Uciekł” oskarżany o to co władza sama dzisiaj robi. No ale demokratom wolno „robić”, a faszystom nie wolno i tyle. Teraz usiłują obciążyć za tę „ucieczkę” Tomasza Sakiewicza, a później może Pana Prezydenta RP. Grożą trybunałami, więzieniem, sami zagrożeni długoletnimi wyrokami.
Mówią, że premier standardowo dostał „fuhrrriii” i nieelegancko rzucał k…..mi. Twierdzi się, że chciał rewanżu za „Fundusz Sprawiedliwości”, „prześladowanie” Giertycha, Nowaka, Gawłowskiego, Grodzkiego, posuchę materialną wywołaną ośmioletnimi rządami PiS i odstawieniem od koryta. Nie wyszło bo nominowani przez niego gamonie nie są w stanie niczego dobrze zrobić bo nie potrafią lub nie chcą (oczywiście z wyjątkiem demolowania i dojenia Polski - kolejność dowolna).
Przy okazji pojawiły się medialne pretensje do Agencji Wywiadu. Nie pilnowała „uciekiniera” wystarczająco skutecznie no i zwiał. W swobodnym przekładzie literackim na polski - nasz wywiad miał inwigilować polskiego uchodźcę politycznego, który otrzymał azyl na Węgrzech. Rozumiecie, wywiad jest od śledzenia własnych obywateli, rozumiecie, prawda !!! ???
Przestrzegają prawa „tak jak to prawo rozumieją”, może lepiej „rozumiejo” - dyktatura „ciemniaków” tak to się nazywało kilkadziesiąt lat temu w Polsce Ludowej. Tak jak w PRYlu kiedy I Departament MSW pracował dla dobra socjalistycznej ojczyzny inwigilując polską emigrację, Kościół, sukces gonił sukces. Ginął ksiądz za księdzem, kradli z FOZZ, Bin Ladena prawie złapali w „Ognisku Polskim” w Londynie, a może jeszcze gdzieś indziej.
Jeszcze chwila, a tak jak w latach osiemdziesiątych zaczniemy widywać w polskich Kościołach gości nagrywających kazania nieprawomyślnych księży. Jeszcze chwila, a …nie nie napiszę więcej … żyłem w Polsce Ludowej i niestety wiem czym to pachnie.
Wszystko zmierza w tym kierunku.
Pan Zbigniew Ziobro ani mi brat ani swat. Powiem więcej, irytował mnie często swoim gadaniem ale jak słyszę od Żurka o tym, że „oni przestrzegają prawa”, a on walczy z „barbarzyństwem prawnym” to bierze mnie cholera, bo chcą mieć w więzieniu tylko dla dzikiej satysfakcji i zaspokojenia krwiożerczych instynktów elektoratu, ciężko chorego człowieka i to na podstawie zarzutów z grubsza z odbytu wziętych (nie przepraszam za wulgaryzm).
Powiecie, że gadam głupoty. Może i tak, ale popatrzcie na publicystę Jastruna. Pisze o waleniu w „mordę” albo „mordowaniu”, inaczej niż on myślących, którzy nie maja do tego prawa, bo takie prawo maja tylko „szlachetnie urodzeni” z komunistycznym rodowodem.
Żartowniś i figlarz, prawda !?
Za mniej śmieszną interpretację literackiego cytatu skazano chorą emerytkę, a tu proszę Jastrun dokonał w prosty sposób twórczej zmiany wartości określonych pojęć „lać w mordę „ i „mordować” i nic !
Popatrzcie na ostatnie fizyczne ataki skierowane wobec „Republiki” i jej dziennikarzy, rzekę kłamstw płynąca z prorządowych mediów, panią Grędę twierdzącą, że w służbie zdrowia jest lepiej bo otwiera się „nowe sale wykładowe” (rozumiecie „sale” będą leczyć , wyższa szkoła medycznej jazdy - takiej nie ma na świecie - Polska trendsetterem w nowych technologiach medycznych !!!), a pacjenci są „zadowoleni”. Brednie Żurka, „Pogłosa”, któremu wszystko dosłownie leci z łap (nawet na trzeźwo) i wyrafinowanego intelektualnie „Chełmońskiego” - Szłapki. Nadal będziecie uważać, że błądzę podczas gdy przestępstwo goni przestępstwo i przestępstwem pogania, kiedy permanentne i obrzydliwe kłamstwo urasta w urojeniach „Europejczyków” do poziomu prawdy ?
Przed laty po zamachu 1926 roku sędziwy senator PPS Bolesław Limanowski krzyczał na sali sejmowej do rządzących „…do dymisji, do dymisji…”. Dzisiaj w narzeczu wspomnianych wyżej „Europejczyków” brzmiałoby to nieco inaczej #wy…ć, ale sens pozostaje taki sam.
I już kończąc, stała rubryka „mistrz mowy polskiej” - walka o „pudło” jest nadal zacięta, tym razem o zaszczytny tytuł walczy poseł Szczerba twierdzący, że ktoś tam (może on ?) nie będzie robił „…wody z ucha…” , niewtajemniczonym wyjaśnię, że robi się „…wodę z mózgu…”, może to komuś pomoże „panu posłu" też.
I to by było na tyle.
A i jeszcze uważajcie na siebie 20.05. w Warszawie !!!
PIOTR ŁYSAKOWSKI
W Londynie 15/16/17.05.26
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
15 maja
Dnia 15 maja 2026
Święto Niezapominajki wspomnienie Andrzeja Zalewskiego.
Redaktor Polskiego Radia wielki miłośnik Polskiej przyrody autor jedynej w swoim rodzaju prognozy pogody wygłaszanej co rano na eterze, skierowanej do tych którzy kochali Ojczyznę. Pomysłem jego było symboliczne święto Polskiej niezapominajki. Celem tego zamierzenia było promowanie natury ale także ważnych miejsc , osób, i śladów narodowej dumy by je zachować od zapomnienia.
Z urodzenia Warszawiak pochodzący z inteligenckiej rodziny , z wykształcenia inżynier Rolnik, z obowiązku patriota żołnierz Ponurego ze zgrupowania Świętokrzyskiego AK, uczestnik Powstania Warszawskiego. Zaraz po studiach zatrudniony w odradzającym się Radiu kierujący swoje audycje poranne do rolników, Leśników i każdego, dla którego przyroda Polska była ważna. Jako były żołnierz AK wraz ze wzmacnianiem się komunizmu jego pozycja w redakcji stawała się trudna do akceptacji przez reżimowych szefów. Trudno było nie dostrzegać jego akceptacji przez słuchaczy bo do redakcji przychodziło kierowanych do niego codziennej korespondencji-tysiące listów i przesyłek, na które starał się osobiście odpowiadać pisząc często w domu nawet nocą. Każdy list był ważny i wymagał od niego reakcji. W 1964 r został stypendysta Organizacji Wyżywienia i Rolnictwa Narodów Zjednoczonych ,a w 1978 Departamentu Stanu USA . Po powrocie został usunięty, a w 1985 skierowany na przymusowa emeryturę. Dopiero po roku 1990 powrócił na antenę by tworzyć audycje dla swoich byłych odbiorców co zostało przyjęte z entuzjazmem. W roku 2001 zaproponował ustanowienie święta polskiej Niezapominajki co uznano przy pełnej akceptacji przez słuchaczy miało ono bowiem ważne
przesłanie : kultywowanie tradycji narodowej ,umiłowanie lasów ,ciężkiej pracy rolnika i uszanowania przyrody.
Już od dawna nie słyszymy aksamitnego i ciepłego głosu Redaktora Andrzeja, człowieka pełnego empatii -miłości, życzliwości do ludzi dla których dzięki swojej autentyczności pozostał na zawsze w pamięci jako nieugięty krzewiciel polskiego patriotyzmu i wiary w stwórcę.
Krzysztof Zięba
Bielsko Biała, 14 maja 2026
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
...co Pan Twardowski robi na ksiezycu
O tym, co Pan Twardowski robi na księżycu,
oraz o dwóch takich co kradli dusze
Pan Twardowski wydaje się bajką dla dzieci, opowieścią fantazy. Można także powiedzieć, że jest to popularny motyw kultury ludowej. Przyglądając się bliżej tej historii zaczynamy wyraźnie zauważać zawartą tam prawdę o postawie człowieka. Mądrość pokoleń, wzbogacona geniuszem wieszcza, ile ona mówi o naturze ludzkiej. Ukazuje wiele niezwykłych powiązań, od niechcenia snując niby nieprawdziwą historię sprytnego Sarmaty, uciekającemu diabłu sprzed nosa.
Ta historia jest figurą człowieka, który wyrwał się demonom, pomimo podpisania cyrografu na swoją duszę. Pojmujemy aktualność tej opowieści dla każdego pokolenia. Mądrość ludowa w niezwykle jasnych symbolach, będąc pełna podziwu dla sprytu bohatera, wyświetla nam prawdę o człowieku który otwarcie paktuje ze złem. Przedstawia wprost dramat człowieka, który w imię egoistycznie pojmowanego dobra przystaje na kompromisy etycznie niegodziwe. Widzimy w tej opowieści osobę zwlekającą z jednoznacznym wyborem dobra, chwiejną. Osobę usiłującą bezustannie odwlec moment rozliczenia się z własnym sumieniem. Osobę, która nie chce ponieść konsekwencji swoich działań. Zawieszoną pomiędzy niebem a ziemią - jak na księżycu, pomiędzy dobrem i złem.
Ukazuje stan człowieka, który żyje w świecie sprzecznych, nie dających się pogodzić norm. Sumienie i rozum zamiast prowadzić ku temu, co jednoznacznie dobre, wytwarzają wygodne złudzenia. A przecież prawdy ostateczne istnieją i jedną z nich, nieuchronną, jest śmierć.
W chwilach refleksji zaczynamy dostrzegać prawdę o nas, ludziach współczesnych. Człowiek dzisiejszy często odwzorowuje postawę Pana Twardowskiego. Żyje w zawieszeniu pomiędzy niebem i ziemią, czyli można powiedzieć - na księżycu. Jest często niezdolny do wyboru prawdy. Usiłuje trwać za wszelką cenę w nie dających się pogodzić ze sobą normach moralnych. Kwestionuje nakazy sumienia. Uważa, że moralność wynikająca z pobudek religijnych, to niehumanitarne restrykcje do usunięcia.
Pan Twardowski symbolizuje człowieka, który odkłada, negocjuje, oddala od siebie to, co najważniejsze. Który wierzy, że jeszcze zdąży, jeszcze się wymknie, jeszcze znajdzie sposób.
Za swoje postępowanie nie zostaje dopuszczony do pełni życia. Ostatecznym miejscem pobytu bajkowego Sarmaty staje się księżyc, świecący blaskiem odbitym. To metafora życia w zawieszeniu, pomiędzy dobrem a złem, samotności i zimna. Ten jakby nieco przybrudzony, choć świetlisty glob staje się paralelą nie do końca czystego sumienia. Według ludowej mądrości księżyc staje się nie karą, ale konsekwencją życia które prowadził.
W opozycji do alegorycznej postaci Pana Twardowskiego historia stawia nam przed oczy innych bohaterów. Całkowicie realnych, których daty i miejsca narodzin są nam znane.
To święty Jozafat Kuncewicz i święty Andrzej Bobola. To już nie postacie wyimaginowane, ani alegorie pewnego typu postępowania. To święci, którzy żyli i działali w świecie. To Ci, którzy chwytali dusze: dla Boga, dla zbawienia.
Ich portret odsłania się wyraźnie w wezwaniach zawartych w litanii. W przypadku Jozafata słyszymy o „obrońcy prawdy", „pom nożycielu wiary", „zwycięzcy błędów” czy „pilnym dozorcy zbawienia dusz". A także o „filarze jedności”, „czułym przestrzegaczu w uporze trwających” oraz „miłośniku swych nieprzyjaciół”. Jest on przedstawiony jako troskliwy pasterz, który bierze odpowiedzialność za powierzonych sobie ludzi i gotów jest oddać za nich życie. Z kolei w wezwaniach do Andrzeja Boboli pojawiają się określenia: „powołany do jednoczenia", „gorliwy nauczyciel", „apostoł dzieci i ludzi religijnie zaniedbanych”, „apostoł Polesia”, „męczennik za jedność chrześcijan" oraz „modlący się za swoich morderców”.
Już pierwsza analiza pokazuje motyw przewodni towarzyszący ich działaniu. Nawet więcej: należałoby powiedzieć - imperatyw działania, którym jest troska o zbawienie bliźniego. Nie jest nim jedynie gorliwość chrześcijańska, ani nawet sama idea jedności kościoła. Jest nim coś niezwykle głębokiego, o czym człowiek współczesny, nawet chrześcijanin, zapomniał w ogóle.
Jest to duch odpowiedzialności za zbawienie własne i zbawienie bliźniego. Prawda, która każe działać na rzecz zbawienia i nakazuje brać odpowiedzialność za cudzą duszę.
Dla tych świętych dusza ludzka była cenniejsza od wszelkich dóbr tego świata. Była cenniejsza od dobrego imienia, uznania i sławy. Była nawet droższa od własnego życia. Dla nich prawda o nieśmiertelności duszy była tak silna, że nakazywała ciągłą potrzebę apostołowania. Powodowała odnawiający się wciąż zapał misjonarski, uzdalniała do nauczania moralności, do pomagania ludziom w odróżnianiu dobra od zła.
Dwóch świętych, których współcześni nazwali duszochwatami.
Choć nie wiemy na pewno, czy się znali, wiemy, że żyli w tych samych latach: na początku XVII w.. Działali także w tym samym regionie: na terenie dzisiejszej Litwy, Białorusi, i Polski północno- wschodniej. Wezwania z litanii wydobywają z mroku - niby flesze aparatu fotograficznego - ich duchowe portrety. Cechowała ich misja wyjątkowa. Można ją nazwać wyrywaniem dusz z błędów i zaniedbań, wyrywaniem z rąk odwiecznego nieprzyjaciela człowieka.
Obaj święci wychodzili z tego samego fundamentalnego przekonania: że najważniejszą sprawą w życiu człowieka jest zbawienie jego duszy, a wiara nie jest sprawą prywatną. Człowiek w ich rozumieniu nie mógł zostać porzucony. Jego dusza mogła zbłądzić, osłabnąć, odpaść od jedności, utonąć w kłamstwie, właśnie dlatego potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi.
Święty Jozafat i święty Andrzej uważali, że wiara w życiu człowieka, jest jest rzeczywistością obiektywną, nadającą kierunek wyborom etycznym i światopoglądowym. Więc szli troszczyć się o dusze, szli chronić i umacniać. W swoich działaniach ukazywali bliźniemu prawdę, odrywali od błędów herezji i zguby moralnej.
Jozafat Kuncewicz wybrał drogę św Bazylego, mnicha chrześcijaństwa wschodniego. Tam ważna była więź wspólnotowa, posłuszeństwo, oderwanie od świata. Andrzej Bobola natomiast uformowany został w klimacie duchowości jezuickiej, która kładła nacisk na działanie, misyjność i odpowiedzialność za innych. Pomimo, że podstawiono przed nimi różne zadania - Jozafat był arcybiskupem, natomiast Andrzej ojcem zakonnym, misjonarzem, to siłą napędową ich działań była troska o zbawienie człowieka. Troska wynikająca z miłości.
Żyli w epoce wdrażania postanowień Soboru Trydenckiego, który na nowo definiował znaczenie prawd wiary, ustalił sposoby ich jasnego głoszenia i obrony przed błędem herezji. Dodatkowo działali oni na terenach dotkniętych napięciami religijnymi, gdzie trwałość unii brzeskiej, a i nawet kościoła katolickiego nie była przesądzona.
W tym kontekście łatwiej zrozumieć, dlaczego nazywano ich „duszochwatami". Określenie to początkowo było nacechowane wybitnie pejoratywnie. W zasadzie określało złodzieja dusz, nawet należy dodać: piekielnego złodzieja. Ich niezwykły dar wymowy i przekonywania sprawiał, że część ludności prawosławnej i protestanckiej przechodziła na wiarę katolicką lub unicką. Jednocześnie wywoływało to falę niechęci i agresji.
W przypadku Jozafata rozrzucano ulotki przedstawiające go jako diabła w mitrze, który „zagarnia dusze do piekła". Jozafat, mimo oczerniania i jawnej wrogości pewnych kręgów elit, nie wahał się iść dalej drogą głoszenia prawd wiary. Napisał prostym przystępnym językiem pierwszy katechizm dla Rusinów. Sformułowany w postaci pytań i odpowiedzi, wyjaśniał krótko i niezwykle zrozumiale stanowisko kościoła wobec trudnych dylematów teologicznych trapiących ludność owych czasów.
Święty Andrzej miał inny styl pozyskiwania dusz. Po prostu odwiedzał zapadłe wioski, aby przez kontakt osobisty porywać dusze dla Boga. Pomimo, że pierwotne określenie ,,duszochwat,, miało negatywne zabarwienie, jednak trafnie oddawało istotę ich misji: nieustannego prowadzenia ludzi do zbawienia.
Z tego powodu życie św Jozafata i św Andrzeja miało podobny kształt i dlatego zakończyło się w podobny sposób. Ich męczeństwo nie było przypadkiem, lecz konsekwencją tego, jak rozumieli swoje powołanie.
W tym sensie Jozafat Kuncewicz i Andrzej Bobola nie są tylko dwoma świętymi tej samej epoki. Reprezentują takie samo stanowisko wobec człowieka i jego przeznaczenia: pomóc dostąpić zbawienia. Obecnie ta konkretna postawa wydaje się wymagająca. Mało tego, nazwano by ją nietaktem. Niektórzy wręcz mówiliby o narzucaniu swojego światopoglądu, ale dla św Jozafata i św Andrzeja takie postępowanie było wyrazem najczulszej miłości bliźniego.
Dla nich wiara naprawdę była sprawą życia i śmierci.
red Renata Kopeć, założycielka i prezeska fundacji Iskra
w Holandii, 9.05.2026![]()
foto: Autorka, red. Renata Kopeć![]()
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Prezentujemy nowego Autora - Krzysztof Zięba, felietonista "Za cenę życia , Polska"
Witamy nowego Autora, zasłużonego działacza "Solidarności", wienego idei "S" , zawsze i stale zaangazowanego dla Dobra Wspólnego jakim jest Polska : KRZYSZTOF ZIĘBA, Z BIELSKA-BIAŁEJ. Otrzymamy serie felietonów, historia poprzez życiorysy Polek i Polaków, gotowych oddać życie za wolną Ojczyznę, a niemal nieznanych ...
Felieton otwarcia p. Krzysztofa Zięby:
Aplikacja i cv najważniejsza w zyciu.
Dzisiaj mija kolejna dekada mojego życia. Jest to czas refleksji. Wczoraj podczas porządkowania domowego biurka znalazłem teczkę zawierającą archiwalne aplikację, które składałem na drodze zawodowej . Przyszło mi żyć w ciekawych czasach. Dorastałem w czasie komuny, a pod koniec studiów byłem świadkiem i czynnym uczestnikiem festiwalu solidarności, później przyszedł czas smuty spowodowanej stanem wojennym. Miałem szczęście doczekać zmian ustrojowych i reform w które się włączyłem by przystąpić do zycia gospodarczego jako menager. Uczestniczyłem w wielu rekrutacjach i konkursach. W związku z tym przygotowałem liczne aplikacje i pisałem stosowne cv. W ten sposób wstąpiłem na pierwszy stopień drabiny, którą kroczyłem przez 30 lat. Pierwsze CV, było krótkie zawierały entuzjazm i gotowość do działania. Dzięki temu szczęśliwie pracodawcy zakceptowali moją ofertę mimo że była uboga. Z czasem , gdy stopniowo pogłębiałem wiedzę, i odnosiłem sukcesy moja oferta stawała się bardziej atrakcyjna i pojawiały się rekomendacje osób doceniających moją pracę. Stopniowo stawałem się ekspertem w dziedzinie restrukturyzacji firm, a oferty przychodziły same bez większych zabiegów. Stanowiska obejmowane były coraz ważniejsze, a mnie udawało się budować zespoły do realizacji zadań. Pracowałem również w korporacjach, zachowując swoją autonomię, gdy ja traciłem odchodziłem wraz ze swoimi zaufanymi ludźmi. Szczebel po szczeblu wchodziłem coraz wyżej nie oglądając się za siebie. Gdy przyszła 5 dekada życia drabina stała się węższa, a aplikacje trudniejsze i często HRowcy mówili że doświadczenie nie jest atutem, ale wiek jest problemem. Mimo wszystko byli tacy, którzy myśleli inaczej i kroczyłem dalej.Starałem dbać nie tylko o swoją karierę ale szkolić swoich następców i inwestować w majątek powierzonych mi firm by pozostawić po sobie życzliwą pamięć i osobistą satysfakcję. Dotrwałem do końcowych szczebli drabiny i udało się odejść na emeryturę na swoich warunkach.
Dzisiaj przyszedł czas napisać ostatnią aplikację tą najważniejszą do Pana Boga. Długo myślałem co w tym ostatnim CV napisać. Może o tym co się udało, co zaniedbałem. Trudno być subiektywnym a ludzi rekomendujących tych autorytetów towarzyszących jest juz niewielu bo są po tamtej stronie luster. Cieszy mnie że wychowałem i wykształciłem mimo ciągłego życia na na walizkach trójkę ukochanych dzieci, że mam wciąż od 42 lat tą samą żonę towarzyszkę życia. Pozostało wielu przyjaciół, którzy zadzwonią w ważnych chwilach. Mam swoje miejsca do których chętnie wracam i dom w którym mogę spotykać się z bliskimi.
Czy to jednak wystarczy aby moja ostatnia aplikacja zostanie przyjęta by zejść z radością schodząc z ostatniego szczebla drabiny patrząc w dół by zobaczyć tą drogę którą przebyłem przez te 7 dekad życia. Wierzę że ta aplikacja zostanie jednak oceniona na tyle dobrze bym mógł cieszyć się z tego że nie zmarnowałem darowanego mi czasu…
foto do tekstu - "Drabina" - k. Zięba
==================================================================================
Adam Nowosad - świadectwa świadka ws męczeństwa bł.ks.Jerzego
Adam Nowosad
świadek w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki
Wiosna 2026 r.
O co chodzi…?
Od męczeńskiej śmierci bł. Księdza Jerzego minęło już ponad 41 lat, nadal jednak obserwujemy cykliczny wysyp sensacyjnych rewelacji. Zwykle oparte są one na bazie przecieków ze śledztwa prowadzonego onegdaj przez oszlifowanego w PRL prokuratora Witkowskiego. Obecnie dołączają do niego nowi, chętni sławy propagatorzy wielu takich, prawdopodobnych, ale ciągle nieudokumentowanych procesowo faktów. Dla mnie to nic nadzwyczajnego - przywykłem by nie powiedzieć, nie zwracam już na to większej uwagi. Kiedy jednak poproszono mnie o skomentowanie wystąpień bohaterów z okolic Kazunia, postanowiłem przyjrzeć się sprawie.
Nie znajduję wprawdzie żadnych istotnych nowości w tych, zwykle internetowych projekcjach. Nadal słyszę, że: ksiądz zginął w bunkrze pod Kazuniem, a nie na tamie, nie 19 października, a 25… czyli w kółko to samo. Z wieloma tezami głoszonymi przez tych ludzi się zgadzam. Już sam widok umęczonego oblicza bł. ks. Jerzego, jest dostatecznym powodem, żeby w kwestii daty i okoliczności śmierci uwierzyć prokuratorowi. Podpisuję się też pod śmiałym i trafnym spostrzeżeniem tego śledczego, że zbrodnia na księdzu Jerzym była zbrodnią założycielską III RP. Niestety, to chyba wszystko za co mogę tego pana pochwalić. Cała reszta jego działaności, to już tylko mnożenie komplikacji.
Po raz kolejny, tym razem i w Kazuniu odgrzewany jest wątek związany z nazwiskiem Waldemara Chrostowskiego, zaufanego przyjaciela księdza Jerzego. Kiedyś miało to posłużyć do wywołania sensacji i wymuszenia na władzy zgody na wznowienie toruńskiego procesu i prawie się to udało… Dziś zastanawia, dlaczego pomimo niepowodzenia tego pomysłu apologeci prokuratora, mimo przegranych procesów z nieżyjącym już Chrostowskim, nadal lansują bezsensowną teorię o jego rzekomej zdradzie. Każdy z prezentowanych przez nich w tej sprawie zarzutów, to dyletanctwo. W swoich publikacjach obalam każdy z tych absurdów. Bez trudu wiele z nich dyskredytują też w swoich książkach, znakomici znawcy zagadnienia: Zbigniew Branach i Krzysztof Kąkolewski. Zewsząd płyną jednak potoki nowych pomysłów, tez i hipotez, ale nikt nie odważa się pisać konkretnie o ludziach walczących wtedy i dziś - no właśnie, o zmianę porządku i oblicza świata. Być może to z tego powodu mamy tak wiele różnych wersji tej historii. A od tego właśnie, od nazwania rzeczy po imieniu należy zaczynać wszelkie analizy. Trzeba konkretnie zdefiniować osoby i grupy zainteresowane rozegraniem dramatu tej męczeńskiej śmierci. Trzeba poznać historyczne tła tej sprawy.
Odniosę się tu jeszcze do kilku zarzutów skierowanych do mnie z Kazunia: Poza zarzutem obrony dobrego imienia Chrostowskiego słyszę jeszcze, że pisząc o tym, że ksiądz Jerzy zgodził się na wykonanie polecenia opuszczenia kraju robię z niego uciekiniera. Zarzuca się mi również, że głoszę jakoby ksiądz nawoływał do porozumienia z władzami, co miało by świadczyć o zdradzie robotników. Tymczasem w jednej i drugiej sprawie posługuję się wyłącznie faktami.
O zgodzie na wyjazd z kraju wiem, ponieważ jako jednej z najbardziej zaufanych osób, ksiądz Jerzy powierzył mi na przechowanie i zakonspirowanie całego swojego archiwum, które miał w parafialnym żoliborskim mieszkaniu. O tym pisałem już w wielu publikacjach oraz zeznawałem w prowadzonym aktualnie śledztwie. Wspomnę tylko, że kiedy ksiądz poprosił mnie o zwrot tych zbiorów, wyjaśnił mi, że wyjeżdża z Polski i chce zabrać ze sobą tylko najważniejsze dokumenty. Dodatkowym potwierdzeniem, zamiaru wyjazdu księdza jest świadectwo doktora Wojciecha Bąkowskiego, któremu ksiądz powierzył klucze do mieszkania na ul. chłodnej z prośbą zaopiekowania się nim podczas Jego nieobecności.Takim kolejnym argumentem jest sprzedaż swojego samochodu Chrostowskiemu, która została dokonana w mojej obecności.
O czym to świadczy - no nie o ucieczce księdza, a wprost przeciwnie o akcie posłuszeństwa wobec swoich przełożonych, konkretnie prymasa Glempa, który tym uprawnionym poleceniem chciał uchronić życie księdza Jerzego.
Podobnie, jeśli idzie o nawoływanie księdza do porozumienia z władzą - to prawda. W swoim ostatnim kazaniu wygłoszonym na Mszy za Ojczyznę w sierpniu 1984 roku zaapelował On o takie rozmowy władzy z ludźmi, którzy cieszą się autentycznym zaufaniem narodu. Łatwo to można sprawdzić w autoryzowanych kazaniach. Na swoich spotkaniach, dokładnie opowiadam o okolicznościach tej sprawy. Rozwinięcie można znaleźć w dołączonym poniżej tekście. Taka postawa księdza nie świadczy o zdradzie ideałów, a wprost przeciwnie o trosce Kościoła o dobro umęczonej wspólnoty, naszej Ojczyzny. Jeśli ktoś tego nie rozumie - ma problem. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że w każdej z tych spraw ksiądz Jerzy zachował się wzorowo i nie ma żadnego powodu, żeby o tym nie mówić głośno…
Niestety, za przyczyną konferencji prasowej jaką zorganizowała tzw. Rada Naukowa przy Muzeum bł. ks. Jerzego zrobiło się głośno o okolicznościach męczeńskiej, a właściwie zwyczajnej śmierci ks. Jerzego. Jeden z naukowców na życzenie tej Rady przeanalizował ponownie zapis filmowy z sekcji zwłok księdza Jerzego, przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku. Z opinii tego specjalisty wynika, że sekcja była przeprowadzona tak, jak należy i wszystkie jej wyniki trzeba uznać za wiarygodne. Potwierdzono więc, że ksiądz Jerzy zginął wieczorem 19 października 1984 r. od uderzenia w głowę i uduszenia kneblem. Nie ma nic szczególnego w tym, że Rada w porozumieniu z władzą kościelną, zabrała głos w czasie w którym jakaś grupa amatorów z Kazunia sieje ferment w sprawie o której nie ma głębszego pojęcia. Być może to wystąpienie miało przeciąć raz na zawsze spekulacje oparte na przeciekach z śledztwa prowadzonego niegdyś przez prokuratora Witkowskiego. Być może - stało się jednak inaczej i chyba niepotrzebnie wątpliwości pojawiające się po tej konferencji dostarczyły kontrargumentów zwolennikom nieudokumentowanych teorii. Poza wszystkim można odnieść wrażenie, że uznanego i znanego na całym świecie Męczennika pozbawiono atrybutów męczeństwa. Fatalnym pomysłem było komentowanie po latach zapisu filmowego z sekcji zwłok. Każdy kto wie czym była zorganizowana grupa przestępcza, jaką była junta generałów PRL, wie też, że taki zapis filmowy realizowany pod czujnym okiem obecnych na sali służb resortu Kiszczaka, był odpowiednio skonstruowany. Sekcja zwłok w Białymstoku, to długa historia wymagająca szerokiego omówienia - nie na tem moment. Od dawna uważam, że jedynym skutecznym sposobem na wyeliminowanie lub potwierdzenie wersji męczeństwa w bunkrze w Kazuniu jest poddanie analizom na obecność śladów ziem i pyłków roślin, zachowanej w bardzo dobrym stanie sutanny księdza Jerzego. Dlaczego moje apele są przemilczane - nie wiem, widocznie komuś z decydentów potrzeba czasu na refleksję. W tym miejscu dodam jeszcze, że w Radzie Naukowej, powołanej przez kardynała Nycza opuszczającego urząd metropolity, nie ma fachowców którzy kompetentnie mogą się wypowiadać w sprawach o których też niewiele wiedzą. Poza dziennikarzem pracującym kiedyś dla Superwizjera w TVN jest kilka osób z tytułami naukowymi, ale nie ma żadnego świadka księdza Jerzego i tak naprawdę zadaniem takiej rady wydaje się być negacja wielu niewygodnych dla uzgodnionych w Toruniu świadectw.
Jestem świadkiem w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego. wspierałem go w licznych dziełach. Jestem też świadkiem w trwającym wciąż śledztwie kryminalnym, mającym wyjaśnić wszelkie wątpliwości dotyczące zamordowania księdza. Moja empiryczna, by nie powiedzieć oparta na autopsji wiedza, nie jest jednak godna uznania w zacnym gronie rady. Sporo osób z tego grona zna wiele z moich licznych tekstów i świadectw, jednak nikt nawet nie próbował wysłuchać moich argumentów - nigdy nie byłem zaproszony na spotkanie Rady. Zainteresowanych zrozumieniem szerszego tła w jakim rozegrywały się tamte wydarzenia, zapraszam do lektury poniższego, z różnych powodów dość trudnego tekstu. Trudnego, bo po pierwsze jestem świadkiem nie pisarzem. Po drugie tekst powstał w czasie, kiedy jeszcze nie znaliśmy wielu sensacji wyciekających po dziś dzień z prowadzonych niegdyś śledztw. Pomimo upływu czasu, analizując konteksty tamtych wydarzeń można jeszcze odnaleźć tu sporo podpowiedzi.
Adam Nowosad
To, o co tu chodzi…? Warszawa, czerwiec 2022 roku
Z tym pytaniem spotykam się często po prelekcjach i lekturze moich tekstów. Ludzie oczekując jasnych konkretów, patrzą na mnie bezradnie rozkładając ręce, kiedy ich nie otrzymują. Nie ma niestety jednej krótkiej odpowiedzi w tych sprawach. W powszechnej opinii, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… Ale nie - nie w tym przypadku. Owszem jakieś pieniądze też wchodzą w grę, ale nie tu jest meritum, one pojawiają się w tle. Wielu zawodowców zarabia dziś na zaciemnianiu spraw związanych z zabójstwem ks. Jerzego. Podobno zyski z książek, filmów i tzw. spotkań autorskich, przynoszą tym „twórcom” już milionowe kwoty…
Odpowiedzi należy szukać raczej na płaszczyźnie polityki, a szerzej - geopolityki. Oczywiście wiemy, że ksiądz Jerzy stronił od politykowania, że w swojej działalności koncentrował się na Ewangelii i katolickiej nauce społecznej. Był gorliwym uczniem błogosławionego kardynała Wyszyńskiego, wybitnego uczonego i w tej dziedzinie. Przeciwnik, co należy rozumieć konkretnie - szatan, dobrze wie o jakie nauczanie prymasa chodzi i robi wszystko, żeby księdza Jerzego w uprawianie polityki uwikłać. Pamiętamy ziejące nienawiścią artykuły niejakiego Rema (Jerzy Urban). Zastanawia, że i dziś konkretni ludzie, rywalizując o własne korzyści, bez wahania sięgają po te same argumenty. W tym miejscu, należy już podjąć próbę odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie.
Jeśli zleceniodawcom porwania księdza nie chodziło o pieniądze, to może komuś zależało na przejęciu rządów w Polsce. Przypomnijmy - w roku 1984 niepodzielną władzę dzierżyła junta generałów, która przy pomocy służb zapewniała sobie bezpieczeństwo i nienaruszalność układu. Jego głównym beneficjentem był wyposażony we wszystkie dyktatorskie funkcje generał Jaruzelski. Po przetoczeniu się przez świat w 1968 roku fali lewackiej rewolty, w Polsce natrafiła ona na niespodziewany opór. Jaruzelski konsekwentnie umacniał tu swoją prosowiecką pozycję. Do funkcji szefa wojsk dodał on jeszcze przewodniczenie Patriotycznemu Ruchowi Ocalenia Narodowego. By w 1981 roku stanąć też na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Można powiedzieć - narodowiec. Z ujawnionych nagrań ze spotkania Jaruzelskiego z redaktorem GW Michnikiem, podczas którego wymieniono się deklaracjami miłości, wyłania się jednak pytanie; o jaki (czyj) naród tu chodziło? Warto te związki przeanalizować mniej więcej od czasów niesławnej, zwanej kulturową, „rewolucji 68”. Zasadnym jest przyjęcie, że te dwie osobowości miały znaczący wpływ na dwa dziesięciolecia zamykające się okrągłostołowym, a raczej „magdalenkowym” układem. To jest historia, którą każdy może sobie sam poukładać, pod warunkiem, że będzie umiał korzystać z nieocenzurowanych źródeł.
Warto może jeszcze zauważyć, że obaj przywołani powyżej panowie, reprezentując lewicowe nurty, wyraźnie różnili się w pojmowaniu lewicowości. Jaruzelski, przynajmniej oficjalnie był częścią komunistycznego betonu, który miał dożywotnio zapewnić bezpieczeństwo jemu i jego juncie, a Michnik i jego koledzy z PZPR należeli do ugrupowania, które miało rozbić ten układ, by zastąpić go nowoczesną formą marksizmu.
W tym celu, jeszcze w latach 60. zwolennicy transformacji betonowej komuny, gromadzili potrzebne im siły. Tworzono ugrupowania nazwane przez historyków komandosami. Nie brak relacji i świadectw dotyczących tego ruchu. Polecam opublikowany w Teologii Politycznej wywiad z prof. Gawinem. Zacytuję tu kilka akapitów (patrz p. 4).
„Komandosi byli grupą lewicy antysystemowej, która wyrastała z samego rdzenia Polski Ludowej. To byli ludzie, których rodzice w PRL-u zajmowali wysokie stanowiska; pracowali w ministerstwach, urzędach centralnych. Często mieli też dziadków czy rodziców w Komunistycznej Partii Polski, a więc wyrastali z samego jądra ideowego komunizmu. Dla nich antysystemowość sprowadzała się do tego, że byli krytyczni wobec Polski Gomułki. Nie dlatego, że była ona komunistyczna, ale dlatego, że nie była prawdziwie komunistyczna. Wyrastali z doświadczeń „Października 56 r”. W takiej mierze, w jakiej cały ruch, który się zrodził po “październiku”, był ruchem radykalnie lewicowym. W „październiku” młodzież odwoływała się do wizji rewolucji, jaką skradła im stalinowska biurokracja. Dla nich stalinizm nie był zły, bo stosował terror. Był zły, bo zrodził biurokrację, jaka ukradła prawdziwą, żywą ideę rewolucji. Z niej rodził się rewizjonizm filozoficzny Kołakowskiego, a później polityczny Kuronia i Modzelewskiego; ludzi, którzy tak czy inaczej byli zaangażowani w „październik” i uważali, że potem Gomułka go zdradził. Ta legenda przygotowała wejście na scenę pokolenia młodszego, dla którego „październik” był już historią... To oni na początku lat 60. przychodzą na Uniwersytet. To oni są grupą Adama Michnika. Grupą związaną z tzw. czerwonym harcerstwem, czyli Walterowcami, a jednym z wychowawców staje się Kuroń. Ta formacja musiała się narodzić, bo głęboko komunistyczne rodziny w Warszawie nie akceptowały „zwrotu na prawo” Gomułki. Przywrócenia do szkół religii oraz zezwolenia ludziom typu Aleksandra Kamińskiego odbudować po 56 roku prawdziwe Harcerstwo, odwołujące się i do tradycji przedwojennej, i do Szarych Szeregów.” Mocne, nieprawdaż… Postanowili obalić Gomułkę, bo przywrócił religię do szkół – to znamienne dla nich i ich ruchu, by nie powiedzieć ideologii, bo ideologia to dziś zakazane słowo.
Na potrzeby tego opracowania trzeba przywołać kilka nazwisk tych, którzy w 1983 i 84 roku tak ochoczo fotografowali się z księdzem Jerzym, kiedy ten był już najbardziej rozpoznawalnym księdzem w Polsce, Europie, ale i za oceanem. Chodzi o Jacka Kuronia, Adama Michnika, i Antoniego Macierewicza. Wspomnieć trzeba i o wszędobylskim, balansującym do dziś na granicy sekularyzacji, nieformalnym kapelanie komandosów, księdzu Małkowskim. (o tą, wprawdzie nieformalną funkcję rywalizował on z ks. Zieją) Przywołane nazwiska są ledwie kilkoma z wiodących postaci tego układu. Ważnymi dla tych rozważań są jeszcze takie osoby, jak Jan Lityński i Jan Józef Lipski. Powszechnie znane związki J.J. Lipskiego z wieloma wiodącymi politykami, są niejako zwornikiem dla wielu relacji towarzyskich „buntowników 68”. Wszystkie one są ważne, ale trzeba by kilkudziesięciu stron, aby choć dotknąć tego fragmentu naszej rzeczywistości.
Losy księdza Jerzego, zwłaszcza 12 lat Jego kapłaństwa opisałem, wprawdzie pobieżnie, ale i wystarczająco konkretnie w wielu swoich pracach (które, jak zawsze udostępniam na życzenie). Tu skoncentrujmy się na momencie, kiedy ksiądz został „wykluczony” z wikariatu kościoła pw. Dzieciątka Jezus. Działało tam pod przykrywką ośrodka „międzywyznaniowego” ugrupowanie dawnych komandosów, wzmocnione przez innych wpływowych działaczy antykomunistycznej, nadal jednak lewicowej opozycji. Było to szerokie grono ludzi, pośród których była plejada prawników, uchodzących za obrońców opozycji. Po okrągłym stole wielu z nich współrządziło w tzw. III RP. Odnajdujemy tam sporo osób kojarzonych z masonerią. Na szczególną uwagę zasługuje postać mec. Olszewskiego, o którym Jarosław Kaczyński powiedział przed jego pogrzebem, że należał on do masonerii. Kaczyński wspomniał wtedy o Klubie Krzywego Koła, ale ta historia była dużo bardziej złożona. W zamieszczonym na YT własnym serialu dr. Pietrzak przypomniał, że mecenas Olszewski był kojarzony z lożą Kopernik, mającą ścisłe związki z Klubem Krzywego Koła. Nie jest więc tak, jak słyszeliśmy, że Klub K.K. to była tak zabawa na niby. Masoneria była licznie reprezentowana w ścisłym środowisku księdza Jerzego i z pewnością odegrała w nim znaczącą rolę.
W jednym z tekstów, przedstawiłem strony zaangażowane w sprawę bestialskiego mordu na księdzu Jerzym. Pisałem wtedy: „Sugestie, jakoby sprawa „buntu twardogłowych” (nawiązanie do rozgrywek między generałami Kiszczakiem i Milewskim), była jakimś zasadniczym wątkiem zabójstwa księdza - jest tylko jednym ze sposobów sprowadzenia opinii publicznej na boczny tor. Owszem, ten konflikt odegrał w tej sprawie ważną rolę, ale porwania i zamordowania księdza w żadnym razie nie należy rozpatrywać tylko w tym kontekście. Ci, którzy jako ostatni zajmowali się księdzem z pewnością reprezentowali kogoś, kto miał umocowanie daleko ważniejsze niż polski czy radziecki wywiad. Można założyć, że Milewski i ludzie z IV departamentu (d/s Kościoła i mniejszości narodowych) z całą pewnością mieli dobry kontakt z tymi ludźmi.”
Komu więc jeszcze zależało, cd. cytat:
„Czy były powody do uprowadzenia i uwięzienia księdza Jerzego? Owszem, rozliczne… Kiedy rozeszła się wieść o Jego wyjeździe do Rzymu, dla wielu graczy stało się jasne, że jeśli chcą realizować swoje cele, np. wywołanie wzburzenia społecznego i sprowokowanie zamieszek, to była ku temu ostatnia już okazja. W tym czasie ksiądz Jerzy był jedyną chyba osobą zdolną poruszyć tłumy - gdyby stała się mu krzywda. Jego nazwisko gwarantowało zainteresowanie szerokiej, w tym i światowej opinii publicznej. Był znanym księdzem i ta okoliczność zachęcała do przeprowadzenia spektakularnej akcji.”
Kto mógł być zainteresowany takim rozwiązaniem?
Przypomnę – co najmniej kilka stron. Podzielona rządowa - podzielona, ponieważ wewnątrz tego środowiska rozgrywała się walka między generałami broniącymi swoich dotychczasowych pozycji, a tymi, którzy chcieli, wyrównując przy okazji dawne porachunki, ugrać coś na przygotowywaniu partii (PZPR) do nadchodzącej polskiej pierestrojki. Generałowie z kręgu Jaruzelskiego mówili o potrzebie „uciszenia tego księdza”. Pertraktowali nawet w tej sprawie ze stroną kościelną. Żywotnie była tym zainteresowana również ta nazywana dziś, lewacka część opozycji. Czuli się oni zagrożeni wyeliminowaniem ze spodziewanego dialogu generałów z pozostałą częścią opozycji. Przypominam - w sierpniu 1984 roku ksiądz Jerzy w swoim ostatnim kazaniu wygłoszonym na Żoliborzu podczas Mszy za Ojczyznę, wezwał władzę do rozmów z ludźmi cieszącymi się autentycznym zaufaniem narodu. Kim mieli być ci reprezentanci narodu, zaproponowała księdzu Anna Walentynowicz. Jest i trzecia strona, jeszcze tu nie nazwana wprost, która swoje cele rozgrywała i rozgrywa nadal w globalnej skali…” Wszystko wskazuje na to, że mieli oni ścisłe związki ze wspomnianą lewicową częścią opozycji antykomunistycznej. Tak, tak, lewica antykomunistyczna… (post marksiści).
Znaczące dla zrozumienia powyższego, są opublikowane fragmenty wywiadu (w Sieci nr. 43 z 2014 r.) z nieżyjącym już senatorem Zbigniewem Romaszewskim. W tym artykule szczegółowo opisuje on swój udział w spotkaniu w mieszkaniu Jacka Kuronia, które miało miejsce po ogłoszeniu wydobycia zwłok księdza z wód Wisły. Panowie - Lipski, Michnik, Mazowiecki, Moczulski oraz kilka innych osób, spotkało się tam, żeby powołać organizację, która zareaguje politycznie na akt porwania księdza. Na jej czele, po odrzuceniu propozycji przywództwa przez Romaszewskiego, stanął Jan Józef Lipski. Jeszcze w trakcie zawiązywania się tej specyficznej agendy, uczestnicy spotkania wydelegowali Geremka i Mazowieckiego na rozmowy z Kiszczakiem I Rakowskim. Co było przedmiotem tych rozmów, możemy się tylko domyślać, choć ostatnio dociera coraz więcej informacji na ten temat. Czy wymienieni przez senatora Romaszewskiego działacze mieli kontakty z tą trzecią - globalistyczną stroną, pozostanie jeszcze jakiś czas tylko w sferze domysłów. (…?) Jak wiemy, między innymi z ustaleń prokuratora Witkowskiego, strona rządowa natychmiast po zabójstwie księdza wszczęła bezprecedensowe w dziejach służb, zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Celem tego dochodzenia nie było, jak by się mogło wydawać, dowodzenie winy oddelegowanych do roli kozłów ofiarnych sprawców porwania. Ci bardzo szybko do wszystkiego się przyznali. Smaczku tej postawie porywaczy dodaje rozpowszechniona ostatnio pogłoska, jakoby Piotrowski nagrywał na magnetofon całą akcję porwania i… ma te taśmy. W wyniku tego śledztwa doszło również do zdemaskowania roli i w następstwie wyeliminowania z życia politycznego gen. Milewskiego i jego stronników. Czy potraktowano ich tak łagodnie dlatego, że „żelazny” generał (afera żelazo) współpracując z porywaczami księdza, zabezpieczył swój los przekazując go komuś mocniejszemu od rodzimej czerezwyczajki - nie wiemy. Na potrzeby zachowania dobrostanu rządzących generałów, w błyskawicznym tempie zainscenizowano proces w Toruniu. Miał on wykazać, że władze wojskowe osobiście nie mają nic wspólnego z tą zbrodnią. I ten cel osiągnięto…
Choć może to tylko zbieg okoliczności, mec. Olszewski - Loża Kopernik, mec. Wende z Rotary, ewangelik i honorowy konsul Szwajcarii, mec. Piesiewicz… itd, byli bardzo ważnymi uczestnikami tej, jak wielu dziś twierdzi inscenizacji. Trzeba przyznać, że służby pracujące dla generałów, znakomicie zorganizowały całą tę prezentację sprawiedliwości sądowej PRL, którą strach nazwać cyrkiem. Za takie określenie mec. Wende postawił zarzut jednemu z porywaczy, a sąd skazał go na dodatkowe dwa lata więzienia. Był to wyraźny sygnał, że wszyscy mamy poważnie traktować to, co władza zademonstrowała w Toruniu. Spodziewam się, że podobnym zakazem jest objęte podważanie autorytetów takich jak prof. Byrdy, która ze swoim zespołem nijak nie potrafiła podać przyczyny i daty zgonu ks. Jerzego. (patrz, Kąkolewski „Popiełuszko będziesz ukrzyżowany”).
Z perspektywy czasu widać, że bezceremonialne wykorzystanie charyzmatycznego księdza, poruszającego sumienia milionów, leżało również w interesie osób działających w niejawnych związkach. Dążąc do rozbicia polskiego status quo - realizowali oni globalne interesy twórców „nowego lepszego świata”. Kim oni byli, kim są dziś… ?
Dla porządku należy wspomnieć jeszcze i o czwartej stronie „interesantów” - o Kościele. Moim zdaniem Kościół niestety dał się wplątać w rozgrywki, w których nigdy nie powinien brać udziału. Stał się ofiarą spisku, jaki co do istoty był uknuty i przeciwko niemu. Jako memento powinny zabrzmieć słowa księdza Jerzego: „Abp. (Bronisław Dąbrowski) zapomniał, że paktować z diabłem nie wolno”. Pisał on je wtedy jako zwykły ksiądz i wielu hierarchów te słowa bulwersowały. Czy odczytane dziś, jako upomnienie od męczennika, nie powinny budzić najgłębszych refleksji? (…) Ten sam arcybiskup w 1985 roku w rozmowach z władzami PRL (...min. Łopatka) deklarował, że i stronie kościelnej zależy na tym, aby było ciszej nad tą (księdza Jerzego) trumną. Zapewniał, że episkopat nawet nie myśli o beatyfikacji, bo „nie wolno mieszać wiary z polityką”! A jak dziś należy rozumieć głosy niektórych dostojników kościelnych, którzy apelują o ciszę nad cudami księdza Jerzego i wzywają do zamilknięcia w kwestiach nieścisłości w Jego życiorysie - bo podobno nie ma to większego znaczenia ?! (…) Wiem, że w wyniku pertraktacji między Episkopatem a generałami, zapewniono księdzu nietykalność do czasu wyjazdu do Rzymu. To zapewne sprawiło, że ksiądz i my również byliśmy spokojniejsi o Jego los.
Warto poświęcić też nieco więcej uwagi zrozumieniu czym jest ten „ruch 68” w aspekcie globalnym, a raczej kim są w Polsce, wspomniani budowniczowie „lepszego nowego świata”. Zacznę od przypomnienia, że w tradycji PRL zakorzeniony był zwyczaj wymuszania zmiany władzy przy pomocy prowokacji, które wyprowadzą lud na ulice. Po spacyfikowaniu wywołanych zamieszek, stawało się to argumentem przetargowym do zmian. Tak było zawsze w historii sowieckiego systemu - również w Polsce. Spójrzmy choćby na poznański czerwiec, czy grudzień 1970 r.. Zawsze wtedy stosowano mniej, lub bardziej wyrafinowaną prowokację. Nie inaczej było i w 1984. Władza generałów była jednak na tyle brutalna i bezwzględna, że zwykłe prowokacje nie gwarantowały zamierzonego efektu. Generałowie udowodnili to wyprowadzeniem wojsk na ulice w 1981 roku. Udało się im tym sposobem osłabić działania konkurentów na kilka lat.
Po stanie wojennym zmalały szanse rozbicia układu przy pomocy zbuntowania rozbrojonej już Solidarności. Lepszym pomysłem wydało się być wpływanie na lokalną i światową opinię publiczną, oskarżaniem generałów o brutalizację życia społecznego. Nagłaśniano drastyczne zachowania bezpieki wobec odważnych kapłanów, jak np. bp. Franciszek Musiel, czy biskup Jeż. Nagłaśniano też takie spektakularne zachowania junty, jak skazanie na trzy i pół roku więzienia ks. Bolesława Jewulskiego za treść wygłoszonego kazania. Takich przypadków było dużo więcej i działacze z grupy komandosów, dość skutecznie nastawiali ludzi przeciw kacykom aktualnie sprawującym rządy. Kiedy jednak i to nie starczyło aby wyprowadzić lud na ulice, ktoś decydował o bardziej drastycznych rozwiązaniach. Zaczęli ginąć księża. Pora więc na kolejne pytanie: a co jeśli to ksiądz Jerzy miał się stać detonatorem wzniecającym bunt przeciw juncie? Sporo na to wskazuje wspomniana relacja senatora Romaszewskiego ze spotkania w mieszkaniu Kuronia.
Zastrzegam, że nie oskarżam całej dawnej opozycji, nawet tej lewicującej. W obecnym układzie rządzącym, na pozytywną ocenę zasługuje też sporo osób z grupy komandosów i KOR. Jednak sugestii o podziałach w ówczesnej opozycji, nie należy wrzucać do kosza. Na portalu „wPolityce” ukazał się znamienny tekst Marcina Wikło - (patrz pkt. 3). Już sam tytuł wyjaśnia istotę: „Tyle lat minęło, a oni wciąż siedzą przy tym samym stoliku”. Można powiedzieć - minęło tyle lat, a część, jak się wtedy wydawało zjednoczonej opozycji, nadal marzy o kolejnym zamachu na władzę. Tym razem skierowanym przeciwko tym, którzy w wyniku różnych, jednak już demokratycznych roszad, odsunęli od władzy znaczną część działaczy ekipy komandosów. Znaczną, ale przecież nie całą… W tym właśnie rozróżnieniu podziałów obecnej sceny politycznej należy poszukać odpowiedzi na kolejne pytanie - a co jeśli…? Właśnie - co jeśli miałoby się okazać, że część dawnych opozycjonistów, skupiona wokół rozżalonej odsunięciem od władzy grupy komandosów i ich przyjaciół, inspirowana lożami masońskimi i szkołą frankfurcką, konsekwentnie i dziś realizuje swój plan z 1984 roku…?
Jeśli tak, to kim oni są?
Na potrzeby głębszej refleksji i zrozumienia zachodzących wtedy i dziś procesów oraz rozpoznania ich uczestników (również z otoczenia księdza Jerzego), warto przytoczyć fragment wywiadu jakiego „wPolityce” udzielił ks. dr. Skrzypczak (pkt.1). Odnosząc się do idei i skutków „rewolucji 68” powiedział on: „Obowiązywało hasło „zakazywane jest zakazywać” i postawa „stłucz lustro”, czyli nie kieruj się kategoriami dobra i zła. Sięgano pełnymi garściami po inspiracje marksistowskie i neopsychoanalityczne; uważano, że trzeba odblokować całkowicie instynkt seksualny. Ze studentami z Sorbony, czy Berlina, wychodziła na barykady również młodzież z duszpasterstw wraz ze swoimi duszpasterzami. Te „wolnościowe” idee ukształtowały umysły ludzi, którzy dzisiaj rządzą. Ale zainfekowani wirusem 68 to także ludzie, którzy przejęli wiele katedr teologicznych, czy nawet sięgnęli po najwyższe godności w Kościele” ! Szok - prawda…
Do tych procesów będących w istocie realizacją kolejnego etapu programu tzw. „szkoły frankfurckiej” odniósł się też ks. Karol Wojtyła, kiedy był jeszcze kardynałem. Przypomniał o tym o. Rydzyk (26, X 2019r.). Powołał się na zapis z Encyklopedii Nauczania Społecznego pod red. prof. Zwolińskiego. Zacytował wyjątek z którego wynika, że „JP II w wielu wypowiedziach dał wyraz troski o zachowanie czystości nauki i teologii, by chronić je od ideologii masońskiej”. JP II od dawna był świadom zagrożenia Kościoła. We wstrząsających słowach opisał kryzys Kościoła i świata. W sierpniu 1976 roku, kiedy odwiedził Kościół w USA powiedział: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie w pełni z tego sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem, a antykościołem. Ewangelizacją i jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja jest wpisana w plany Bożej opatrzności. Jest to czas próby w który musi wejść kościół powszechny, a kościół w Polsce w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego Narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią cywilizację chrześcijańską i jej kulturę, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Z degradacją ludzkiej godności, prawami osoby, społeczeństw i narodów.” Ojciec Rydzyk dodał jeszcze: „JP II widział to zagrożenie jako następstwo postmarksistowskiej rewolucji z 1968 roku, która zaatakowała społeczeństwa tzw. zachodu. Obecnie widzimy, jak ta ideologia atakuje nasze państwo i społeczeństwo. Trzeba to widzieć i przeciwdziałać, póki jeszcze nie jest za późno. Ta ideologia uczyni ludziom i narodom więcej szkód niż komunizm”.
Do cytowanej wypowiedzi JP II odniósł się też Adam Sosnowski w artykule publikowanym „wPolityce” (pkt. 2). Stwierdził tam, iż „mimo doniosłości przestróg Jana Pawła II, sam Watykan wymazuje znaczenie niektórych Jego słów. Czytamy, że wszystko to co dzieje się obecnie, można „sprowadzić do wspólnego mianownika, a więc do walki z prawdą. Relatywizm, post prawda czy fake news są różnymi opisami tego samego zjawiska, które jest wyznacznikiem społeczeństwa postmodernistycznego i wkrada się to także do Kościoła. Św. Jan Paweł II rozumiał to i już w latach 60. ub. wieku miał świadomość jakie są tego przyczyny. Dlatego prawda już od czasów krakowskich stała w centrum jego nauki, w pełni pojmował słowa Chrystusa, że „tylko prawda was wyzwoli”. To podmywanie fundamentów poprzez poddanie prawdy w wątpliwość i wystawianie na szyderstwo, stoi u podstaw każdego z omawianych problemów. Jeżeli nie ma już jednej prawdy, to nie ma także jednej rodziny, jednej definicji małżeństwa, jednych sakramentów czy jednej nauki. Wygrywa Nietzsche, a przed nami jawi się mnogość interpretacji”.
I właśnie o taką swoistą mnogość chodzi tym, którzy usiłują zamazać i zmarginalizować sens ofiary księdza Jerzego. Ma On bowiem być kimś, kto politykował i zasłużył na zemstę junty generałów. Mnożenie takich interpretacji, być może przyświecało też śledczemu Witkowskiemu, działającemu mniej lub bardziej świadomie na rzecz komandosów. Zapewne też w takim celu oskarżył on Chrostowskiego, choć ten nie był znaczącą postacią przemian ustrojowych. Piszę - nie znaczącą, ale nie można nie docenić jego roli w zdemaskowaniu i w rezultacie skazaniu bezpośrednich sprawców porwania. Ryzykując życiem, skokiem z auta, być może pokrzyżował plany porywaczy oraz ich zleceniodawców. Oskarżając go o udział w ciężkiej zbrodni jednego z niewielu przyjaciół księdza Jerzego, Witkowski postawił w niekorzystnym świetle też inne osoby z bliskiego otoczenia księdza. Tym samym z góry dezawuując ich świadectwa niekorzystne dla jego wersji. Tak zbudowana możliwość różnorodnej interpretacji zdarzeń i zachowań, umożliwiła blokowanie wielu nie znanych jeszcze, a być może ważnych zeznań. Jestem przekonany, że wszystkie te zabiegi służą jedynie ukryciu prawdy o prawdziwych zleceniodawcach, a w końcu i o bezpośrednich wykonawcach tej zbrodni.
Zapytam jeszcze - czy dla wyjaśnienia zabójstwa księdza Jerzego ważne są opisane powyżej globalne procesy, czy może wystarczy jednak domknąć to dochodzenie na etapie ustaleń komunistycznych wywiadów i ich pomniejszych donosicieli? Moje sumienie świadka - również świadka w procesie beatyfikacyjnym bł. ks. Jerzego na takie uproszczenie sprawy nie pozwala! Przypomnę raz jeszcze definicję podaną przez papieża Franciszka: „Świadek to ten, który widział, który pamięta i opowiada. Zobaczyć, pamiętać i opowiadać, to trzy czasowniki opisujące tożsamość i misję. Świadek to ten, który widział, ale nie obojętnym okiem; on zobaczył i zaangażował się w to wydarzenie. Dlatego pamięta, nie tylko dlatego, że potrafi dokładnie zrekonstruować wydarzenia, ale dlatego, że te fakty przemówiły do niego, a on zrozumiał ich głęboki sens.”
Tak - twierdzę, że zrozumiałem sens wydarzeń dziejących się zarówno wtedy, jak i dziś. Dlatego mogę pytać, czy wolno nam odrzucić wszystkie opracowania związane z globalnymi ideologiami, opisane przez wybitnych badaczy dziejów Kościoła i antykościoła. Przez takich tuzów nauki, jak ks. prof. Guz, czy ks. Oko i choćby ks. Bortkiewicz? Piszą oni i mówią w licznych wystąpieniach, o zagrożeniu ze strony masonerii i frankfurtczyków. O ich zgubnej ideologii, o marszu przez instytucje… Czyż nie mają racji znawcy tych zagadnień ?Czy aby na pewno możemy uznać, że przesadzają, kiedy wieszczą upadek chrześcijańskiej cywilizacji ? Może mylił się też i św. Maksymilian Kolbe i tak naprawdę nie istnieje nic takiego, jak masoneria z jej frankfurcką szkołą. Może też nie ma i nigdy nie było sławetnego długiego marszu przez instytucje. Może nie ma żadnej rewolucji kulturowej i tylko my katolicy, jesteśmy malkontentami z zapyziałego ciemnogrodu. Może…
Ale co, jeśli jednak tak nie jest??? Co, jeśli ksiądz Jerzy stał się ofiarą tego globalnego zła - złożoną właśnie na pogańskim ołtarzu walki z katolicyzmem… Pytanie szokuje? A może to dlatego tak skrzętnie maskuje się przed opinią publiczną takie skojarzenie…?
Zapytam jeszcze - czy, jeśli zanegujemy wszystko to co napisano o masonerii, antykościele, o światowych służbach specjalnych, to czy kiedykolwiek poznamy prawdę o zbrodni założycielskiej III RP, dokonanej przecież też na potrzeby tego nowego światowego porządku ? Myślę, że mnożenie interpretacji i faktów wcześniej czy później doprowadzi do sytuacji, jak to jest w przypadku śmierci Kennedy’ego. - Wszyscy niby wiedzą, o co chodzi, ale zawsze będą mieli do wyboru kilka wersji. Jeśli ktoś zechce przybliżyć sobie zarysowane tu zagadnienia, to pomocne będą dwie wartościowe książki. Zbigniewa Branacha – „Zlecenie na Popiełuszkę” i Krzysztofa Kąkolewskiego – „Popiełuszko będziesz ukrzyżowany”. Obaj autorzy rzetelnie opisali rolę kozła ofiarnego, jakim stał się Waldemar Chrostowski. Niestety błądzą oni traktując serio inscenizację zwaną procesem toruńskim przyjmując, że tylko strona władzy była zakontraktowana do odegrania przypisanych im ról.
Przez lata czytałem wiele takich książek, ale to nie one są dla mnie głównym źródłem wiedzy. Od następnego dnia po tym, jak ksiądz nie powrócił z wyjazdu do Bydgoszczy, prowadziłem swoiste „białe śledztwo”. 19 października 1984 roku miałem jechać z księdzem i Waldemarem Chrostowskim do Bydgoszczy. Wieczorem 18 października zostałem poinformowany, że niestety nie będzie dla mnie miejsca w małym samochodzie, jakim był Volkswagen Golf. Usłyszałem, że nie mogę się dowiedzieć kto pojedzie zamiast mnie, ponieważ telefon księdza ”ma uszy”. Ksiądz zaprosił mnie na poranną herbatę obiecując, że wszystko opowie. Przyjechałem więc ok g. 10 rano i dowiedziałem się, że ksiądz nie wrócił do domu. Przez kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata, spotykałem się z ludźmi, którzy mieli cokolwiek wspólnego z szeroko pojętym otoczeniem księdza Jerzego. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego ci, którzy mieli jechać zamiast mnie, nie stawili się na miejsce spotkania przed wyjazdem w tę, jak się okazało ostatnią drogę Męczennika. Dziś wiem, że jeden z nich wkrótce po zamordowaniu księdza został mistrzem loży Wielkiego Wschodu Francji w Polsce. Inny do dziś sprawuje bardzo ważne funkcje w obecnym układzie politycznym.
Przypomnę - wszystkie nazwiska potrzebne do poukładania wzajemnych powiązań i ról poszczególnych osób są przywołane w tym i wielu innych moich tekstach. Jeśli chodzi o mnie, pozostały mi czas poświęcam wyłącznie sprawie kultu największego Męczennika naszych czasów - błogosławionego księdza Jerzego. A to jest niestety nie mniej zawikłana sprawa niż samo morderstwo księdza. Do dziś w strukturach hierarchii Kościoła w Polsce obowiązuje reguła obrony rzekomo wystawionego na szwank dobrego imienia Prymasa Glempa, jakoby ktoś taki jak ja chciał je zniesławić. Wycisza się kult księdza Jerzego, tłumacząc to tym, że święty, jeśli nim jest to się sam obroni. Jest też wersja według której, kiedy wygaśnie oddolny kult ludu, to i święty nie będzie wart ołtarzy Kościoła Powszechnego. Jestem przekonany - wiem o tym, że mamy do czynienia z największym świętym mojego pokolenia. Wszystkim, którzy nie dowierzają, że jest to uprawnione twierdzenie przypominam - dwóch swoich wielkich nauczycieli ksiądz Jerzy wyprzedził w drodze na ołtarze, a korona męczeństwa plasuje Go na najwyższym stopniu Ołtarzy Bożego Kościoła. Kult księdza Jerzego rozwija się na wszystkich kontynentach. W tysiącach kaplic są już Jego relikwie.
Bóg powołał Go do świętości z centrum Europy, żeby Jego ofiara i przykład życia oddziaływały na wschód i zachód Europy. Do kapłaństwa wzrastał w przykładnej katolickiej rodzinie, a służby Bogu uczył się jako ministrant w kościele w Suchowoli, wybudowanym właśnie w geograficznym centrum Europy. Wiedzę czerpał z Ewangelii, jaką przybliżali Mu - bł. Prymas Tysiąclecia i inny już święty, papież Jan Paweł II. Ksiądz Jerzy był ich pilnym uczniem i najlepiej chyba odpowiedział na papieskie wezwanie do Ducha Świętego, o odmianę oblicza naszej ziemi. Wezwanie to miało miejsce w roku 1979, a już rok później nikomu szerzej nieznany ksiądz Jerzy, przekroczył bramę zakładu pracy w Hucie Warszawa. Odprawił tam pierwszą w dziejach tego komunistycznego kombinatu Mszę Świętą. To, co wtedy tam się zaczęło, zaowocowało mszami „Za Ojczyznę i Tych, którzy dla Niej cierpią”. Odprawiał je cyklicznie w żoliborskim kościele pod wezwaniem św. Stanisława Kostki aż do sierpnia 1984 r. Znalazło to wielu naśladowców w całym kraju. Wszystkim, którzy nie rozumieją znaczenia tego procesu współczuję. Negacjonistów doniosłości dzieła bł. Księdza Jerzego ostrzegam - kiedyś będzie trzeba zdać z tego sprawę przed samym Męczennikiem, który jest i na zawsze pozostanie, tak jak to zapisał na swoim prymicyjnym obrazku - Bożym Posłańcem.
Szczęśliwie, zapewne z inspiracji samego Ducha Świętego, powstają już podwaliny Ośrodka Kultu (muzeum) błogosławionego Jerzego w miejscu Jego narodzin dla świata - w Okopach. Wszystkie siły i środki należy teraz przeznaczyć na realizację tego dzieła. Nie wolno nam jednak zapominać, że tu na warszawskim Żoliborzu złożone są z woli Boga i ludu , doczesne relikwie ciała błogosławionego Męczennika i, że tu na zawsze będzie czekało na nas Jego żywe serce…
Adam Nowosad - świadek - MKJ.
www.misjonarzeksjerzego.pl Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
1. https://wpolityce.pl/kosciol/443513-rewolucja-68-roku-i-kryzys-kosciolaksskrzypczak-analizuje
2. https://wpolityce.pl/kosciol/442441-adam-sosnowski-watykan-chce-sie-pozbyc-sw-jana-pawla-
3.https://wpolityce.pl/polityka/601332-tyle-lat-minelo-a-oni-wciaz-siedza-przy-tym-samym-stoliku
4.https://teologiapolityczna.pl/prof-dariusz-gawin-pokolenie-marca-68-stanowi-klucz-do-zrozumienia-iii-rp-3
5. https://www.youtube.com/watch?v=V-v8lMZbLjo
6. https://www.youtube.com/watch?v=fym8Kimo9QI
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Przypowieści Salomona [prosto z Londynu, red. Piotr Łysakowski]
Przypowieści Salomona 11:17„Mąż dobry samemu sobie czyni dobrze, lecz mąż okrutny kaleczy własne ciało.”Przypowieści Salomona 19:16:„Kto strzeże przykazania, strzeże swojej duszy; kto zaś gardzi swymi drogami, ten umrze.”Ostatnie kilka dni, premier Polski w rozmowie z prezydentem Francji mającej miejsce w Gdańsku, mówi, że „…w Danzig…”. Nieco później w dużym i zamówionym wywiadzie dla „Financial Times” atakuje bezpośrednio (pamiętacie oczywiście paluszki przyłożone, w obecności Mutter Angela, na kształt pistoletu do pleców Prezydenta USA i oskarżenia o agenturalną pracę dla kacapów) Stany Zjednoczone, Donalda Trumpa, a tym samym istotny dla Polski sojusz z tym krajem. W pierwszej kwestii pomogę naszemu „KrUlowi Europy”. Jest jeszcze parę innych miast mających fajne, swojsko brzmiące nazwy własne: Kattowitz, Hindenburg, Angersburg, Breslau, Krakau, Warschau i Litzmannstadt, no i jeszcze Stettin, który razem z Berlinem chcą zmieniać mapy (cokolwiek, by to miało znaczyć). Można jeszcze wymieniać i wymieniać, mamy do dyspozycji cały alfabet. Cieszę się, że mogłem się przydać, mając przy okazji nadzieję, że pan premier skorzysta z tej bezpłatnej pomocy. Żeby jednak mieć pełen obraz zdarzeń „aus Danzig”, dodajmy do tego jeszcze świadome wykluczenie z rozmowy z Macronem Prezydenta Rzeczpospolitej. Jakoś dziwnie przypomina to wojnę ze Świętej Pamięci Prezydentem Lechem Kaczyńskim. Jak to się skończyło nie muszę nikomu przypominać. Do tego za kilka miesięcy nieunikniona wojna z kacapem jak oznajmia (dziś powiedział, że trzeba znać języki, by zrozumieć to co powiedział czego de facto wcale nie powiedział) wspomniany „KrUl”. Brzydko to pachnie, nawet bardzo brzydko. Dowodzi też i tego, że rządzący nie chcą się uczyć, bo najwyraźniej mają wyznaczone inne cele niż spokój wewnętrzny w kraju. O atakach na USA pisałem już wcześniej. Takie rzeczy może dzisiaj robić albo wariat mający problem z oceną otaczającej Nas geopolitycznej rzeczywistości albo osoba, która świadomie źle życzy Polsce. Trzeciej możliwości nie ma, a rojenia o „francuskim parasolu nuklearnym” i europejskiej armii (której de facto nie ma i nie będzie) to są właśnie rojenia. „Bullshit” jak to kiedyś trafnie ujął oszczędny (w sensie largo – lata temu doświadczyłem) „Lord z Chobielina” choć w zupełnie innym kontekście niż akurat ten, o którym piszę. Europka nie ma armii, ma za to zupełnie rozbieżne interesy. Tym jedynym wspólnym dla Niemiec i Francji jest wywalenie z kontynentu amerykańskich „okupantów” i otworzenie przestrzeni (najpewniej już niedługo) Euroazjatyckiej. Odkąd, dokąd i z kim, to Państwo też na pewno wiecie. Tego, opłacane przez Nas wszystkich, polityczne „asy” nie widzą albo (znowu powtórzę) nie chcą widzieć obiektywnie działając przeciwko żywotnym interesom rządzonego przez siebie „ten kraju”, Naszego kraju. Wysyła się więc „frajera”, który za możnych tego świata robi to czego im nie wypada, i robi to z dużą wprawą i wyraźną satysfakcją, a także oczywistą szkodą dla Polski. Zauważmy przy tym, że równolegle z tymi Tuskowymi „figlami” Niemcy wykładają na lobbing w Ameryce dobrze ponad sto milionów Euro i chcą kupować najnowsze amerykańskie uzbrojenie. Polska ma być zmarginalizowana, skłócona z Ameryką i całkowicie zależna od dobrej woli Brukseli (czytaj Berlina) , patrz przyjęcie Safe (nadal nie wiemy czy „der”, czy „die”, czy „das”, nie wiemy też na jaki procent będzie wzięta ta pożyczka) i ograniczenie możliwych zakupów sprzętu poza Europą. W przestrzeni medialnej pojawiają się też sygnały o zbliżającym się polsko niemieckim porozumieniu (pakcie militarnym ?), o którym nic nie wiemy. Będą Nas bronić (ciekawe czym ?) na linii Odry ? Czy to zdrada, czy … ? Jak to wszystko nazwać ?
W Auschwitz znikają bezpowrotnie tablice poświęcone męczeństwu i bohaterstwu Polaków (inne nie mające bezpośredniego związku z Muzeum dziwnym trafem jakoś nie znikają), z gmachu Ministerstwa Środowiska zniknął już wcześniej znak „Polski Walczącej”. Premiera nie było w zeszłym roku podczas obchodów święta Konstytucji 3 Maja, prezydent Warszawy unika celebrowania zwycięstwa w wojnie 1920 roku. Niszczone są podstawy dumy z Polskości, po co ona komu ? Niedouczona minister (ka) zwraca się do erudyty Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego per „Pan Jędraszewski”, który „…opowiada bzdury…”, bo ośmielił się wspomnieć, między innymi, o wykluczaniu pełnego wymiaru historii z kanonu nauczania i zwrócił uwagę na kompletną zapaść w resorcie edukacji. Durny Katol mógł przecież cicho siedzieć, a tak dostał co Mu się należało, jak każdemu zresztą co to ledwo wylazł ze Średniowiecza i na drodze „postępu” stoi. Inna kobitka piastująca urząd mówi, że „rozumią” (albo „rozumiejo” – nie do końca dobrze usłyszałem ale i jedno i drugie jest urocze – i zasługuje na umieszczenie na podium razem z lingwistycznymi popisami towarzysza Wołodii w stałym kąciku „mistrza mowy ojczystej”) problemy z kaucjonowanymi opakowaniami ale inni, tych problemów, nie „rozumiejo” (albo „rozumio”) … no właśnie czego „ale” nie „rozumiejo / rozumio” ? Ona sama zresztą też nie do końca kuma czaczę, co widać, słychać i czuć i twierdzi, że to wszystko dla Nas i dla Polski. Po prostu Rów Mariański inteligencji. Narzuca się pytanie „tabakiera dla nosa” czy odwrotnie ?
I znowu, po raz kolejny pytamy, kto Nami rządzi i jak „to” nazwać ? Wspomniany Wołodia (po polsku będzie to Włodzimierz – niewątpliwie od imienia wodza światowej rewolucji Iljicza czy jak mu tam było) w rozmowie ze studentami w Poznaniu pyta po męsku, twardo i retorycznie „…z kim mam k….a rozmawiać…” a potem dodaje kpiąco „…i tak mi nic nie zrobią…” (być może nie są to cytaty wierne ale niewątpliwie oddające stosunek drugiej osoby w państwie do demokracji i znacznej części Polaków). Płaćcie i płaczcie frajerzy na gościa, który ma Was wszystkich w … głębokiej, głębi poważania, by nie rzec w … , a jego okcydentalne parszywe kontakty niech nikogo nie interesują, bo to właśnie jego kontakty i Wam pospólstwu od nich wara.
O służbie zdrowia też już wspominaliśmy. Według (niedorzecznika) Szłapki (i paru innych tych z Rowu Mariańskiego) jest lepiej niż było, ba nawet kolejki są mniejsze !!!. Wczoraj właśnie rozmawiałem z sąsiadem, ma brata - ciężki przypadek raka krtani. Szpital (jeden z warszawskich) odmówił wykonania jakiegoś badania bo za drogie, ale jeśli zapłaci okrągłą sumę (na ten szpital właśnie) to badanie będzie można przeprowadzić. Jest lepiej, fakt, a jak gość umrze (co nie daj Bóg) to kolejka będzie mniejsza. Zapisz się do neurologa mówią, owszem chętnie, tyle, że pierwszy wolny termin na koniec roku, znajomi pękają ze śmiechu – to i tak tempo ekspresowe ! Modlę się codziennie, by nie zachorować i ciągle pytam co z Nami (za chwilę) będzie ? Zniszczymy się sami, czy damy radę i ocalimy to co najdroższe ?
PŁ
W Warszawie 30.04.26
Kilka dni później wszystko co napisałem wyżej dokładnie się potwierdziło. „Parteigenoße” Donald nie pojawił się na uroczystościach z okazji 3 maja. „Towariszcz” Wołodia podobnie, tyle że wcześniej nagrał dla TVP (pozostającej w ciągłej likwidacji) swój urodzinowy program. Puszczono ten północnokoreański gniot, dla uradowanych i klaszczących niczym foki w cyrku półinteligentów, wraz z kpiną z „rejtanowskiego gestu” niby „na żywca”. To „na żywca” okazało się nieco później, kompletną lipą, głównie dzięki dzięki Annie Marii (dwojga nazwisk). Obaj napluli Polakom w twarz. Przy okazji pokazali ile jest dla nich wart etos Państwa Polskiego i marzenia Polaków o silnej szanowanej w świecie Ojczyźnie. Silna Polska mogłaby być jeszcze silniejsza, gdyby wzmocniono stacjonujący u Nas amerykański kontyngent. Są teraz na to szanse. Jest jednak jeden problem, nie możemy „podbierać Niemcom” i tak wycofywanych z Rammstein „boys”, bo przecież europejska solidarność, która wobec kraju nad Wisłą stosują wszyscy od Atlantyku po Bug (widać ją było szczególnie w kwestiach NS 1 i 2, otwarcia rynków pracy, pakcie migracyjnym i ostatnio Mercosur), na coś takiego nie pozwala. Oznajmił to z pokładu samolotu wspomniany Donald. Dodał jeszcze, przy tym, do tego, że nie ma (gdzie ?) Bardziej proamerykańskiego polityka niż on sam (patrz początek tekstu). Czujemy się więc wszyscy uspokojeni. Za rogiem wojna (jak sam twierdzi), a on nadaje - chłopaki „jedźta sobie” za Atlantyk i nie „zawracajtą na głowy”, damy se rade sami bez Was i nie będzie nam jakiś tam Batyr układał planów sojuszniczych. Ten sam heros twierdzący , ze „nie będzie klękał” przed Biskupami ma lecieć wkrótce do Stolicy Piotrowej. Tam, niewątpliwie, też odważnie nie uklęknie przed Ojcem Świętym i pierścienia nie ucałuje. A po audiencji, w napadzie fuhrrrii, najpewniej ogłosi apostazję. Wspominana też już wyżej koleżanka premiera, ta od „Pana Jędraszewskiego”i innych jeszcze wyznań stwierdziła, że „zmorą szkoły” są rodzice. Jej szef (łączymy kropki - chodzi oczywiście o sympatię polityczną) prawdziwy macho, twardziel stwierdził, iż „dzieci to udręka”. Mamy wiec komplet. Dzieci „to udręka”, rodzice to „zmora” - wniosek prosty po likwidacji religii w szkole, zlikwidować „dzieci” i „rodziców” (albo odwrotnie - kolejność nie ma tu znaczenia) , a zaraz potem Szkołę. Nie będzie produkcji idiotów i kolejek na wyjazd do zbierania szparagów. Niszczy się możliwości defensywne, świadomość historyczną i związki z Kościołem, polski przemysł i rolnictwo, szkołę. Będzie wreszcie pustka i święty spokój, a wcześniej ZDRADA.
Piotr Łysakowski.
[W Londynie 5.05.26].
=========================================================================
Nauka potrzebuje etyki.
Nauka potrzebuje etyki. Fizyka nie zastąpi metafizyki
Czy nauka może odpowiedzieć na wszystkie pytania człowieka? A może – przeciwnie – im więcej wiemy, tym wyraźniej widzimy granice poznania? W rozmowie z Tomaszem Sypniewskim prof. Teodor Buchner z Politechniki Warszawskiej przekonuje, że bez odniesienia do wartości i refleksji metafizycznej rozwój nauki może prowadzić na manowce. Podkreśla też, że współczesna szkoła powinna uczyć nie tylko wiedzy, ale również odpowiedzialności, krytycznego myślenia i pracy nad własnym systemem wartości.
Tomasz Sypniewski (Stowarzyszenie Katechetów Świeckich): Czy tam, gdzie kończy się nauka, zaczyna się potrzeba wychowania aksjologicznego? Podczas spotkania z uczniami IX LO im. Klementyny Hoffmanowej w Warszawie mówił Pan, że nauka obejmuje tylko niewielki fragment rzeczywistości, a ogromna jej część pozostaje poza naszym poznaniem.
Prof. Teodor Buchner: Nauka może wspierać wychowanie do wartości, ale nie jest w stanie go zastąpić. Przekonanie, że same nauki przyrodnicze — fizyka czy biologia — wystarczą do zbudowania moralności i ładu społecznego, jest złudne. Nauka nie odpowie na wszystkie pytania, bo po prostu nie potrafi.
Już sama tradycja filozoficzna to pokazuje. Po „Fizyce” Arystoteles napisał „Metafizykę” — to, co jest poza fizyką. Taka struktura ludzkiego poznania pozostaje aktualna: każde rozwiązane zagadnienie rodzi kolejne pytania. Nauka jest niezwykle cenna jako źródło wiedzy i technologii, a także jako przestrzeń zachwytu nad porządkiem, pięknem, symetrią i logiką świata. Ten zachwyt bywa bardzo bliski doświadczeniu religijnemu.
Jednak szkolne nauczanie przedmiotów przyrodniczych koncentruje się przede wszystkim na faktach, a nie na filozofii nauki czy jej metafizycznym wymiarze. Tymczasem kontakt z nauką może prowadzić do pokory. Zamiast ulegać pysze, że rozumiemy już niemal wszystko, warto uczciwie przyznać, że złożoność natury nas przerasta.
Na każdej lekcji nauk przyrodniczych można postawić pytanie, na które odpowiedź brzmi: „tego nauka jeszcze nie wie”. I właśnie to jest ważne. Nauka bardzo wspiera rozwój aksjologiczny, o ile nie każemy jej udawać, że zna odpowiedź na każde pytanie. Przestrzeń dla tajemnicy, metafizyki i szeroko rozumianej wiary jest istotną częścią ludzkiego doświadczenia. Fizyka nie zastąpi metafizyki.
Wspomniał Pan, że niektóre pytania — na przykład o początek życia — mogą okazać się jałowe, jeśli nie przekładają się na konkretne życie człowieka. Czy współczesna szkoła nie skupia się zbyt mocno na przekazywaniu wiedzy, a zbyt mało na pytaniach o sens, cel i kierunek życia?
W moim przekonaniu w szkole zbyt często pomijamy naukę jako proces, a koncentrujemy się na samej faktografii. Tymczasem wiedza powstawała przez kolejne przełomy i rewolucje, a jej rozwój zawsze był osadzony w realiach historycznych, społecznych i kulturowych.
Historia nauki pokazuje nie tylko odkrycia, lecz także piękne życiorysy ludzi, którzy odnaleźli sens życia w rozwiązywaniu zagadek świata. Jeśli chcemy budować społeczeństwo oparte na wiedzy, musimy pokazywać młodym ludziom, ile ta wiedza kosztowała wysiłku i jak bardzo może być fascynującą drogą życiową.
Przykłady są liczne. Thomas Edison mówił, że znalazł tysiące sposobów na to, by coś nie działało, zanim odnalazł ten jeden właściwy. Maria Skłodowska-Curie pokazuje z kolei nie tylko naukowy geniusz, lecz także wytrwałość, odwagę i cenę życiowych wyborów. Każdy szkolny przedmiot ma potencjał wychowawczy, a sam proces dydaktyczny można prowadzić tak, by wzmacniał podmiotowość i sprawczość ucznia.
Sens życia warto pokazywać w sposób praktyczny — jako zespół przekonań i celów, które człowiek sam dla siebie określa najlepiej, jak potrafi, a potem rozwija w świetle podejmowanych decyzji i doświadczeń.
Podkreślał Pan, że zarówno nauka, jak i wiara dochodzą do granicy, za którą „już nie wiedzą”. Czy oznacza to, że każda postawa światopoglądowa — także naukowa — wymaga pewnego aktu zaufania? Czy szkoła powinna przygotowywać młodych ludzi do mierzenia się z takimi granicami?
Bez zaufania nie ma ani nauki, ani zdrowego życia społecznego. Dziś szczególnie wyraźnie to widzimy w epoce silnej polaryzacji i manipulacji informacyjnej. Punktem wyjścia do poszukiwania prawdy jest otwartość i odwaga, by nie ulegać lękowi.
Jednocześnie żyjemy w czasie, gdy nowe technologie, w tym duże modele językowe czy techniki deepfake, pozwalają tworzyć przekazy całkowicie sztuczne, a zarazem bardzo wiarygodne. To sprawia, że jednym z kluczowych zadań staje się umiejętne rozporządzanie własnym zaufaniem: komu ufam, dlaczego i w jakim zakresie.
Dlatego szkoła powinna uczyć zarówno racjonalności, jak i krytycyzmu. Każdy pogląd powinien być uzasadniony proporcjonalnie do swojej wagi i możliwych skutków. Trzeba badać przyczyny, przebieg i konsekwencje zjawisk — w nauce, w mediach i w życiu społecznym. Ten zdrowy dystans nie może jednak prowadzić do lęku i izolacji, bo na nich nie zbudujemy zdrowej wspólnoty.
Zauważył Pan, że społeczeństwo opiera się na wartościach i zaufaniu, które często są „niewidoczne, bo oczywiste”. Co dzieje się ze społeczeństwem, gdy przestaje świadomie przekazywać te wartości kolejnym pokoleniom?
Podaję często przykład sformułowany przez futurologa Francisa Fukuyamę: kiedy wjeżdżam na most, nie zastanawiam się, czy inżynier dobrze go zaprojektował, inwestor właściwie odebrał, a nadzór techniczny odpowiednio dba o jego stan. To przestrzeń zaufania, bez której cofalibyśmy się do czasów jaskiniowych.
Już najprostsza wspólnota zakłada przewidywalność, odpowiedzialność i wypełnianie swoich ról. Można to nazwać kontraktem społecznym. Jego realizacja wymaga wysiłku i odpowiedzi na pytanie, w imię czego ten wysiłek podejmujemy. Dlatego tak boleśnie przeżywamy nadużycie zaufania — zarówno w relacjach osobistych, jak i w życiu zawodowym.
Warto młodym ludziom jasno mówić, że życie polega także na podejmowaniu i wypełnianiu zobowiązań wobec innych. To właśnie tworzy tkankę społeczną. Człowiek pozbawiony wymiaru wspólnotowego i zdolności budowania zdrowych relacji opartych na zaufaniu cofa się w rozwoju, nawet jeśli bardzo wysoko ceni własną doskonałość.
Powiedział Pan, że religia jest dla Pana siłą, która mobilizuje do pracy nad sobą i uznania własnej niedoskonałości. Czy współczesna edukacja daje młodym ludziom przestrzeń do takiej pracy nad sobą? Czy bez tego możliwy jest dojrzały rozwój człowieka?
Akceptacja siebie takim, jakim się jest, stanowi fundament rozwoju. W tym punkcie psychologia i religia mówią jednym głosem. Dopiero na takim gruncie można budować rozwój duchowy, osobisty i zawodowy.
Tę przestrzeń trzeba jednak świadomie tworzyć. Można to robić choćby przez odwołanie do biografii wybitnych ludzi nauki, którzy łączyli kompetencję z pokorą. Niestety w naszym społeczeństwie nadal silne jest przekonanie, że jeśli nie jesteś najlepszy w szkole, to jesteś niewiele wart. To bardzo szkodliwy wzorzec.
Kult „najlepszego ucznia” łatwo prowadzi do pychy i fałszywego samozadowolenia, zamiast uczyć pokory, samoświadomości i odpowiedzialności. Tymczasem akceptacja własnych mocnych i słabych stron jest konieczna choćby dla przedsiębiorczości. Bez samoświadomości staje się ona pustym hasłem, bez granic — bożkiem, a bez odpowiedzialności i pracy — jedynie iluzją sukcesu.
Współczesna edukacja bywa skażona tym samym kultem, który dominuje w mediach i życiu społecznym: kultem intelektu, zdrowia, urody, kariery za wszelką cenę i bezwzględnej samorealizacji. Tymczasem rozwój człowieka nie tylko jest niemożliwy bez wysiłku, ale musi wychodzić od szacunku do tych talentów, które posiadamy. To prawda, której często nie chcemy słyszeć, ale młodym ludziom trzeba pomagać ją przyjąć — zdrowy rozwój odbywa się bez pogardy dla własnej niedoskonałości, bez nienawiści do własnego ciała czy charakteru.
Niedoskonałość nie jest wadą konstrukcyjną człowieka, ale częścią naszej kondycji. Dlatego tak ważne jest mobilizowanie woli do pracy nad sobą. Ona również jest niedoskonała i chętnie wybiera wygodę. Dojrzały rozwój wymaga więc wysiłku, ale wysiłku podejmowanego z miłością i akceptacją.
Zwracał Pan uwagę, że nauka rozwija się poprzez ciągłe kwestionowanie i rewizję stanowisk. Czy podobnej postawy — refleksyjnej i odpowiedzialnej — nie powinniśmy kształtować również w obszarze moralności? Czy nauka bez odniesienia do wartości może prowadzić do błędnych decyzji?
Moralność z definicji zakłada nieustanne badanie postaw i czynów. Jednym z fundamentów zdrowej rodziny jest zdolność do rewizji własnych poglądów w sytuacji konfliktu, do uczciwej oceny, a czasem także do przyjęcia decyzji, której w pełni jeszcze nie rozumiemy.
W tym sensie praca naukowa uczy zdrowego schematu refleksji: odwagi stawiania pytań, korygowania błędów i przyjmowania konsekwencji, nawet jeśli są trudne. Taka postawa jest potrzebna również w życiu moralnym.
Jednocześnie nauka bez odniesienia do wartości może prowadzić do bardzo poważnych błędów. Konflikt oparty na zasobach można rozwiązywać, ale konflikt wartości bywa nierozwiązywalny. Historia XX wieku pokazała to boleśnie. W nauce dotyczy to choćby eksperymentów na ludziach, prób „ulepszania” człowieka czy przekraczania granic biotechnologii. Granice etyczne muszą być jasno postawione.
Dlatego tak ważne jest pytanie nie tylko o to, co jest technicznie możliwe, ale także o to, czy wolno nam to robić i po co chcemy to robić. Nauka sama z siebie nie wyznacza takich granic.
W debacie publicznej pojawia się dziś postulat wzmocnienia wychowania aksjologicznego — m.in. poprzez obecność religii lub etyki w systemie edukacji. Czy z perspektywy naukowca widzi Pan potrzebę systemowego zapewnienia młodym ludziom przestrzeni do refleksji nad dobrem i złem?
Tak, zdecydowanie. To właśnie etyka bada motywacje badań naukowych i pomaga wyznaczać ich granice. W tym sensie można powiedzieć, że jest ona meta-poziomem refleksji nad nauką, bo stawia pytania antropologiczne i metafizyczne.
Skoro coś jest technicznie możliwe, czy to znaczy, że należy to zrobić? Dlaczego tak bardzo przejmują nas manipulacje medialne i kłamstwo w życiu publicznym? Dlaczego badania biotechnologiczne podlegają ocenie komisji bioetycznych? Właśnie dlatego, że nauka sama nie potrafi stawiać sobie granic w sposób wystarczający.
Zawsze znajdą się ludzie gotowi przekroczyć bardzo daleko idące granice w imię ciekawości, zysku, lęku albo pychy. Naukowcy nie są od tego wolni. Są po prostu ludźmi, tyle że wyposażonymi w ogromne możliwości. Dlatego młodzi ludzie muszą mieć zapewnioną przestrzeń do refleksji nad dobrem i złem. Wiedza naukowa bez uzupełnienia o wymiar etyczny nie wystarcza do odpowiedzialnego funkcjonowania ani w świecie ani w samej nauce.
Czego dziś bardziej brakuje młodym ludziom: wiedzy czy wartości?
W epoce dużych modeli językowych i cyfrowych narzędzi dostęp do wiedzy jest pozornie bardzo łatwy. Problemem staje się raczej jej jakość oraz umiejętność krytycznej oceny niż sam dostęp. Natomiast dużo mniej miejsca poświęcamy dziś wartościom i temu, jak używać ich w życiu.
Bardzo wyraźnie widać to w takich rolach jak nauczyciel, wychowawca, rodzic czy menedżer. To role głęboko zakorzenione w wartościach i postawie. Zespół szybko zobaczy każdą wadę swojego lidera, dzieci niezwykle trafnie odczytują nieszczerą postawę rodziców lub ich hipokryzję, a uczniowie są bardzo wyczuleni na niespójność nauczyciela.
Mam wrażenie, że wielu młodym ludziom brakuje dziś świadomości, jak ważna jest praca nad własnym systemem wartości, nad zdolnością uczciwej oceny własnych czynów, słów i myśli. Drugim istotnym elementem jest stała praca nad sobą — prowadzona nie z lęku czy pogardy wobec siebie, ale z miłości i akceptacji.
Prof. Teodor Buchner – fizyk, pracownik naukowy Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej. Specjalizuje się w zastosowaniach fizyki w kardiologii, inżynierii biomedycznej oraz naukach o życiu, a także w badaniach nad układami złożonymi. Autor i współautor publikacji naukowych z zakresu fizyki medycznej i biofizyki. W swojej pracy łączy kompetencje naukowe z refleksją nad filozofią nauki oraz jej znaczeniem dla rozwoju człowieka i społeczeństwa.
wywiad prowadzil red. Tomasz SYPNIEWSKI
fot. Tomasz Sypniewski
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Dzieci są darem od Boga i wzorem pokory dla dorosłych [Mt 18,1-4]
- Ewangelia Mateusza 18,6 (podobnie Mk 9,42 i Łk 17,2):
„Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej, żeby kamień młyński zawieszono mu u szyi i utopiono go w głębi morza.”
- Mateusza 18,10: „Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych, albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.”
- Mateusza 19,14 (i paralele): „Zostawcie dzieci i nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie, bo do takich należy królestwo niebieskie.” Jezus broni dzieci przed odrzuceniem i traktowaniem ich jako mniej ważnych.
- Dzieci są darem od Boga (Ps 127,3) i wzorem pokory dla dorosłych (Mt 18,1-4).
„Piękny widok” komentuje Europejka płonący w Wielki Piątek (dzień po rocznicy śmierci Jana Pawła II i o 15 popołudniu) Krzyż papieski, przeniesiony w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, na ulicę Rzymowskiego z Placu Zwycięstwa po serii antyreżimowych demonstracji i sbeckiej prowokacji z wsadzonymi do wnętrza Krzyża symbolu ulotkami. Wyrafinowana, delikatna i kulturalna kobieta , nie da się ukryć – nie ma przypadków są tylko znaki chciałoby się rzec. Symbol wykorzenienia i odpolaczenia tak ważny dla postępaków, szkoda słów. Szkoda ale trzeba i o tym moralnym chlewie (może lepiej gnojowisku) wspomnieć. Na marginesie zwróćmy uwagę na to, że Policja szybciutko, sprawnie i przy okazji stwierdza, że Krzyż „sam się podpalił”, znaczy się płonące w jego okolicy znicze dokonały tego „samopodpalenia”, inaczej być przecież nie mogło.
Świat zwariował chciałoby się rzec - w Kłodzku miłośnicy zwierzątek i dzieciaczków (dziwnym trafem też mocno związani ze strukturami energicznie zwalczającymi i piętnującymi „nacjonalizm” i „chrześcijańsko średniowieczny ciemnogród”) urządzali sobie hulanki i swawole takie, że nieboszczyk Epstein, by się nie powstydził. Jeśli czytamy komentarze wiodących mediów to wydawać, by się mogło , że to wszystko w imię miłości do „braci mniejszych”. Miłość, miłością a i tak generalnie to wszystko wina „faszystów i Katoli”, bo gdyby nie księża „pedofile” i „złodzieje” nikomu by coś takiego do głowy nie przyszło. Dali przecież dziesiątki przykładów, a że robiono z tych zabaw i igraszek filmiki, które efektywnie monetyzowano (w różnych częściach świata) to przecież nie dziwota, postęp jest, a jak jest to trza zeń korzystać i jeszcze przy okazji trochę grosiwa przytulić. To wypłacane z Naszych kieszeni to widać zbyt mało, trzeba więcej. Kilometrówki i ryczałty mieszkaniowe już nie wystarczają, frajerów trzeba golić !
A teraz cicho sza „Tylko nie mów nikomu”, to tak żebyście wszyscy wiedzieli o czym milczeć , a o czym krzyczeć i co piętnować bezlitośnie. A jak nie zrozumiecie co i jak, to w mordę możecie dostać tak jak dziennikarz Republiki co to chciał się za dużo dowiedzieć od pani marszałek (vice). Pytanie było niby proste, jak to jest, że pani skazana za te obrzydlistwa (w pierwszej instancji) ściśle współpracowała z „lokalną” baronową będącą równocześnie wspomnianą wyżej vce marszałek Sejmu (nie tylko zresztą z nią czego dowodzą liczne sweet fotki). Tej z kolei nie wolno ruszyć bo … no bo „towariszcz marszał” (będzie o nim jeszcze) „skazał nie nada”. Nie ma więc i nie będzie dyskusji o możliwych związkach wspomnianej baronowej z kłodzko - europejskimi Epsteinami. Nie będzie też jej dymisji, bo mówić o tym to „być niedobra rzecz”. Gdyby to był jakiś ksiądz to, oczywiście byłaby zupełnie inna sprawa. Przy okazji zastanawia przyczyna, dla której aż tylu (bo to chyba udokumentowane dobre dziesięć przypadków tego moralnego gnojowiska i syfu – jeśli się mylę to przepraszam) dewiantów zgromadziło się w okolicy europejskich i demokratycznych struktur? Potrafi ktoś odpowiedzieć ? No dobra słyszę ciszę, nie będziemy się więc nad tym zatrzymywać, bo i po co ? Czasami wyć się chce z bezradności, bo z kim i o czym tu rozmawiać, kogo przekonywać i do czego skoro jest tak pięknie, demokratycznie i dostatnio, a wszyscy którzy o cokolwiek pytają to sypiący „piach w tryby” poplecznicy bandziora z adresem przy „Krasnoj Płoszczadi” (albo i gdzie indziej, kto go tam ostatecznie wie).
Teraz jeszcze sekundka o Wołodii, co to zaprzysiągł ostatnio paru sędziów w obecności ważnej sejmowej ściany i nieobecnego (ale obecnego, albo odwrotnie) Prezydenta RP, którego wspomniany Wołodia z kacapskimi koneksjami i bez dostępu do informacji niejawnych (tajnych i ściśle) oskarża o koneksje z pułkownikiem KGB, a przy okazji „Unser Mann in Warschau” obwinia Prezydenta o „sabotaż”. Gdzieś tam przy okazji tego cyrku i kpiny z Państwa „towariszcz marszał” wspomniał o tym, że „…brunatne łapy…” (to chyba było w kontekście protestów opozycji wobec robienia sobie jaj z prawa) nie będą miały wpływu na prawną rzeczywistość, a Trybunał Konstytucyjny wyszedł z „…mroku pisoskiej nocy” i trzeba dbać o prestiż tego „urządu” (kolejny po „inteligientach” potworek językowy tego erudyty, mistrza mowy ojczystej i człowieka wysokiej kultury osobistej). Gość mający za sobą cały nierozliczony do dziś spadek i będący bezpośrednim spadkobiercą tych co to mają „czerwone łapy”, nie tylko metaforycznie, ale bezpośrednio ubabrane polską krwią, których do dziś nie rozliczono z popełnionych zbrodni (!!!) skrzeczy coś w stylu późnego Gomułki z pianą w kącikach ust (jestem tak stary, że „to” pamiętam) o „…brunatnych łapach…”. Obrzydlistwo, nie mniejsze niż wspomniane wyżej panie plujące na krzyż i uciekające od odpowiedzialności za zbrodnię pedofilii oraz nieopanowaną miłość do zwierzątek. I co, i nic „końce w wodę” !
Przy okazji trudności finansowych Państwa Polskiego warto wspomnieć, że w roku ogłoszonym „rokiem diagnostyki” ścięto limity badań diagnostycznych, skazując przy tym dziesiątki osób (i starszych i młodszych) na śmierć. Warto więc przy okazji przypomnieć jeden ze 100 konkretów (na 100 dni) – „zniesiemy limity…” wykrzykiwało ze sceny przed rozentuzjazmowanymi Europejczykami dwóch pajaców. Europejczycy uwierzyli i wierzą do dzisiaj. A ci dwaj nabuzowani półinteligenci obiecali i faktycznie znieśli limity. To dokładnie tak jak ze wspominanym przeze mnie kiedyś paliwem „…a teraz …może być nawet po 7 PLN…” – jest jeszcze lepiej dziś tankowałem diesla po 7.65 i co „łyso Nam” ? Tak samo jest z limitami diagnostyki wszelakiej (w tym tej banalnej) - cztery tygodnie temu (przychodnia na w centrum Warszawy – podstawowa diagnostyka od 7 do 10.00) o godzinie 8.30 nie dostałem się na najprostsze badanie krwi byłem 43 a „limit” wynosił 42 osoby. I znowu zapytam i co „łyso Nam” i od razu odpowiadam tak „łyso”, tak zresztą jak premierowi z nieudolnie maskowaną od dłuższego czasu łysiną ? A w tym czasie, gdy dziesiątki ludzi martwi się o własne i swoich bliskich zdrowie i (niestety) życie, senator, pan i władca, reprezentant narodu wpiernicza się bez kolejki do szpitala z własnym lekarzem bo synkowi paznokieć przerósł. Inny pan, nie mając śladu uprawnień do prowadzenia takiego pojazdu, porywa karetkę wraz z osprzętem, by dowieźć do szpitala bliską swojej parlamentarnej koleżanki. Oczywiście nie muszę dodawać z jakiej formacji oboje politycy się wywodzą. Nie muszę prawda !? A ty palancie płacący swoje składki na ZUS siedź na SORze i czekaj pięć , osiem albo i więcej godzin, może przyjmą !? „Taka Tuka Land”, czy może lepiej „…w Polsce Tuska czyli nigdzie…”. Chce się rzygać ? Ano się chce, to rzygajcie do woli będzie Wam lżej ! Znaleziono sztandar 68 Pułku Piechoty, na renowację Muzeum Ziemi Sochaczewskiej potrzebuje kilkaset tysięcy złotych, co robi Ministerstwo Kultury ? Pokazuje patriotom i pasjonatom polskiej historii przysłowiowego „wała”. Nie damy złamanego szeląga, komu potrzebna renowacja jakiejś tam „szmaty”. Polska historia, Polska, po co to komu ? Nie to co kabotyn uchodzący za poetę i lejący się w freak fightach po psyku z jakimiś podobnymi sobie kretynami. Ten dostanie kasę na poetycki bełkot o aborcji. Idziemy w dobrą stronę, tak trzymać i wybierać przyszłość. Jaką ?
Po co o tym wszystkim piszę, przecież to niby oczywiste. No niby tak ale „niby” czyni wielką różnicę bo zmierzamy w kierunku niebytu państwowego i narodowego i jeśli będziemy milczeć to skończy się nie tylko anihilacją Polski ale wcześnie rozlewem krwi (obym był złym prorokiem). Na koniec proszę zwróćmy uwagę na jedną kwestię, twierdzi się, że były Marszałek Sejmu Hołownia przyjmując przysięgę od Karola Nawrockiego zapobiegł zamachowi stanu. Nic bardzie błędnego, „zamach stanu” w formie nieco zakamuflowanej trwa od 13 grudnia 2023 a postawa Hołowni (wykonał TYLKO obowiązki wynikające z KONSTYTUCJI RP !!!) nieco opóźniła jego wcielanie w życie.
Recepty na niszczącą Polskę chorobę są znane , problem w tym, że broniąc demokracji zastosować ich nie można , a pytanie jak to się wszystko skończy nurtuje mnie od dawna.
Piotr ŁYSAKOWSKI,
WARSZAWA, 16.04.2026R.

[zdjęcie - rysunek dzieci ze szkoly w Łańcucie]
=======================================================================
Religia i etyka jako fundament wychowania. Mówi wybitny pedagog p. Andrzej Wołosewicz. Rozmowa specjalnie dla KSD !
Religia i etyka jako fundament wychowania. Rozmowa z Andrzejem Wołosewiczem
Czy szkoła może wychowywać bez odniesienia do wartości? O potrzebie edukacji moralnej, wrażliwości młodych ludzi oraz miejscu etyki i religii w systemie oświaty mówi Andrzej Wołosewicz – nauczyciel etyki i filozofii, autor podręczników.
„Nic nie jest tak potrzebne jak kształcenie ku wartościom”
Tomasz Sypniewski (Stowarzyszenie Katechetów Świeckich): Panie Andrzeju, chciałbym zapytać na początku o Pana doświadczenie. Czego wieloletnia praca nauczyciela etyki nauczyła Pana w podejściu do młodego człowieka i jego potrzeb?
Andrzej Wołosewicz:
Kiedy mówię o swoim doświadczeniu, to przede wszystkim mam na myśli bardzo konkretną praktykę – jako ojca, dziadka i nauczyciela. To właśnie bezpośredni kontakt z młodymi ludźmi jest dla mnie najważniejszym źródłem refleksji.
Oczywiście ważne są również moje doświadczenia zawodowe: praca nad podręcznikami do etyki czy materiałami dla maturzystów. Natomiast z perspektywy lat mogę powiedzieć jedno – coraz wyraźniej widzę, jak bardzo potrzebne jest kształcenie ku wartościom.
Mam doświadczenie pracy w szkole podstawowej, gdzie uczniowie uczestniczyli zarówno w lekcjach etyki, jak i religii. Było to możliwe organizacyjnie i funkcjonowało dobrze. Po ponad dwudziestu latach pracy jestem przekonany, że nic nie jest dziś tak potrzebne, jak właśnie wychowanie do wartości.
Niepokoi mnie natomiast to, że zamiast się na tym koncentrować, my – dorośli – często wikłamy się w spory, które odciągają nas od tego, co najważniejsze.
Etyka jako nauka praktyczna – od samego początku życia
Tomasz Sypniewski: Jak rozumie Pan miejsce etyki w edukacji szkolnej?
Andrzej Wołosewicz:
Odwołam się tutaj do klasycznego podziału Arystotelesa, który wyróżniał nauki teoretyczne, wytwórcze i praktyczne. Do tych ostatnich zaliczał etykę – jako dziedzinę zajmującą się zasadami właściwego postępowania w życiu prywatnym i społecznym.
To bardzo ważne rozróżnienie. Etyka nie jest tylko teorią – dotyczy naszego codziennego życia, naszych relacji, naszego zachowania wobec innych ludzi.
Zawsze mówię uczniom i rodzicom: etyka to przedmiot inny niż wszystkie. Nie chodzi w nim o to, ile wiemy, ale o to, jak żyjemy i jak się zachowujemy wobec drugiego człowieka.
I w tym kontekście pojawia się zasadnicze pytanie: od kiedy powinniśmy uczyć etyki?
Moim zdaniem – od samego początku. Człowiek od pierwszych chwil życia funkcjonuje w relacjach. Nawet relacja matki do nienarodzonego dziecka ma już wymiar moralny.
Dlatego mówię czasem obrazowo, że żyjemy w „zupie aksjologicznej” – nasze życie jest od początku zanurzone w świecie wartości. Nasze zachowania są oceniane, wpływają na innych, niosą konkretne skutki.
Z tego punktu widzenia pytanie, czy wychowywać do wartości, wydaje się wręcz niezrozumiałe.
Podstawa programowa bardzo jasno to ujmuje: chodzi o budowanie wrażliwości moralnej, empatii, szacunku dla godności człowieka oraz zdolności odróżniania dobra od zła. To jest sedno etyki.
„Młodzi są bardziej wrażliwi, niż nam się wydaje”
Tomasz Sypniewski: Jakie pytania moralne i egzystencjalne najczęściej pojawiają się dziś wśród młodzieży?
Andrzej Wołosewicz:
Po wielu latach pracy widzę pewną dwoistość. Z jednej strony młodzi ludzie wydają się bardziej zamknięci, trudniejsi w bezpośrednim odbiorze. Z drugiej strony – gdy nawiąże się z nimi kontakt – okazuje się, że są niezwykle wrażliwi.
Często nawet bardziej niż my, dorośli. My jesteśmy już w pewnym sensie „uodpornieni” przez życie, natomiast oni reagują bardzo intensywnie.
Lubię używać takiego porównania: my jesteśmy jak piłka lekarska, a oni jak piłeczka pingpongowa – znacznie bardziej podatni na zranienie.
Interesują ich także tematy trudne, graniczne – takie jak kara śmierci czy eutanazja. To pokazuje, że naprawdę chcą rozróżniać dobro i zło, chcą szukać odpowiedzi.
Wyzwaniem jest jednak to, aby te wielkie pytania przełożyć na codzienne życie. Bo w praktyce większość naszych wyborów dotyczy prostych sytuacji: czy okażę komuś szacunek, czy ustąpię miejsca, czy będę życzliwy.
„Młodzi nie są mniej wrażliwi – są bardziej zagubieni”
Tomasz Sypniewski: Czy dostrzega Pan zmiany w kolejnych pokoleniach uczniów?
Andrzej Wołosewicz:
Tak, i to bardzo wyraźne. Odwołam się do własnych doświadczeń – pracowałem kiedyś jako wychowawca w internacie szkoły budowlanej, sam też byłem wychowankiem internatu.
Młodzież sprzed lat miała – powiedziałbym – mocniejszy kręgosłup aksjologiczny. Dziś młodzi nie są mniej wrażliwi, ale są bardziej zagubieni.
Dużą rolę odgrywa tu środowisko, w którym funkcjonują – także to cyfrowe. Jeśli rodzice nie interesują się tym, czym żyje ich dziecko w tej przestrzeni, trudno mówić o pełnym wychowaniu.
Dlatego tak ważne jest, aby młodym ludziom „podać rękę” – pomóc im odnaleźć się w świecie wartości.
Wychowanie do wspólnoty zaczyna się w szkole
Tomasz Sypniewski: Jaką rolę odgrywa w tym procesie szkoła?
Andrzej Wołosewicz:
Szkoła jest miejscem, gdzie młody człowiek uczy się życia we wspólnocie. I tu pojawia się zasadnicze pytanie: na jakich wartościach ta wspólnota ma się opierać?
Te wartości są w gruncie rzeczy wspólne dla wszystkich – nie kradnij, nie zabijaj, nie kłam. To fundament.
Wychowanie do wartości nie jest więc dodatkiem do edukacji – jest jej istotą.
Etyka jako przedmiot formacyjny
Tomasz Sypniewski: Czy etyka powinna być przede wszystkim przedmiotem praktycznym?
Andrzej Wołosewicz:
Zdecydowanie tak. Etyka powinna być przedmiotem formacyjnym, a nie tylko historią filozofii.
Najważniejsze jest to, jak dotrzeć do młodego człowieka i pomóc mu rozwijać wrażliwość moralną. To proces podobny do wychowania w rodzinie – często pokazujemy, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi.
Kiedy pytam ucznia przyłapanego na oszustwie, czy chciałby być oszukiwany, odpowiedź zawsze jest przecząca. To pokazuje, że fundament moralny w młodych ludziach istnieje – trzeba go rozwijać.
Obowiązkowa religia i etyka – uporządkowanie systemu
Tomasz Sypniewski: Poparł Pan projekt ustawy dotyczący obowiązkowej religii i etyki – określany przez jego autorów jako „TAK dla religii i etyki w szkole”. Dlaczego?
Andrzej Wołosewicz:
Poparłem ten projekt z prostego powodu – ponieważ uważam, że wychowanie do wartości jest konieczne.
Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że ani religia, ani etyka nie stanowią zagrożenia dla uczniów. Pracowałem z wieloma nauczycielami – nie spotkałem się z sytuacją, w której ktoś byłby krzywdzony przez tego typu zajęcia.
Natomiast obecny system jest niespójny. Możliwość dowolnego rezygnowania z zajęć w trakcie roku zaburza proces wychowawczy.
Jeśli uznajemy, że wartości są ważne, to powinniśmy zapewnić im stabilne miejsce w systemie edukacji.
Podkreślę: jeszcze nikt nikogo nie skrzywdził, ucząc go dobra.
„Nie pytanie czy, ale jak”
Tomasz Sypniewski: Co należałoby zmienić, aby nauczanie etyki i religii lepiej służyło uczniom?
Andrzej Wołosewicz:
Najważniejsze pytanie brzmi nie „czy”, ale „jak”.
Zgadzam się, że uczniowie są przeciążeni. Dlatego trzeba odchudzić programy nauczania – ale nie kosztem wychowania do wartości.
Można racjonalnie uporządkować treści w innych przedmiotach, aby zrobić przestrzeń dla tego, co naprawdę ważne.
„Chcemy mieć wokół siebie ludzi lepszych”
Tomasz Sypniewski: Czego życzyłby Pan polskiej szkole?
Andrzej Wołosewicz:
Życzyłbym, abyśmy potrafili spokojnie i odpowiedzialnie uczyć młodych ludzi wartości – niezależnie od nazwy przedmiotu.
Nie chodzi tu o spór ideologiczny, ale o dobro wspólne.
Czy chcemy żyć w społeczeństwie ludzi uczciwych, wrażliwych, odpowiedzialnych? Jeśli tak, to musimy ich tego uczyć.
To jest nasza wspólna odpowiedzialność.
Nota o rozmówcy
Andrzej Wołosewicz (ur. 1958) – filozof, poeta, krytyk literacki, nauczyciel i wychowawca. Od 2005 r. członek Związku Literatów Polskich. Współautor podręczników do etyki w szkole podstawowej. Nauczyciel etyki i filozofii w IX Liceum Ogólnokształcącym im. Klementyny Hoffmanowej w Warszawie. Autor tomików poezji. Wieloletni doradca metodyczny w zakresie filozofii i etyki w Warszawskim Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń. W zawodzie nauczyciela od 40 lat.
KSD dziękuje Stowarzyszeniu Katechetów Świeckich za przeprowadzenie i udostępnienie tak ważnej dzisiaj rozmowy !
fot. Tomasz Sypniewski
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
[W Londynie 5.05.26]. 












