Strona główna

...co Pan Twardowski robi na ksiezycu

O tym, co Pan Twardowski robi na księżycu,

oraz o dwóch takich co kradli dusze

 

Pan Twardowski wydaje się bajką dla dzieci, opowieścią fantazy. Można także powiedzieć, że jest to popularny motyw kultury ludowej.  Przyglądając się bliżej tej historii zaczynamy wyraźnie zauważać zawartą tam prawdę o postawie człowieka. Mądrość pokoleń, wzbogacona geniuszem wieszcza, ile ona mówi o naturze ludzkiej. Ukazuje wiele niezwykłych powiązań, od niechcenia snując niby nieprawdziwą historię sprytnego Sarmaty, uciekającemu diabłu sprzed nosa.

 

Ta historia jest figurą człowieka, który wyrwał się demonom, pomimo podpisania cyrografu na swoją duszę. Pojmujemy aktualność tej opowieści dla każdego pokolenia. Mądrość ludowa w niezwykle jasnych symbolach, będąc pełna podziwu dla sprytu bohatera, wyświetla nam prawdę o człowieku który otwarcie paktuje ze złem. Przedstawia wprost dramat człowieka, który w imię egoistycznie pojmowanego dobra przystaje na kompromisy etycznie niegodziwe.  Widzimy w tej opowieści osobę zwlekającą z jednoznacznym wyborem dobra, chwiejną. Osobę usiłującą bezustannie odwlec moment rozliczenia się z własnym sumieniem. Osobę, która nie chce ponieść konsekwencji swoich działań. Zawieszoną pomiędzy niebem a ziemią - jak na księżycu, pomiędzy dobrem i złem.

Ukazuje stan człowieka, który żyje w świecie sprzecznych, nie dających się pogodzić norm. Sumienie i rozum zamiast prowadzić ku temu, co jednoznacznie dobre, wytwarzają wygodne złudzenia. A przecież prawdy ostateczne istnieją i jedną z nich, nieuchronną, jest śmierć.

W chwilach refleksji zaczynamy dostrzegać  prawdę o nas, ludziach współczesnych. Człowiek dzisiejszy często odwzorowuje postawę Pana Twardowskiego. Żyje w zawieszeniu pomiędzy niebem i ziemią, czyli można powiedzieć - na księżycu. Jest często niezdolny do wyboru prawdy. Usiłuje trwać za wszelką cenę w nie dających się pogodzić ze sobą normach moralnych. Kwestionuje nakazy sumienia. Uważa, że moralność wynikająca z pobudek religijnych, to niehumanitarne restrykcje do usunięcia. 

Pan Twardowski symbolizuje człowieka, który odkłada, negocjuje, oddala od siebie to, co najważniejsze. Który wierzy, że jeszcze zdąży, jeszcze się wymknie, jeszcze znajdzie sposób.

Za swoje postępowanie nie zostaje dopuszczony do pełni życia. Ostatecznym miejscem pobytu bajkowego Sarmaty staje się księżyc, świecący blaskiem odbitym. To metafora życia w zawieszeniu, pomiędzy dobrem a złem, samotności i zimna.  Ten jakby nieco przybrudzony, choć świetlisty glob staje się paralelą nie do końca czystego sumienia. Według ludowej mądrości księżyc staje się nie karą, ale konsekwencją życia które prowadził. 

 

W opozycji do alegorycznej postaci Pana Twardowskiego historia stawia nam przed oczy innych bohaterów. Całkowicie realnych, których daty i miejsca narodzin są nam znane.

To święty Jozafat Kuncewicz i święty Andrzej Bobola. To już nie postacie wyimaginowane, ani alegorie pewnego typu postępowania. To święci, którzy żyli i działali w świecie. To Ci, którzy chwytali dusze: dla Boga, dla zbawienia. 

 

Ich portret odsłania się wyraźnie w wezwaniach zawartych w litanii. W przypadku Jozafata słyszymy o „obrońcy prawdy", „pom nożycielu wiary", „zwycięzcy błędów” czy „pilnym dozorcy zbawienia dusz". A także o „filarze jedności”, „czułym przestrzegaczu w uporze trwających” oraz „miłośniku swych nieprzyjaciół”. Jest on przedstawiony jako troskliwy pasterz, który bierze odpowiedzialność za powierzonych sobie ludzi i gotów jest oddać za nich życie. Z kolei w wezwaniach do Andrzeja Boboli pojawiają się określenia: „powołany do jednoczenia", „gorliwy nauczyciel",  „apostoł dzieci i ludzi religijnie zaniedbanych”, „apostoł Polesia”, „męczennik za jedność chrześcijan" oraz „modlący się za swoich morderców”.

Już pierwsza analiza pokazuje motyw przewodni towarzyszący ich działaniu. Nawet więcej: należałoby powiedzieć - imperatyw działania, którym jest troska o zbawienie bliźniego. Nie jest nim jedynie gorliwość chrześcijańska, ani nawet sama idea jedności kościoła. Jest nim coś niezwykle głębokiego, o czym człowiek współczesny, nawet chrześcijanin, zapomniał w ogóle. 

Jest to duch odpowiedzialności za zbawienie własne i zbawienie bliźniego. Prawda, która każe działać na rzecz zbawienia i nakazuje brać odpowiedzialność za cudzą duszę.

Dla tych świętych dusza ludzka była cenniejsza od wszelkich dóbr tego świata. Była cenniejsza od dobrego imienia, uznania i sławy. Była nawet droższa od własnego życia. Dla nich prawda o nieśmiertelności duszy była tak silna, że nakazywała ciągłą potrzebę apostołowania. Powodowała odnawiający się wciąż zapał misjonarski, uzdalniała do  nauczania moralności, do pomagania ludziom w odróżnianiu dobra od zła. 

 

Dwóch świętych, których współcześni nazwali duszochwatami.

 

Choć nie wiemy na pewno, czy się znali, wiemy, że żyli w tych samych latach: na początku XVII w.. Działali także w tym samym regionie: na terenie dzisiejszej Litwy, Białorusi, i Polski północno- wschodniej. Wezwania z litanii wydobywają z mroku - niby flesze aparatu fotograficznego - ich duchowe portrety. Cechowała ich misja wyjątkowa. Można ją nazwać wyrywaniem dusz z błędów i zaniedbań, wyrywaniem z rąk odwiecznego nieprzyjaciela człowieka. 

Obaj święci wychodzili z tego samego fundamentalnego przekonania: że najważniejszą sprawą w życiu człowieka jest zbawienie jego duszy, a wiara nie jest sprawą prywatną. Człowiek w ich rozumieniu nie mógł zostać porzucony. Jego dusza mogła zbłądzić, osłabnąć, odpaść od jedności, utonąć w kłamstwie, właśnie dlatego potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi.

Święty Jozafat i święty Andrzej uważali, że wiara w życiu człowieka, jest jest rzeczywistością obiektywną, nadającą kierunek wyborom etycznym i światopoglądowym. Więc szli troszczyć się o dusze, szli chronić i umacniać. W swoich działaniach ukazywali bliźniemu prawdę, odrywali od błędów herezji i zguby moralnej. 

 

 Jozafat Kuncewicz wybrał drogę św Bazylego, mnicha chrześcijaństwa wschodniego. Tam ważna była więź wspólnotowa, posłuszeństwo, oderwanie od świata. Andrzej Bobola natomiast uformowany został w klimacie duchowości jezuickiej, która kładła nacisk na działanie, misyjność i odpowiedzialność za innych. Pomimo, że podstawiono przed nimi różne zadania - Jozafat był arcybiskupem, natomiast Andrzej ojcem zakonnym, misjonarzem, to siłą napędową ich działań była troska o zbawienie człowieka. Troska wynikająca z miłości.

Żyli w epoce wdrażania postanowień Soboru Trydenckiego, który na nowo definiował znaczenie prawd wiary, ustalił sposoby ich jasnego głoszenia i obrony przed błędem herezji. Dodatkowo działali oni na terenach dotkniętych napięciami religijnymi, gdzie trwałość unii brzeskiej, a i nawet kościoła katolickiego nie była przesądzona.

 

W tym kontekście łatwiej zrozumieć, dlaczego nazywano ich „duszochwatami". Określenie to początkowo było nacechowane wybitnie pejoratywnie. W zasadzie określało złodzieja dusz, nawet należy dodać: piekielnego złodzieja. Ich niezwykły dar wymowy i przekonywania sprawiał, że część ludności prawosławnej i protestanckiej przechodziła na wiarę katolicką lub unicką. Jednocześnie wywoływało to falę niechęci i agresji. 

W przypadku Jozafata rozrzucano ulotki przedstawiające go jako diabła w mitrze, który „zagarnia dusze do piekła". Jozafat, mimo oczerniania i jawnej wrogości pewnych kręgów elit, nie wahał się iść dalej drogą głoszenia prawd wiary. Napisał prostym przystępnym językiem pierwszy katechizm dla Rusinów. Sformułowany w postaci pytań i odpowiedzi, wyjaśniał krótko i niezwykle zrozumiale stanowisko kościoła wobec trudnych dylematów teologicznych trapiących ludność owych czasów. 

Święty Andrzej miał inny styl pozyskiwania dusz.  Po prostu odwiedzał zapadłe wioski, aby przez kontakt osobisty porywać dusze dla Boga. Pomimo, że pierwotne określenie ,,duszochwat,, miało negatywne zabarwienie, jednak trafnie oddawało istotę ich misji: nieustannego prowadzenia ludzi do zbawienia. 

Z tego powodu życie św Jozafata i św Andrzeja miało podobny kształt i dlatego zakończyło się w podobny sposób. Ich męczeństwo nie było przypadkiem, lecz konsekwencją tego, jak rozumieli swoje powołanie. 

 

W tym sensie Jozafat Kuncewicz i Andrzej Bobola nie są tylko dwoma świętymi tej samej epoki. Reprezentują takie samo stanowisko wobec człowieka i jego przeznaczenia: pomóc dostąpić zbawienia. Obecnie ta konkretna postawa  wydaje się wymagająca. Mało tego, nazwano by ją  nietaktem. Niektórzy wręcz mówiliby o narzucaniu swojego światopoglądu, ale dla św Jozafata i św Andrzeja takie postępowanie było wyrazem najczulszej miłości bliźniego.

 

Dla nich wiara naprawdę była sprawą życia i śmierci.

red Renata Kopeć, założycielka i prezeska fundacji Iskra

w Holandii, 9.05.20262fba3dea 90d0 45dc a056 28e94c4ff32boltarzfoto: Autorka, red. Renata Kopećksiezyc

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Prezentujemy nowego Autora - Krzysztof Zięba, felietonista "Za cenę życia , Polska"

Witamy nowego Autora, zasłużonego działacza "Solidarności", wienego idei "S" , zawsze i stale zaangazowanego dla Dobra Wspólnego jakim jest Polska :  KRZYSZTOF ZIĘBA, Z BIELSKA-BIAŁEJ. Otrzymamy serie felietonów, historia poprzez życiorysy Polek i Polaków, gotowych oddać życie za wolną Ojczyznę, a niemal nieznanych ... 

Felieton otwarcia p. Krzysztofa Zięby:

Aplikacja i cv najważniejsza w zyciu.
Dzisiaj mija kolejna dekada mojego życia. Jest to czas refleksji. Wczoraj podczas porządkowania domowego biurka znalazłem teczkę zawierającą archiwalne aplikację, które składałem na drodze zawodowej . Przyszło mi żyć w ciekawych czasach. Dorastałem w czasie komuny, a pod koniec studiów byłem świadkiem i czynnym uczestnikiem festiwalu solidarności, później przyszedł czas smuty spowodowanej stanem wojennym. Miałem szczęście doczekać zmian ustrojowych i reform w które się włączyłem by przystąpić do zycia gospodarczego jako menager. Uczestniczyłem w wielu rekrutacjach i konkursach. W związku z tym przygotowałem liczne aplikacje i pisałem stosowne cv. W ten sposób wstąpiłem na pierwszy stopień drabiny, którą kroczyłem przez 30 lat. Pierwsze CV, było krótkie zawierały entuzjazm i gotowość do działania. Dzięki temu szczęśliwie pracodawcy zakceptowali moją ofertę mimo że była uboga. Z czasem , gdy stopniowo pogłębiałem wiedzę, i odnosiłem sukcesy moja oferta stawała się bardziej atrakcyjna i pojawiały się rekomendacje osób doceniających moją pracę. Stopniowo stawałem się ekspertem w dziedzinie restrukturyzacji firm, a oferty przychodziły same bez większych zabiegów. Stanowiska obejmowane były coraz ważniejsze, a mnie udawało się budować zespoły do realizacji zadań. Pracowałem również w korporacjach, zachowując swoją autonomię, gdy ja traciłem odchodziłem wraz ze swoimi zaufanymi ludźmi. Szczebel po szczeblu wchodziłem coraz wyżej nie oglądając się za siebie. Gdy przyszła 5 dekada życia drabina stała się węższa, a aplikacje trudniejsze i często HRowcy mówili że doświadczenie nie jest atutem, ale wiek jest problemem. Mimo wszystko byli tacy, którzy myśleli inaczej i kroczyłem dalej.Starałem dbać nie tylko o swoją karierę ale szkolić swoich następców i inwestować w majątek powierzonych mi firm by pozostawić po sobie życzliwą pamięć i osobistą satysfakcję. Dotrwałem do końcowych szczebli drabiny i udało się odejść na emeryturę na swoich warunkach.
Dzisiaj przyszedł czas napisać ostatnią aplikację tą najważniejszą do Pana Boga. Długo myślałem co w tym ostatnim CV napisać. Może o tym co się udało, co zaniedbałem. Trudno być subiektywnym a ludzi rekomendujących tych autorytetów towarzyszących jest juz niewielu bo są po tamtej stronie luster. Cieszy mnie że wychowałem i wykształciłem mimo ciągłego życia na na walizkach trójkę ukochanych dzieci, że mam wciąż od 42 lat tą samą żonę towarzyszkę życia. Pozostało wielu przyjaciół, którzy zadzwonią w ważnych chwilach. Mam swoje miejsca do których chętnie wracam i dom w którym mogę spotykać się z bliskimi.
Czy to jednak wystarczy aby moja ostatnia aplikacja zostanie przyjęta by zejść z radością schodząc z ostatniego szczebla drabiny patrząc w dół by zobaczyć tą drogę którą przebyłem przez te 7 dekad życia. Wierzę że ta aplikacja zostanie jednak oceniona na tyle dobrze bym mógł cieszyć się z tego że nie zmarnowałem darowanego mi czasu…

foto do tekstu - "Drabina" - k. Zięba

foto Autora - K. ZiębadrabinaK.Zięba 05.2026

==================================================================================

Adam Nowosad - świadectwa świadka ws męczeństwa bł.ks.Jerzego

Adam Nowosad

świadek w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki                                                                                    

 

                                                                                       Wiosna 2026 r.

                                  O co chodzi…?

   Od męczeńskiej śmierci bł. Księdza Jerzego minęło już ponad 41 lat, nadal jednak obserwujemy cykliczny wysyp sensacyjnych rewelacji. Zwykle oparte są one na bazie przecieków ze śledztwa prowadzonego onegdaj przez oszlifowanego w PRL prokuratora Witkowskiego. Obecnie dołączają do niego nowi, chętni sławy propagatorzy wielu takich, prawdopodobnych, ale ciągle nieudokumentowanych procesowo faktów. Dla mnie to nic nadzwyczajnego - przywykłem by nie powiedzieć, nie zwracam już na to większej uwagi. Kiedy jednak poproszono mnie o skomentowanie wystąpień bohaterów z okolic Kazunia,  postanowiłem przyjrzeć się sprawie.

   Nie znajduję wprawdzie żadnych istotnych nowości w tych, zwykle internetowych projekcjach. Nadal słyszę, że: ksiądz zginął w bunkrze pod Kazuniem, a nie na tamie, nie 19 października, a 25… czyli w kółko to samo. Z wieloma tezami głoszonymi przez tych ludzi się zgadzam. Już sam widok umęczonego oblicza bł. ks. Jerzego, jest dostatecznym powodem, żeby w kwestii daty i okoliczności śmierci uwierzyć prokuratorowi. Podpisuję się też pod śmiałym i trafnym spostrzeżeniem tego śledczego, że zbrodnia na księdzu Jerzym była zbrodnią założycielską III RP. Niestety, to chyba wszystko za co mogę tego pana pochwalić. Cała reszta jego działaności, to już tylko mnożenie komplikacji.

   Po raz kolejny, tym razem i w Kazuniu odgrzewany jest wątek związany z nazwiskiem Waldemara Chrostowskiego, zaufanego przyjaciela księdza Jerzego. Kiedyś miało to posłużyć do wywołania sensacji i wymuszenia na władzy zgody na wznowienie toruńskiego procesu i prawie się to udało… Dziś zastanawia, dlaczego pomimo niepowodzenia tego pomysłu apologeci prokuratora, mimo przegranych procesów z nieżyjącym już Chrostowskim, nadal lansują bezsensowną teorię o jego rzekomej zdradzie. Każdy z prezentowanych przez nich w tej sprawie zarzutów, to dyletanctwo. W swoich publikacjach obalam każdy z tych absurdów. Bez trudu wiele z nich dyskredytują też w swoich książkach, znakomici znawcy zagadnienia: Zbigniew Branach i Krzysztof Kąkolewski. Zewsząd płyną jednak potoki nowych pomysłów, tez i hipotez, ale nikt nie odważa się pisać konkretnie o ludziach walczących wtedy i dziś - no właśnie, o zmianę porządku i oblicza świata. Być może to z tego powodu mamy tak wiele różnych wersji tej historii. A od tego właśnie, od nazwania rzeczy po imieniu należy zaczynać wszelkie analizy. Trzeba konkretnie zdefiniować osoby i grupy zainteresowane rozegraniem dramatu tej męczeńskiej śmierci. Trzeba poznać historyczne tła tej sprawy. 

   Odniosę się tu jeszcze do kilku zarzutów skierowanych do mnie z Kazunia: Poza zarzutem obrony dobrego imienia Chrostowskiego słyszę jeszcze, że pisząc o tym, że ksiądz Jerzy zgodził się na wykonanie polecenia opuszczenia kraju robię z niego uciekiniera. Zarzuca się mi również, że głoszę jakoby ksiądz nawoływał do porozumienia z władzami, co miało by świadczyć o zdradzie robotników. Tymczasem w jednej i drugiej sprawie posługuję się wyłącznie faktami.

    O zgodzie na wyjazd z kraju wiem, ponieważ jako jednej z najbardziej zaufanych osób, ksiądz Jerzy powierzył mi na przechowanie i zakonspirowanie całego swojego archiwum, które miał w parafialnym żoliborskim mieszkaniu. O tym pisałem już w wielu publikacjach oraz zeznawałem w prowadzonym aktualnie śledztwie. Wspomnę tylko, że kiedy ksiądz poprosił mnie o zwrot tych zbiorów, wyjaśnił mi, że wyjeżdża z Polski i chce zabrać ze sobą tylko najważniejsze dokumenty. Dodatkowym potwierdzeniem, zamiaru wyjazdu księdza jest świadectwo doktora Wojciecha Bąkowskiego, któremu ksiądz powierzył klucze do mieszkania na ul. chłodnej z prośbą zaopiekowania się nim podczas Jego nieobecności.Takim kolejnym argumentem jest sprzedaż swojego samochodu Chrostowskiemu, która została dokonana w mojej obecności. 

   O czym to świadczy - no nie o ucieczce księdza, a wprost przeciwnie o akcie posłuszeństwa wobec swoich przełożonych, konkretnie prymasa Glempa, który tym uprawnionym poleceniem chciał uchronić życie księdza Jerzego.

   Podobnie, jeśli idzie o nawoływanie księdza do porozumienia z władzą - to prawda. W swoim ostatnim kazaniu wygłoszonym na Mszy za Ojczyznę w sierpniu 1984 roku zaapelował On o takie rozmowy władzy z ludźmi, którzy cieszą się autentycznym zaufaniem narodu. Łatwo to można sprawdzić w autoryzowanych kazaniach. Na swoich spotkaniach, dokładnie opowiadam o okolicznościach tej sprawy. Rozwinięcie można znaleźć w dołączonym poniżej tekście. Taka postawa księdza nie świadczy o zdradzie ideałów, a wprost przeciwnie o trosce Kościoła o dobro umęczonej wspólnoty, naszej Ojczyzny. Jeśli ktoś tego nie rozumie - ma problem. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że w każdej z tych spraw ksiądz Jerzy zachował się wzorowo i nie ma żadnego powodu, żeby o tym nie mówić głośno…

    Niestety, za przyczyną konferencji prasowej jaką zorganizowała tzw. Rada Naukowa przy Muzeum bł. ks. Jerzego zrobiło się głośno o okolicznościach męczeńskiej, a właściwie zwyczajnej śmierci ks. Jerzego. Jeden z naukowców na życzenie tej Rady przeanalizował ponownie zapis filmowy z sekcji zwłok księdza Jerzego, przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku. Z opinii tego specjalisty wynika, że sekcja była przeprowadzona tak, jak należy i wszystkie jej wyniki trzeba uznać za wiarygodne. Potwierdzono więc, że ksiądz Jerzy zginął wieczorem 19 października 1984 r. od uderzenia w głowę i uduszenia kneblem. Nie ma nic szczególnego w tym, że Rada w porozumieniu z władzą kościelną, zabrała głos w czasie w którym jakaś grupa amatorów z Kazunia sieje ferment w sprawie o której nie ma głębszego pojęcia. Być może to wystąpienie miało przeciąć raz na zawsze spekulacje oparte na przeciekach z śledztwa prowadzonego niegdyś przez prokuratora Witkowskiego. Być może - stało się jednak inaczej i chyba niepotrzebnie wątpliwości pojawiające się po tej konferencji dostarczyły kontrargumentów zwolennikom nieudokumentowanych teorii. Poza wszystkim można odnieść wrażenie, że uznanego i znanego na całym świecie Męczennika pozbawiono atrybutów męczeństwa.  Fatalnym pomysłem było komentowanie po latach zapisu filmowego z sekcji zwłok. Każdy kto wie czym była zorganizowana grupa przestępcza, jaką była junta generałów PRL, wie też, że taki zapis filmowy realizowany pod czujnym okiem obecnych na sali służb resortu Kiszczaka, był odpowiednio skonstruowany. Sekcja zwłok w Białymstoku, to długa historia wymagająca szerokiego omówienia - nie na tem moment. Od dawna uważam, że jedynym skutecznym sposobem na wyeliminowanie lub potwierdzenie wersji męczeństwa w bunkrze w Kazuniu jest poddanie analizom na obecność śladów ziem i pyłków roślin, zachowanej w bardzo dobrym stanie sutanny księdza Jerzego. Dlaczego moje apele są przemilczane - nie wiem, widocznie komuś z decydentów potrzeba czasu na refleksję. W tym miejscu dodam jeszcze, że w Radzie Naukowej, powołanej przez kardynała Nycza opuszczającego urząd metropolity, nie ma fachowców którzy kompetentnie mogą się wypowiadać w sprawach o których też niewiele wiedzą. Poza dziennikarzem pracującym kiedyś dla Superwizjera  w TVN jest kilka osób z tytułami naukowymi, ale nie ma żadnego świadka księdza Jerzego i tak naprawdę zadaniem takiej rady wydaje się być negacja wielu niewygodnych dla uzgodnionych w Toruniu świadectw. 

   Jestem świadkiem w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego. wspierałem go w licznych dziełach. Jestem też świadkiem w trwającym wciąż śledztwie kryminalnym, mającym wyjaśnić wszelkie wątpliwości dotyczące zamordowania księdza. Moja empiryczna, by nie powiedzieć oparta na autopsji wiedza, nie jest jednak godna uznania w zacnym gronie rady. Sporo osób z tego grona zna wiele z moich licznych tekstów i świadectw, jednak nikt nawet nie próbował wysłuchać moich argumentów - nigdy nie byłem zaproszony na spotkanie Rady. Zainteresowanych zrozumieniem szerszego tła w jakim rozegrywały się tamte wydarzenia, zapraszam do lektury poniższego, z różnych powodów dość trudnego tekstu. Trudnego, bo po pierwsze jestem świadkiem nie pisarzem. Po drugie tekst powstał w czasie, kiedy jeszcze nie znaliśmy wielu sensacji wyciekających po dziś dzień z prowadzonych niegdyś śledztw. Pomimo upływu czasu, analizując konteksty tamtych wydarzeń można jeszcze odnaleźć tu sporo podpowiedzi. 

Adam Nowosad 

           To, o co tu chodzi…?  Warszawa, czerwiec 2022 roku

   Z tym pytaniem spotykam się często po prelekcjach i lekturze moich tekstów. Ludzie oczekując jasnych konkretów, patrzą na mnie bezradnie rozkładając ręce, kiedy ich nie otrzymują. Nie ma niestety jednej krótkiej odpowiedzi w tych sprawach. W powszechnej opinii, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… Ale nie - nie w tym przypadku. Owszem jakieś pieniądze też wchodzą w grę, ale nie tu jest meritum, one pojawiają się w tle. Wielu zawodowców zarabia dziś na zaciemnianiu spraw związanych z zabójstwem ks. Jerzego. Podobno zyski z książek, filmów i tzw. spotkań autorskich, przynoszą tym „twórcom” już milionowe kwoty… 

   Odpowiedzi należy szukać raczej na płaszczyźnie polityki, a szerzej - geopolityki. Oczywiście wiemy, że ksiądz Jerzy stronił od politykowania, że w swojej działalności koncentrował się na Ewangelii i katolickiej nauce społecznej. Był gorliwym uczniem błogosławionego kardynała Wyszyńskiego, wybitnego uczonego i w tej dziedzinie. Przeciwnik, co należy rozumieć konkretnie - szatan, dobrze wie o jakie nauczanie prymasa chodzi i robi wszystko, żeby księdza Jerzego w uprawianie polityki uwikłać. Pamiętamy ziejące nienawiścią artykuły niejakiego Rema (Jerzy Urban). Zastanawia, że i dziś konkretni ludzie, rywalizując o własne korzyści, bez wahania sięgają po te same argumenty. W tym miejscu, należy już podjąć próbę odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie. 

   Jeśli zleceniodawcom porwania księdza nie chodziło o pieniądze, to może komuś zależało na przejęciu rządów w Polsce. Przypomnijmy - w roku 1984 niepodzielną władzę dzierżyła junta generałów, która przy pomocy służb zapewniała sobie bezpieczeństwo i nienaruszalność układu. Jego głównym beneficjentem był wyposażony we wszystkie dyktatorskie funkcje generał Jaruzelski. Po przetoczeniu się przez świat w 1968 roku fali lewackiej rewolty, w Polsce natrafiła ona na niespodziewany opór. Jaruzelski konsekwentnie umacniał tu swoją prosowiecką pozycję. Do funkcji szefa wojsk dodał on jeszcze przewodniczenie Patriotycznemu Ruchowi Ocalenia Narodowego. By w 1981 roku stanąć też na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Można powiedzieć - narodowiec. Z ujawnionych nagrań ze spotkania Jaruzelskiego z redaktorem GW Michnikiem, podczas którego wymieniono się deklaracjami miłości, wyłania się jednak pytanie; o jaki (czyj) naród tu chodziło? Warto te związki przeanalizować mniej więcej od czasów niesławnej, zwanej kulturową, „rewolucji 68”. Zasadnym jest przyjęcie, że te dwie osobowości miały znaczący wpływ na dwa dziesięciolecia zamykające się okrągłostołowym, a raczej „magdalenkowym” układem. To jest historia, którą każdy może sobie sam poukładać, pod warunkiem, że będzie umiał korzystać z nieocenzurowanych źródeł. 

   Warto może jeszcze zauważyć, że obaj przywołani powyżej panowie, reprezentując lewicowe nurty, wyraźnie różnili się w pojmowaniu lewicowości. Jaruzelski, przynajmniej oficjalnie był częścią komunistycznego betonu, który miał dożywotnio zapewnić bezpieczeństwo jemu i jego juncie, a Michnik i jego koledzy z PZPR należeli do ugrupowania, które miało rozbić ten układ, by zastąpić go nowoczesną formą marksizmu.

  W tym celu, jeszcze w latach 60. zwolennicy transformacji betonowej komuny, gromadzili potrzebne im siły. Tworzono ugrupowania nazwane przez historyków komandosami. Nie brak relacji i świadectw dotyczących tego ruchu. Polecam opublikowany w Teologii Politycznej wywiad z prof. Gawinem. Zacytuję tu kilka akapitów (patrz p. 4).

  „Komandosi byli grupą lewicy antysystemowej, która wyrastała z samego rdzenia Polski Ludowej. To byli ludzie, których rodzice w PRL-u zajmowali wysokie stanowiska; pracowali w ministerstwach, urzędach centralnych. Często mieli też dziadków czy rodziców w Komunistycznej Partii Polski, a więc wyrastali z samego jądra ideowego komunizmu. Dla nich antysystemowość sprowadzała się do tego, że byli krytyczni wobec Polski Gomułki. Nie dlatego, że była ona komunistyczna, ale dlatego, że nie była prawdziwie komunistyczna. Wyrastali z doświadczeń „Października 56 r”. W takiej mierze, w jakiej cały ruch, który się zrodził po “październiku”, był ruchem radykalnie lewicowym. W „październiku” młodzież odwoływała się do wizji rewolucji, jaką skradła im stalinowska biurokracja. Dla nich stalinizm nie był zły, bo stosował terror. Był zły, bo zrodził biurokrację, jaka ukradła prawdziwą, żywą ideę rewolucji. Z niej rodził się rewizjonizm filozoficzny Kołakowskiego, a później polityczny Kuronia i Modzelewskiego; ludzi, którzy tak czy inaczej byli zaangażowani w „październik” i uważali, że potem Gomułka go zdradził. Ta legenda przygotowała wejście na scenę pokolenia młodszego, dla którego „październik” był już historią... To oni na początku lat 60. przychodzą na Uniwersytet. To oni są grupą Adama Michnika. Grupą związaną z tzw. czerwonym harcerstwem, czyli Walterowcami, a jednym z wychowawców staje się Kuroń. Ta formacja musiała się narodzić, bo głęboko komunistyczne rodziny w Warszawie nie akceptowały „zwrotu na prawo” Gomułki. Przywrócenia do szkół religii oraz zezwolenia ludziom typu Aleksandra Kamińskiego odbudować po 56 roku prawdziwe Harcerstwo, odwołujące się i do tradycji przedwojennej, i do Szarych Szeregów.” Mocne, nieprawdaż… Postanowili obalić Gomułkę, bo przywrócił religię do szkół – to znamienne dla nich i ich ruchu, by nie powiedzieć ideologii, bo ideologia to dziś zakazane słowo.

   Na potrzeby tego opracowania trzeba przywołać kilka nazwisk tych, którzy w 1983 i 84 roku tak ochoczo fotografowali się z księdzem Jerzym, kiedy ten był już najbardziej rozpoznawalnym księdzem w Polsce, Europie, ale i za oceanem. Chodzi o Jacka Kuronia, Adama Michnika, i Antoniego Macierewicza. Wspomnieć trzeba i o wszędobylskim, balansującym do dziś na granicy sekularyzacji, nieformalnym kapelanie komandosów, księdzu Małkowskim. (o tą, wprawdzie nieformalną funkcję rywalizował on z ks. Zieją) Przywołane nazwiska są ledwie kilkoma z wiodących postaci tego układu. Ważnymi dla tych rozważań są jeszcze takie osoby, jak Jan Lityński i Jan Józef Lipski. Powszechnie znane związki J.J. Lipskiego z wieloma wiodącymi politykami, są niejako zwornikiem dla wielu relacji towarzyskich „buntowników 68”. Wszystkie one są ważne, ale trzeba by kilkudziesięciu stron, aby choć dotknąć tego fragmentu naszej rzeczywistości. 

   Losy księdza Jerzego, zwłaszcza 12 lat Jego kapłaństwa opisałem, wprawdzie pobieżnie, ale i wystarczająco konkretnie w wielu swoich pracach (które, jak zawsze udostępniam na życzenie). Tu skoncentrujmy się na momencie, kiedy ksiądz został „wykluczony” z wikariatu kościoła pw. Dzieciątka Jezus. Działało tam pod przykrywką ośrodka „międzywyznaniowego” ugrupowanie dawnych komandosów, wzmocnione przez innych wpływowych działaczy antykomunistycznej, nadal jednak lewicowej opozycji. Było to szerokie grono ludzi, pośród których była plejada prawników, uchodzących za obrońców opozycji. Po okrągłym stole wielu z nich współrządziło w tzw. III RP. Odnajdujemy tam sporo osób kojarzonych z masonerią. Na szczególną uwagę zasługuje postać mec. Olszewskiego, o którym Jarosław Kaczyński powiedział przed jego pogrzebem, że należał on do masonerii. Kaczyński wspomniał wtedy o Klubie Krzywego Koła, ale ta historia była dużo bardziej złożona. W zamieszczonym na YT własnym serialu dr. Pietrzak przypomniał, że mecenas Olszewski był kojarzony z lożą Kopernik, mającą ścisłe związki z Klubem Krzywego Koła. Nie jest więc tak, jak słyszeliśmy, że Klub K.K. to była tak zabawa na niby. Masoneria była licznie reprezentowana w ścisłym środowisku księdza Jerzego i z pewnością odegrała w nim znaczącą rolę.

  W jednym z tekstów, przedstawiłem strony zaangażowane w sprawę bestialskiego mordu na księdzu Jerzym. Pisałem wtedy: „Sugestie, jakoby sprawa „buntu twardogłowych” (nawiązanie do rozgrywek między generałami Kiszczakiem i Milewskim), była jakimś zasadniczym wątkiem zabójstwa księdza - jest tylko jednym ze sposobów sprowadzenia opinii publicznej na boczny tor. Owszem, ten konflikt odegrał w tej sprawie ważną rolę, ale porwania i zamordowania księdza w żadnym razie nie należy rozpatrywać tylko w tym kontekście. Ci, którzy jako ostatni zajmowali się księdzem z pewnością reprezentowali kogoś, kto miał umocowanie daleko ważniejsze niż polski czy radziecki wywiad. Można założyć, że Milewski i ludzie z IV departamentu (d/s Kościoła i mniejszości narodowych) z całą pewnością mieli dobry kontakt z tymi ludźmi.”

Komu więc jeszcze zależało, cd. cytat:

Czy były powody do uprowadzenia i uwięzienia księdza Jerzego? Owszem, rozliczne… Kiedy rozeszła się wieść o Jego wyjeździe do Rzymu, dla wielu graczy stało się jasne, że jeśli chcą realizować swoje cele, np. wywołanie wzburzenia społecznego i sprowokowanie zamieszek, to była ku temu ostatnia już okazja. W tym czasie ksiądz Jerzy był jedyną chyba osobą zdolną poruszyć tłumy - gdyby stała się mu krzywda. Jego nazwisko gwarantowało zainteresowanie szerokiej, w tym i światowej opinii publicznej. Był znanym księdzem i ta okoliczność zachęcała do przeprowadzenia spektakularnej akcji.”

Kto mógł być zainteresowany takim rozwiązaniem

   Przypomnę – co najmniej kilka stron. Podzielona rządowa - podzielona, ponieważ wewnątrz tego środowiska rozgrywała się walka między generałami broniącymi swoich dotychczasowych pozycji, a tymi, którzy chcieli, wyrównując przy okazji dawne porachunki, ugrać coś na przygotowywaniu partii (PZPR) do nadchodzącej polskiej pierestrojki. Generałowie z kręgu Jaruzelskiego mówili o potrzebie „uciszenia tego księdza”. Pertraktowali nawet w tej sprawie ze stroną kościelną. Żywotnie była tym zainteresowana również ta nazywana dziś, lewacka część opozycji. Czuli się oni zagrożeni wyeliminowaniem ze spodziewanego dialogu generałów z pozostałą częścią opozycji. Przypominam - w sierpniu 1984 roku ksiądz Jerzy w swoim ostatnim kazaniu wygłoszonym na Żoliborzu podczas Mszy za Ojczyznę, wezwał władzę do rozmów z ludźmi cieszącymi się autentycznym zaufaniem narodu. Kim mieli być ci reprezentanci narodu, zaproponowała księdzu Anna Walentynowicz. Jest i trzecia strona, jeszcze tu nie nazwana wprost, która swoje cele rozgrywała i rozgrywa nadal w globalnej skali…” Wszystko wskazuje na to, że mieli oni ścisłe związki ze wspomnianą lewicową częścią opozycji antykomunistycznej. Tak, tak, lewica antykomunistyczna… (post marksiści). 

   Znaczące dla zrozumienia powyższego, są opublikowane fragmenty wywiadu (w Sieci nr. 43 z 2014 r.) z nieżyjącym już senatorem Zbigniewem Romaszewskim. W tym artykule szczegółowo opisuje on swój udział w spotkaniu w mieszkaniu Jacka Kuronia, które miało miejsce po ogłoszeniu wydobycia zwłok księdza z wód Wisły. Panowie - Lipski, Michnik, Mazowiecki, Moczulski oraz kilka innych osób, spotkało się tam, żeby powołać organizację, która zareaguje politycznie na akt porwania księdza. Na jej czele, po odrzuceniu  propozycji przywództwa przez Romaszewskiego, stanął Jan Józef Lipski. Jeszcze w trakcie zawiązywania się tej specyficznej agendy, uczestnicy spotkania wydelegowali Geremka i Mazowieckiego na rozmowy z Kiszczakiem I Rakowskim. Co było przedmiotem tych rozmów, możemy się tylko domyślać, choć ostatnio dociera coraz więcej informacji na ten temat. Czy wymienieni przez senatora Romaszewskiego działacze mieli kontakty z tą trzecią - globalistyczną stroną, pozostanie jeszcze jakiś czas tylko w sferze domysłów. (…?) Jak wiemy, między innymi z ustaleń prokuratora Witkowskiego, strona rządowa natychmiast po zabójstwie księdza wszczęła bezprecedensowe w dziejach służb, zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Celem tego dochodzenia nie było, jak by się mogło wydawać, dowodzenie winy oddelegowanych do roli kozłów ofiarnych sprawców porwania. Ci bardzo szybko do wszystkiego się przyznali. Smaczku tej postawie porywaczy dodaje rozpowszechniona ostatnio pogłoska, jakoby Piotrowski nagrywał na magnetofon całą akcję porwania i… ma te taśmy. W wyniku tego śledztwa doszło również do zdemaskowania roli i w następstwie wyeliminowania z życia politycznego gen. Milewskiego i jego stronników. Czy potraktowano ich tak łagodnie dlatego, że „żelazny” generał (afera żelazo) współpracując z porywaczami księdza, zabezpieczył swój los przekazując go komuś mocniejszemu od rodzimej czerezwyczajki - nie wiemy. Na potrzeby zachowania dobrostanu rządzących generałów, w błyskawicznym tempie zainscenizowano proces w Toruniu. Miał on wykazać, że władze wojskowe osobiście nie mają nic wspólnego z tą zbrodnią. I ten cel osiągnięto…

   Choć może to tylko zbieg okoliczności, mec. Olszewski - Loża Kopernik, mec. Wende z Rotary, ewangelik i honorowy konsul Szwajcarii, mec. Piesiewicz… itd, byli bardzo ważnymi uczestnikami tej, jak wielu dziś twierdzi inscenizacji. Trzeba przyznać, że służby pracujące dla generałów, znakomicie zorganizowały całą tę prezentację sprawiedliwości sądowej PRL, którą strach nazwać cyrkiem. Za takie określenie mec. Wende postawił zarzut jednemu z porywaczy, a sąd skazał go na dodatkowe dwa lata więzienia. Był to wyraźny sygnał, że wszyscy mamy poważnie traktować to, co władza zademonstrowała w Toruniu. Spodziewam się, że podobnym zakazem jest objęte podważanie autorytetów takich jak prof. Byrdy, która ze swoim zespołem nijak nie potrafiła podać przyczyny i daty zgonu ks. Jerzego. (patrz, Kąkolewski „Popiełuszko będziesz ukrzyżowany”). 

   Z perspektywy czasu widać, że bezceremonialne wykorzystanie charyzmatycznego księdza, poruszającego sumienia milionów, leżało również w interesie osób działających w niejawnych związkach. Dążąc do rozbicia polskiego status quo - realizowali oni globalne interesy twórców „nowego lepszego świata”. Kim oni byli, kim są dziś… ? 

   Dla porządku należy wspomnieć jeszcze i o czwartej stronie „interesantów” - o Kościele. Moim zdaniem Kościół niestety dał się wplątać w rozgrywki, w których nigdy nie powinien brać udziału. Stał się ofiarą spisku, jaki co do istoty był uknuty i przeciwko niemu. Jako memento powinny zabrzmieć słowa księdza Jerzego: „Abp. (Bronisław Dąbrowski) zapomniał, że paktować z diabłem nie wolno”. Pisał on je wtedy jako zwykły ksiądz i wielu hierarchów te słowa bulwersowały. Czy odczytane dziś, jako upomnienie od męczennika, nie powinny budzić najgłębszych refleksji? (…) Ten sam arcybiskup w 1985 roku w rozmowach z władzami PRL (...min. Łopatka) deklarował, że i stronie kościelnej zależy na tym, aby było ciszej nad tą (księdza Jerzego) trumną. Zapewniał, że episkopat nawet nie myśli o beatyfikacji, bo „nie wolno mieszać wiary z polityką”! A jak dziś należy rozumieć głosy niektórych dostojników kościelnych, którzy apelują o ciszę nad cudami księdza Jerzego i wzywają do zamilknięcia w kwestiach nieścisłości w Jego życiorysie - bo podobno nie ma to większego znaczenia ?! (…) Wiem, że w wyniku pertraktacji między Episkopatem a generałami, zapewniono księdzu nietykalność do czasu wyjazdu do Rzymu. To zapewne sprawiło, że ksiądz i my również byliśmy spokojniejsi o Jego los.

   Warto poświęcić też nieco więcej uwagi zrozumieniu czym jest ten „ruch 68” w aspekcie globalnym, a raczej kim są w Polsce, wspomniani budowniczowie „lepszego nowego świata”. Zacznę od przypomnienia, że w tradycji PRL zakorzeniony był zwyczaj wymuszania zmiany władzy przy pomocy prowokacji, które wyprowadzą lud na ulice. Po spacyfikowaniu wywołanych zamieszek, stawało się to argumentem przetargowym do zmian. Tak było zawsze w historii sowieckiego systemu - również w Polsce. Spójrzmy choćby na poznański czerwiec, czy grudzień 1970 r.. Zawsze wtedy stosowano mniej, lub bardziej wyrafinowaną prowokację. Nie inaczej było i w 1984. Władza generałów była jednak na tyle brutalna i bezwzględna, że zwykłe prowokacje nie gwarantowały zamierzonego efektu. Generałowie udowodnili to wyprowadzeniem wojsk na ulice w 1981 roku. Udało się im tym sposobem osłabić działania konkurentów na kilka lat.

   Po stanie wojennym zmalały szanse rozbicia układu przy pomocy zbuntowania rozbrojonej już Solidarności. Lepszym pomysłem wydało się być wpływanie na lokalną i światową opinię publiczną, oskarżaniem generałów o brutalizację życia społecznego. Nagłaśniano drastyczne zachowania bezpieki wobec odważnych kapłanów, jak np. bp. Franciszek Musiel, czy biskup Jeż. Nagłaśniano też takie spektakularne zachowania junty, jak skazanie na trzy i pół roku więzienia ks. Bolesława Jewulskiego za treść wygłoszonego kazania. Takich przypadków było dużo więcej i działacze z grupy komandosów, dość skutecznie nastawiali ludzi przeciw kacykom aktualnie sprawującym rządy. Kiedy jednak i to nie starczyło aby wyprowadzić lud na ulice, ktoś decydował o bardziej drastycznych rozwiązaniach. Zaczęli ginąć księża. Pora więc na kolejne pytanie: a co jeśli to ksiądz Jerzy miał się stać detonatorem wzniecającym bunt przeciw juncie? Sporo na to wskazuje  wspomniana relacja senatora Romaszewskiego ze spotkania w mieszkaniu Kuronia. 

   Zastrzegam, że nie oskarżam całej dawnej opozycji, nawet tej lewicującej. W obecnym układzie rządzącym, na pozytywną ocenę zasługuje też sporo osób z grupy komandosów i KOR. Jednak sugestii o podziałach w ówczesnej opozycji, nie należy wrzucać do kosza. Na portalu „wPolityce” ukazał się znamienny tekst Marcina Wikło - (patrz pkt. 3). Już sam tytuł wyjaśnia istotę: „Tyle lat minęło, a oni wciąż siedzą przy tym samym stoliku”. Można powiedzieć - minęło tyle lat, a część, jak się wtedy wydawało zjednoczonej opozycji, nadal marzy o kolejnym zamachu na władzę. Tym razem skierowanym przeciwko tym, którzy w wyniku różnych, jednak już demokratycznych roszad, odsunęli od władzy znaczną część działaczy ekipy komandosów. Znaczną, ale przecież nie całą… W tym właśnie rozróżnieniu podziałów obecnej sceny politycznej należy poszukać odpowiedzi na kolejne pytanie - a co jeśli…? Właśnie - co jeśli miałoby się okazać, że część dawnych opozycjonistów, skupiona wokół rozżalonej odsunięciem od władzy grupy komandosów i ich przyjaciół, inspirowana lożami masońskimi i szkołą frankfurcką, konsekwentnie i dziś realizuje swój plan z 1984 roku…?       

   Jeśli tak, to kim oni są?

  ks JP plakat Na potrzeby głębszej refleksji i zrozumienia zachodzących wtedy i dziś procesów oraz rozpoznania ich uczestników (również z otoczenia księdza Jerzego), warto przytoczyć fragment wywiadu jakiego „wPolityce” udzielił ks. dr. Skrzypczak (pkt.1). Odnosząc się do idei i skutków „rewolucji 68” powiedział on: „Obowiązywało hasło „zakazywane jest zakazywać” i postawa „stłucz lustro”, czyli nie kieruj się kategoriami dobra i zła. Sięgano pełnymi garściami po inspiracje marksistowskie i neopsychoanalityczne; uważano, że trzeba odblokować całkowicie instynkt seksualny. Ze studentami z Sorbony, czy Berlina, wychodziła na barykady również młodzież z duszpasterstw wraz ze swoimi duszpasterzami. Te „wolnościowe” idee ukształtowały umysły ludzi, którzy dzisiaj rządzą. Ale zainfekowani wirusem 68 to także ludzie, którzy przejęli wiele katedr teologicznych, czy nawet sięgnęli po najwyższe godności w Kościele” ! Szok - prawda…

   Do tych procesów będących w istocie realizacją kolejnego etapu programu tzw. „szkoły frankfurckiej” odniósł się też ks. Karol Wojtyła, kiedy był jeszcze kardynałem. Przypomniał o tym o. Rydzyk (26, X 2019r.). Powołał się na zapis z Encyklopedii Nauczania Społecznego pod red. prof. Zwolińskiego. Zacytował wyjątek z którego wynika, że „JP II w wielu wypowiedziach dał wyraz troski o zachowanie czystości nauki i teologii, by chronić je od ideologii masońskiej”. JP II od dawna był świadom zagrożenia Kościoła. We wstrząsających słowach opisał kryzys Kościoła i świata. W sierpniu 1976 roku, kiedy odwiedził Kościół w USA powiedział: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie w pełni z tego sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem, a antykościołem. Ewangelizacją i jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja jest wpisana w plany Bożej opatrzności. Jest to czas próby w który musi wejść kościół powszechny, a kościół w Polsce w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego Narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią cywilizację chrześcijańską i jej kulturę, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Z degradacją ludzkiej godności, prawami osoby, społeczeństw i narodów.” Ojciec Rydzyk dodał jeszcze: „JP II widział to zagrożenie jako następstwo postmarksistowskiej rewolucji z 1968 roku, która zaatakowała społeczeństwa tzw. zachodu. Obecnie widzimy, jak ta ideologia atakuje nasze państwo i społeczeństwo. Trzeba to widzieć i przeciwdziałać, póki jeszcze nie jest za późno. Ta ideologia uczyni ludziom i narodom więcej szkód niż komunizm”. 

   Do cytowanej wypowiedzi JP II odniósł się też Adam Sosnowski w artykule publikowanym „wPolityce” (pkt. 2). Stwierdził tam, iż „mimo doniosłości przestróg Jana Pawła II, sam Watykan wymazuje znaczenie niektórych Jego słów. Czytamy, że wszystko to co dzieje się obecnie, można „sprowadzić do wspólnego mianownika, a więc do walki z prawdą. Relatywizm, post prawda czy fake news są różnymi opisami tego samego zjawiska, które jest wyznacznikiem społeczeństwa postmodernistycznego i wkrada się to także do Kościoła. Św. Jan Paweł II rozumiał to i już w latach 60. ub. wieku miał świadomość jakie są tego przyczyny. Dlatego prawda już od czasów krakowskich stała w centrum jego nauki, w pełni pojmował słowa Chrystusa, że „tylko prawda was wyzwoli”. To podmywanie fundamentów poprzez poddanie prawdy w wątpliwość i wystawianie na szyderstwo, stoi u podstaw każdego z omawianych problemów. Jeżeli nie ma już jednej prawdy, to nie ma także jednej rodziny, jednej definicji małżeństwa, jednych sakramentów czy jednej nauki. Wygrywa Nietzsche, a przed nami jawi się mnogość interpretacji”.

   I właśnie o taką swoistą mnogość chodzi tym, którzy usiłują zamazać i zmarginalizować sens ofiary księdza Jerzego. Ma On bowiem być kimś, kto politykował i zasłużył na zemstę junty generałów. Mnożenie takich interpretacji, być może przyświecało też śledczemu Witkowskiemu, działającemu mniej lub bardziej świadomie na rzecz komandosów. Zapewne też w takim celu oskarżył on Chrostowskiego, choć ten nie był znaczącą postacią przemian ustrojowych. Piszę - nie znaczącą, ale nie można nie docenić jego roli w zdemaskowaniu i w rezultacie skazaniu bezpośrednich sprawców porwania. Ryzykując życiem, skokiem z auta, być może pokrzyżował plany porywaczy oraz ich zleceniodawców. Oskarżając go o udział w ciężkiej zbrodni jednego z niewielu przyjaciół księdza Jerzego, Witkowski postawił w  niekorzystnym świetle też inne osoby z bliskiego otoczenia księdza. Tym samym z góry dezawuując ich świadectwa niekorzystne dla jego wersji. Tak zbudowana możliwość różnorodnej interpretacji zdarzeń i zachowań, umożliwiła blokowanie wielu nie znanych jeszcze, a być może  ważnych zeznań. Jestem przekonany, że wszystkie te zabiegi służą jedynie ukryciu prawdy o prawdziwych zleceniodawcach, a w końcu i o bezpośrednich wykonawcach tej zbrodni. 

   Zapytam jeszcze - czy dla wyjaśnienia zabójstwa księdza Jerzego ważne są opisane powyżej globalne procesy, czy może wystarczy jednak domknąć to dochodzenie na etapie ustaleń komunistycznych wywiadów i ich pomniejszych donosicieli? Moje sumienie świadka - również świadka w procesie beatyfikacyjnym bł. ks. Jerzego na takie uproszczenie sprawy nie pozwala! Przypomnę raz jeszcze definicję podaną przez papieża Franciszka: „Świadek to ten, który widział, który pamięta i opowiada. Zobaczyć, pamiętać i opowiadać, to trzy czasowniki opisujące tożsamość i misję. Świadek to ten, który widział, ale nie obojętnym okiem; on zobaczył i zaangażował się w to wydarzenie. Dlatego pamięta, nie tylko dlatego, że potrafi dokładnie zrekonstruować wydarzenia, ale dlatego, że te fakty przemówiły do niego, a on zrozumiał ich głęboki sens.”

   Tak - twierdzę, że zrozumiałem sens wydarzeń dziejących się zarówno wtedy, jak i dziś. Dlatego mogę pytać, czy wolno nam odrzucić wszystkie opracowania związane z globalnymi ideologiami, opisane przez wybitnych badaczy dziejów Kościoła i antykościoła. Przez takich tuzów nauki, jak ks. prof. Guz, czy ks. Oko i choćby ks. Bortkiewicz? Piszą oni i mówią w licznych wystąpieniach, o zagrożeniu ze strony masonerii i frankfurtczyków. O ich zgubnej ideologii, o marszu przez instytucje… Czyż nie mają racji znawcy tych zagadnień ?Czy aby na pewno możemy uznać, że przesadzają, kiedy wieszczą upadek chrześcijańskiej cywilizacji ? Może mylił się też i św. Maksymilian Kolbe i tak naprawdę nie istnieje nic takiego, jak masoneria z jej frankfurcką szkołą. Może też nie ma i nigdy nie było sławetnego długiego marszu przez instytucje. Może nie ma żadnej rewolucji kulturowej i tylko my katolicy, jesteśmy malkontentami z zapyziałego ciemnogrodu. Może… 

   Ale co, jeśli jednak tak nie jest??? Co, jeśli ksiądz Jerzy stał się ofiarą tego globalnego zła - złożoną właśnie na pogańskim ołtarzu walki z katolicyzmem… Pytanie szokuje? A może to dlatego tak skrzętnie maskuje się przed opinią publiczną takie skojarzenie…?

   Zapytam jeszcze - czy, jeśli zanegujemy wszystko to co napisano o masonerii, antykościele, o światowych służbach specjalnych, to czy kiedykolwiek poznamy prawdę o zbrodni założycielskiej III RP, dokonanej przecież też na potrzeby tego nowego światowego porządku ? Myślę, że mnożenie interpretacji i faktów wcześniej czy później doprowadzi do sytuacji, jak to jest w przypadku śmierci Kennedy’ego. - Wszyscy niby wiedzą, o co chodzi, ale zawsze będą mieli do wyboru kilka wersji. Jeśli ktoś zechce przybliżyć sobie zarysowane tu zagadnienia, to pomocne będą dwie wartościowe książki. Zbigniewa Branacha – „Zlecenie na Popiełuszkę” i Krzysztofa Kąkolewskiego – „Popiełuszko będziesz ukrzyżowany”. Obaj autorzy rzetelnie opisali rolę kozła ofiarnego, jakim stał się Waldemar Chrostowski. Niestety błądzą oni traktując serio inscenizację zwaną procesem toruńskim przyjmując, że tylko strona władzy była zakontraktowana do odegrania przypisanych im ról. 

   Przez lata czytałem wiele takich książek, ale to nie one są dla mnie głównym źródłem wiedzy. Od następnego dnia po tym, jak ksiądz nie powrócił z wyjazdu do Bydgoszczy, prowadziłem swoiste „białe śledztwo”. 19 października 1984 roku miałem jechać z księdzem i Waldemarem Chrostowskim do Bydgoszczy. Wieczorem 18 października zostałem poinformowany, że niestety nie będzie dla mnie miejsca w małym samochodzie, jakim był Volkswagen Golf. Usłyszałem, że nie mogę się dowiedzieć kto pojedzie zamiast mnie, ponieważ telefon księdza ”ma uszy”. Ksiądz zaprosił mnie na poranną herbatę obiecując, że wszystko opowie. Przyjechałem więc ok g. 10 rano i dowiedziałem się, że ksiądz nie wrócił do domu. Przez kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata, spotykałem się z ludźmi, którzy mieli cokolwiek wspólnego z szeroko pojętym otoczeniem księdza Jerzego. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego ci, którzy mieli jechać zamiast mnie, nie stawili się na miejsce spotkania przed wyjazdem w tę, jak się okazało ostatnią drogę Męczennika. Dziś wiem, że jeden z nich wkrótce po zamordowaniu księdza został mistrzem loży Wielkiego Wschodu Francji w Polsce. Inny do dziś sprawuje bardzo ważne funkcje w obecnym układzie politycznym.

Przypomnę - wszystkie nazwiska potrzebne do poukładania wzajemnych powiązań i ról poszczególnych osób są przywołane w tym i wielu innych moich tekstach. Jeśli chodzi o mnie, pozostały mi czas poświęcam wyłącznie sprawie kultu największego Męczennika naszych czasów - błogosławionego księdza Jerzego. A to jest niestety nie mniej zawikłana sprawa niż samo morderstwo księdza. Do dziś w strukturach hierarchii Kościoła w Polsce obowiązuje reguła obrony rzekomo wystawionego na szwank dobrego imienia Prymasa Glempa, jakoby ktoś taki jak ja chciał je zniesławić. Wycisza się kult księdza Jerzego, tłumacząc to tym, że święty, jeśli nim jest to się sam obroni. Jest też wersja według której, kiedy wygaśnie oddolny kult ludu, to i święty nie będzie wart ołtarzy Kościoła Powszechnego. Jestem przekonany - wiem o tym, że mamy do czynienia z największym świętym mojego pokolenia. Wszystkim, którzy nie dowierzają, że jest to uprawnione twierdzenie przypominam - dwóch swoich wielkich nauczycieli ksiądz Jerzy wyprzedził w drodze na ołtarze, a korona męczeństwa plasuje Go na najwyższym stopniu Ołtarzy Bożego Kościoła. Kult księdza Jerzego rozwija się na wszystkich kontynentach. W tysiącach kaplic są już Jego relikwie. 

 Bóg powołał Go do świętości z centrum Europy, żeby Jego ofiara i przykład życia oddziaływały na wschód i zachód Europy. Do kapłaństwa wzrastał w przykładnej katolickiej rodzinie, a służby Bogu uczył się jako ministrant w kościele w Suchowoli, wybudowanym właśnie w geograficznym centrum Europy. Wiedzę czerpał z Ewangelii, jaką przybliżali Mu - bł. Prymas Tysiąclecia i inny już święty, papież Jan Paweł II. Ksiądz Jerzy był ich pilnym uczniem i najlepiej chyba odpowiedział na papieskie wezwanie do Ducha Świętego, o odmianę oblicza naszej ziemi. Wezwanie to miało miejsce w roku 1979, a już rok później nikomu szerzej nieznany ksiądz Jerzy, przekroczył bramę  zakładu pracy w Hucie Warszawa. Odprawił tam pierwszą w dziejach tego komunistycznego kombinatu Mszę Świętą. To, co wtedy tam się zaczęło, zaowocowało mszami „Za Ojczyznę i Tych, którzy dla Niej cierpią”. Odprawiał je cyklicznie w żoliborskim kościele pod wezwaniem św. Stanisława Kostki aż do sierpnia 1984 r. Znalazło to wielu naśladowców w całym kraju. Wszystkim, którzy nie rozumieją znaczenia tego procesu współczuję. Negacjonistów doniosłości dzieła bł. Księdza Jerzego ostrzegam - kiedyś będzie trzeba zdać z tego sprawę przed samym Męczennikiem, który jest i na zawsze pozostanie, tak jak to zapisał na swoim prymicyjnym obrazku - Bożym Posłańcem. 

   Szczęśliwie, zapewne z inspiracji samego Ducha Świętego, powstają już podwaliny Ośrodka Kultu (muzeum) błogosławionego Jerzego w miejscu Jego narodzin dla świata - w Okopach. Wszystkie siły i środki należy teraz przeznaczyć na realizację tego dzieła. Nie wolno nam jednak zapominać, że tu na warszawskim Żoliborzu złożone są z woli Boga i ludu , doczesne relikwie ciała błogosławionego Męczennika i, że tu na zawsze będzie czekało na nas Jego żywe serce… 

Adam Nowosad - świadek - MKJ.

www.misjonarzeksjerzego.pl                  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

1. https://wpolityce.pl/kosciol/443513-rewolucja-68-roku-i-kryzys-kosciolaksskrzypczak-analizuje

2. https://wpolityce.pl/kosciol/442441-adam-sosnowski-watykan-chce-sie-pozbyc-sw-jana-pawla-

3.https://wpolityce.pl/polityka/601332-tyle-lat-minelo-a-oni-wciaz-siedza-przy-tym-samym-stoliku

4.https://teologiapolityczna.pl/prof-dariusz-gawin-pokolenie-marca-68-stanowi-klucz-do-zrozumienia-iii-rp-3

5. https://www.youtube.com/watch?v=V-v8lMZbLjo

6. https://www.youtube.com/watch?v=fym8Kimo9QI 

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Przypowieści Salomona [prosto z Londynu, red. Piotr Łysakowski]

Przypowieści Salomona 11:17 
„Mąż dobry samemu sobie czyni dobrze, lecz mąż okrutny kaleczy własne ciało.”
Przypowieści Salomona 19:16:
„Kto strzeże przykazania, strzeże swojej duszy; kto zaś gardzi swymi drogami, ten umrze.”
 
 

Ostatnie kilka dni, premier Polski w rozmowie z prezydentem Francji mającej miejsce w Gdańsku, mówi, że „…w Danzig…”. Nieco później w dużym i zamówionym wywiadzie dla „Financial Times” atakuje bezpośrednio (pamiętacie oczywiście paluszki przyłożone, w obecności Mutter Angela, na kształt pistoletu do pleców Prezydenta USA i oskarżenia o agenturalną pracę dla kacapów) Stany Zjednoczone, Donalda Trumpa, a tym samym istotny dla Polski sojusz z tym krajem. W pierwszej kwestii pomogę naszemu „KrUlowi Europy”. Jest jeszcze parę innych miast mających fajne, swojsko brzmiące nazwy własne: Kattowitz, Hindenburg, Angersburg, Breslau, Krakau, Warschau i Litzmannstadt, no i jeszcze Stettin, który razem z Berlinem chcą zmieniać mapy (cokolwiek, by to miało znaczyć). Można jeszcze wymieniać i wymieniać, mamy do dyspozycji cały alfabet. Cieszę się, że mogłem się przydać, mając przy okazji nadzieję, że pan premier skorzysta z tej bezpłatnej pomocy. Żeby jednak mieć pełen obraz zdarzeń „aus Danzig”, dodajmy do tego jeszcze świadome wykluczenie z rozmowy z Macronem Prezydenta Rzeczpospolitej. Jakoś dziwnie przypomina to wojnę ze Świętej Pamięci Prezydentem Lechem Kaczyńskim. Jak to się skończyło nie muszę nikomu przypominać. Do tego za kilka miesięcy nieunikniona wojna z kacapem jak oznajmia (dziś powiedział, że trzeba znać języki, by zrozumieć to co powiedział czego de facto wcale nie powiedział) wspomniany „KrUl”. Brzydko to pachnie, nawet bardzo brzydko. Dowodzi też i tego, że rządzący nie chcą się uczyć, bo najwyraźniej mają wyznaczone inne cele niż spokój wewnętrzny w kraju. O atakach na USA pisałem już wcześniej. Takie rzeczy może dzisiaj robić albo wariat mający problem z oceną otaczającej Nas geopolitycznej rzeczywistości albo osoba, która świadomie źle życzy Polsce. Trzeciej możliwości nie ma, a rojenia o „francuskim parasolu nuklearnym” i europejskiej armii (której de facto nie ma i nie będzie) to są właśnie rojenia. „Bullshit” jak to kiedyś trafnie ujął oszczędny (w sensie largo – lata temu doświadczyłem) „Lord z Chobielina” choć w zupełnie innym kontekście niż akurat ten, o którym piszę. Europka nie ma armii, ma za to zupełnie rozbieżne interesy. Tym jedynym wspólnym dla Niemiec i Francji jest wywalenie z kontynentu amerykańskich „okupantów” i otworzenie przestrzeni (najpewniej już niedługo) Euroazjatyckiej. Odkąd, dokąd i z kim, to Państwo też na pewno wiecie.  Tego, opłacane przez Nas wszystkich, polityczne „asy” nie widzą albo (znowu powtórzę) nie chcą widzieć obiektywnie działając przeciwko żywotnym interesom rządzonego przez siebie „ten kraju”, Naszego kraju. Wysyła się więc „frajera”, który za możnych tego świata robi to czego im nie wypada, i robi to z dużą wprawą i wyraźną satysfakcją, a także oczywistą szkodą dla Polski. Zauważmy przy tym, że równolegle z tymi Tuskowymi „figlami” Niemcy wykładają na lobbing w Ameryce dobrze ponad sto milionów Euro i chcą kupować najnowsze amerykańskie uzbrojenie. Polska ma być zmarginalizowana, skłócona z Ameryką i całkowicie zależna od dobrej woli Brukseli (czytaj Berlina) , patrz przyjęcie Safe (nadal nie wiemy czy „der”, czy „die”, czy „das”, nie wiemy też na jaki procent będzie wzięta ta pożyczka) i ograniczenie możliwych zakupów sprzętu poza Europą. W przestrzeni medialnej pojawiają się też sygnały o zbliżającym się polsko niemieckim porozumieniu (pakcie militarnym ?), o którym nic nie wiemy. Będą Nas bronić (ciekawe czym ?) na linii Odry ? Czy to zdrada, czy … ? Jak to wszystko nazwać ?      

W Auschwitz znikają bezpowrotnie tablice poświęcone męczeństwu i bohaterstwu Polaków (inne nie mające bezpośredniego związku z Muzeum dziwnym trafem jakoś nie znikają), z gmachu Ministerstwa Środowiska zniknął już wcześniej znak „Polski Walczącej”. Premiera nie było w zeszłym roku podczas obchodów święta Konstytucji 3 Maja, prezydent Warszawy unika celebrowania zwycięstwa w wojnie 1920 roku. Niszczone są podstawy dumy z Polskości, po co ona komu ? Niedouczona minister (ka) zwraca się do erudyty Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego per „Pan Jędraszewski”, który „…opowiada bzdury…”, bo ośmielił się wspomnieć, między innymi, o wykluczaniu pełnego wymiaru historii z kanonu nauczania i zwrócił uwagę na kompletną zapaść w resorcie edukacji. Durny Katol mógł przecież cicho siedzieć, a tak dostał co Mu się należało, jak każdemu zresztą co to ledwo wylazł ze Średniowiecza i na drodze „postępu” stoi.  Inna kobitka piastująca urząd mówi, że „rozumią” (albo „rozumiejo” – nie do końca dobrze usłyszałem ale i jedno i drugie jest urocze – i zasługuje na umieszczenie na podium razem z lingwistycznymi popisami towarzysza Wołodii w stałym kąciku „mistrza mowy ojczystej”) problemy z kaucjonowanymi opakowaniami ale inni, tych problemów, nie „rozumiejo” (albo „rozumio”) … no właśnie czego „ale” nie „rozumiejo / rozumio” ? Ona sama zresztą też nie do końca kuma czaczę, co widać, słychać i czuć i twierdzi, że to wszystko dla Nas i dla Polski. Po prostu Rów Mariański inteligencji. Narzuca się pytanie „tabakiera dla nosa” czy odwrotnie ? 

I znowu, po raz kolejny pytamy, kto Nami rządzi i jak „to” nazwać ? Wspomniany Wołodia (po polsku będzie to Włodzimierz – niewątpliwie od imienia wodza światowej rewolucji Iljicza czy jak mu tam było) w rozmowie ze studentami w Poznaniu pyta po męsku, twardo i retorycznie „…z kim mam k….a rozmawiać…” a potem dodaje kpiąco „…i tak mi nic nie zrobią…” (być może nie są to cytaty wierne ale niewątpliwie oddające stosunek drugiej osoby w państwie do demokracji i znacznej części Polaków). Płaćcie i płaczcie frajerzy na gościa, który ma Was wszystkich w … głębokiej, głębi poważania, by nie rzec w … , a jego okcydentalne parszywe kontakty niech nikogo nie interesują, bo to właśnie jego kontakty i Wam pospólstwu od nich wara. 

O służbie zdrowia też już wspominaliśmy. Według (niedorzecznika) Szłapki (i paru innych tych z Rowu Mariańskiego) jest lepiej niż było, ba nawet kolejki są mniejsze !!!. Wczoraj właśnie rozmawiałem z sąsiadem, ma brata - ciężki przypadek raka krtani. Szpital (jeden z warszawskich) odmówił wykonania jakiegoś badania bo za drogie, ale jeśli zapłaci okrągłą sumę (na ten szpital właśnie) to badanie będzie można przeprowadzić. Jest lepiej, fakt, a jak gość umrze (co nie daj Bóg) to kolejka będzie mniejsza. Zapisz się do neurologa mówią, owszem chętnie, tyle, że pierwszy wolny termin na koniec roku, znajomi pękają ze śmiechu – to i tak tempo ekspresowe ! Modlę się codziennie, by nie zachorować i ciągle pytam co z Nami (za chwilę) będzie ? Zniszczymy się sami, czy damy radę i ocalimy to co najdroższe ?          

PŁ 

W Warszawie 30.04.26

Kilka dni później wszystko co napisałem wyżej dokładnie się potwierdziło. „Parteigenoße” Donald nie pojawił się na uroczystościach z okazji 3 maja. „Towariszcz” Wołodia podobnie, tyle że wcześniej nagrał dla TVP (pozostającej w ciągłej likwidacji) swój urodzinowy program. Puszczono ten północnokoreański gniot, dla  uradowanych i klaszczących niczym foki w cyrku półinteligentów, wraz z kpiną z „rejtanowskiego gestu”  niby „na żywca”. To „na żywca” okazało się nieco później, kompletną lipą, głównie dzięki dzięki Annie Marii (dwojga nazwisk). Obaj napluli Polakom w twarz. Przy okazji pokazali ile jest dla nich wart etos Państwa Polskiego i marzenia Polaków o silnej szanowanej w świecie Ojczyźnie. Silna Polska mogłaby być jeszcze silniejsza, gdyby wzmocniono stacjonujący u Nas amerykański kontyngent. Są teraz na to szanse. Jest jednak jeden problem, nie możemy „podbierać Niemcom” i tak wycofywanych z Rammstein „boys”, bo przecież europejska solidarność, która wobec kraju nad Wisłą stosują wszyscy od Atlantyku po Bug (widać ją było szczególnie w kwestiach NS 1 i 2, otwarcia rynków pracy, pakcie migracyjnym i ostatnio Mercosur), na coś takiego nie pozwala. Oznajmił to z pokładu samolotu wspomniany Donald. Dodał jeszcze, przy tym, do tego, że nie ma (gdzie ?) Bardziej proamerykańskiego polityka niż on sam (patrz początek tekstu). Czujemy się więc wszyscy uspokojeni. Za rogiem wojna (jak sam twierdzi), a on nadaje - chłopaki „jedźta sobie” za Atlantyk i nie „zawracajtą na głowy”, damy se rade sami bez Was i nie będzie nam jakiś tam Batyr układał planów sojuszniczych. Ten sam heros twierdzący , ze „nie będzie klękał” przed Biskupami ma lecieć wkrótce do Stolicy Piotrowej. Tam, niewątpliwie, też odważnie nie uklęknie przed Ojcem Świętym i pierścienia nie ucałuje. A po audiencji, w napadzie fuhrrrii, najpewniej ogłosi apostazję. Wspominana też już wyżej koleżanka premiera, ta od „Pana Jędraszewskiego”i innych jeszcze wyznań stwierdziła, że „zmorą szkoły” są rodzice. Jej szef (łączymy kropki - chodzi oczywiście o sympatię polityczną) prawdziwy macho, twardziel stwierdził, iż „dzieci to udręka”. Mamy wiec komplet. Dzieci „to udręka”, rodzice to „zmora” - wniosek prosty po likwidacji religii w szkole, zlikwidować „dzieci” i „rodziców” (albo odwrotnie - kolejność nie ma tu znaczenia) , a zaraz potem Szkołę. Nie będzie produkcji idiotów i kolejek na wyjazd do zbierania szparagów. Niszczy się możliwości defensywne, świadomość historyczną i związki z Kościołem, polski przemysł i rolnictwo, szkołę. Będzie wreszcie pustka i święty  spokój, a wcześniej ZDRADA.

Piotr Łysakowski.  

Danger[W Londynie 5.05.26]. 

 

=========================================================================

Nauka potrzebuje etyki.

 Nauka potrzebuje etyki. Fizyka nie zastąpi metafizyki 

 

Czy nauka może odpowiedzieć na wszystkie pytania człowieka? A może – przeciwnie – im więcej wiemy, tym wyraźniej widzimy granice poznania? W rozmowie z Tomaszem Sypniewskim prof. Teodor Buchner z Politechniki Warszawskiej przekonuje, że bez odniesienia do wartości i refleksji metafizycznej rozwój nauki może prowadzić na manowce. Podkreśla też, że współczesna szkoła powinna uczyć nie tylko wiedzy, ale również odpowiedzialności, krytycznego myślenia i pracy nad własnym systemem wartości.

 

Tomasz Sypniewski (Stowarzyszenie Katechetów Świeckich): Czy tam, gdzie kończy się nauka, zaczyna się potrzeba wychowania aksjologicznego? Podczas spotkania z uczniami IX LO im. Klementyny Hoffmanowej w Warszawie mówił Pan, że nauka obejmuje tylko niewielki fragment rzeczywistości, a ogromna jej część pozostaje poza naszym poznaniem.

Prof. Teodor Buchner: Nauka może wspierać wychowanie do wartości, ale nie jest w stanie go zastąpić. Przekonanie, że same nauki przyrodnicze — fizyka czy biologia — wystarczą do zbudowania moralności i ładu społecznego, jest złudne. Nauka nie odpowie na wszystkie pytania, bo po prostu nie potrafi.

Już sama tradycja filozoficzna to pokazuje. Po „Fizyce” Arystoteles napisał „Metafizykę” — to, co jest poza fizyką. Taka struktura ludzkiego poznania pozostaje aktualna: każde rozwiązane zagadnienie rodzi kolejne pytania. Nauka jest niezwykle cenna jako źródło wiedzy i technologii, a także jako przestrzeń zachwytu nad porządkiem, pięknem, symetrią i logiką świata. Ten zachwyt bywa bardzo bliski doświadczeniu religijnemu.

Jednak szkolne nauczanie przedmiotów przyrodniczych koncentruje się przede wszystkim na faktach, a nie na filozofii nauki czy jej metafizycznym wymiarze. Tymczasem kontakt z nauką może prowadzić do pokory. Zamiast ulegać pysze, że rozumiemy już niemal wszystko, warto uczciwie przyznać, że złożoność natury nas przerasta.

Na każdej lekcji nauk przyrodniczych można postawić pytanie, na które odpowiedź brzmi: „tego nauka jeszcze nie wie”. I właśnie to jest ważne. Nauka bardzo wspiera rozwój aksjologiczny, o ile nie każemy jej udawać, że zna odpowiedź na każde pytanie. Przestrzeń dla tajemnicy, metafizyki i szeroko rozumianej wiary jest istotną częścią ludzkiego doświadczenia. Fizyka nie zastąpi metafizyki.

Wspomniał Pan, że niektóre pytania — na przykład o początek życia — mogą okazać się jałowe, jeśli nie przekładają się na konkretne życie człowieka. Czy współczesna szkoła nie skupia się zbyt mocno na przekazywaniu wiedzy, a zbyt mało na pytaniach o sens, cel i kierunek życia?

W moim przekonaniu w szkole zbyt często pomijamy naukę jako proces, a koncentrujemy się na samej faktografii. Tymczasem wiedza powstawała przez kolejne przełomy i rewolucje, a jej rozwój zawsze był osadzony w realiach historycznych, społecznych i kulturowych.

Historia nauki pokazuje nie tylko odkrycia, lecz także piękne życiorysy ludzi, którzy odnaleźli sens życia w rozwiązywaniu zagadek świata. Jeśli chcemy budować społeczeństwo oparte na wiedzy, musimy pokazywać młodym ludziom, ile ta wiedza kosztowała wysiłku i jak bardzo może być fascynującą drogą życiową.

Przykłady są liczne. Thomas Edison mówił, że znalazł tysiące sposobów na to, by coś nie działało, zanim odnalazł ten jeden właściwy. Maria Skłodowska-Curie pokazuje z kolei nie tylko naukowy geniusz, lecz także wytrwałość, odwagę i cenę życiowych wyborów. Każdy szkolny przedmiot ma potencjał wychowawczy, a sam proces dydaktyczny można prowadzić tak, by wzmacniał podmiotowość i sprawczość ucznia.

Sens życia warto pokazywać w sposób praktyczny — jako zespół przekonań i celów, które człowiek sam dla siebie określa najlepiej, jak potrafi, a potem rozwija w świetle podejmowanych decyzji i doświadczeń.

Podkreślał Pan, że zarówno nauka, jak i wiara dochodzą do granicy, za którą „już nie wiedzą”. Czy oznacza to, że każda postawa światopoglądowa — także naukowa — wymaga pewnego aktu zaufania? Czy szkoła powinna przygotowywać młodych ludzi do mierzenia się z takimi granicami?

Bez zaufania nie ma ani nauki, ani zdrowego życia społecznego. Dziś szczególnie wyraźnie to widzimy w epoce silnej polaryzacji i manipulacji informacyjnej. Punktem wyjścia do poszukiwania prawdy jest otwartość i odwaga, by nie ulegać lękowi.

Jednocześnie żyjemy w czasie, gdy nowe technologie, w tym duże modele językowe czy techniki deepfake, pozwalają tworzyć przekazy całkowicie sztuczne, a zarazem bardzo wiarygodne. To sprawia, że jednym z kluczowych zadań staje się umiejętne rozporządzanie własnym zaufaniem: komu ufam, dlaczego i w jakim zakresie.

Dlatego szkoła powinna uczyć zarówno racjonalności, jak i krytycyzmu. Każdy pogląd powinien być uzasadniony proporcjonalnie do swojej wagi i możliwych skutków. Trzeba badać przyczyny, przebieg i konsekwencje zjawisk — w nauce, w mediach i w życiu społecznym. Ten zdrowy dystans nie może jednak prowadzić do lęku i izolacji, bo na nich nie zbudujemy zdrowej wspólnoty.

Zauważył Pan, że społeczeństwo opiera się na wartościach i zaufaniu, które często są „niewidoczne, bo oczywiste”. Co dzieje się ze społeczeństwem, gdy przestaje świadomie przekazywać te wartości kolejnym pokoleniom?

Podaję często przykład sformułowany przez futurologa Francisa Fukuyamę: kiedy wjeżdżam na most, nie zastanawiam się, czy inżynier dobrze go zaprojektował, inwestor właściwie odebrał, a nadzór techniczny odpowiednio dba o jego stan. To przestrzeń zaufania, bez której cofalibyśmy się do czasów jaskiniowych.

Już najprostsza wspólnota zakłada przewidywalność, odpowiedzialność i wypełnianie swoich ról. Można to nazwać kontraktem społecznym. Jego realizacja wymaga wysiłku i odpowiedzi na pytanie, w imię czego ten wysiłek podejmujemy. Dlatego tak boleśnie przeżywamy nadużycie zaufania — zarówno w relacjach osobistych, jak i w życiu zawodowym.

Warto młodym ludziom jasno mówić, że życie polega także na podejmowaniu i wypełnianiu zobowiązań wobec innych. To właśnie tworzy tkankę społeczną. Człowiek pozbawiony wymiaru wspólnotowego i zdolności budowania zdrowych relacji opartych na zaufaniu cofa się w rozwoju, nawet jeśli bardzo wysoko ceni własną doskonałość.

Powiedział Pan, że religia jest dla Pana siłą, która mobilizuje do pracy nad sobą i uznania własnej niedoskonałości. Czy współczesna edukacja daje młodym ludziom przestrzeń do takiej pracy nad sobą? Czy bez tego możliwy jest dojrzały rozwój człowieka?

Akceptacja siebie takim, jakim się jest, stanowi fundament rozwoju. W tym punkcie psychologia i religia mówią jednym głosem. Dopiero na takim gruncie można budować rozwój duchowy, osobisty i zawodowy.

Tę przestrzeń trzeba jednak świadomie tworzyć. Można to robić choćby przez odwołanie do biografii wybitnych ludzi nauki, którzy łączyli kompetencję z pokorą. Niestety w naszym społeczeństwie nadal silne jest przekonanie, że jeśli nie jesteś najlepszy w szkole, to jesteś niewiele wart. To bardzo szkodliwy wzorzec.

Kult „najlepszego ucznia” łatwo prowadzi do pychy i fałszywego samozadowolenia, zamiast uczyć pokory, samoświadomości i odpowiedzialności. Tymczasem akceptacja własnych mocnych i słabych stron jest konieczna choćby dla przedsiębiorczości. Bez samoświadomości staje się ona pustym hasłem, bez granic — bożkiem, a bez odpowiedzialności i pracy — jedynie iluzją sukcesu.

Współczesna edukacja bywa skażona tym samym kultem, który dominuje w mediach i życiu społecznym: kultem intelektu, zdrowia, urody, kariery za wszelką cenę i bezwzględnej samorealizacji. Tymczasem rozwój człowieka nie tylko jest niemożliwy bez wysiłku, ale musi wychodzić od szacunku do tych talentów, które posiadamy. To prawda, której często nie chcemy słyszeć, ale młodym ludziom trzeba pomagać ją przyjąć — zdrowy rozwój odbywa się bez pogardy dla własnej niedoskonałości, bez nienawiści do własnego ciała czy charakteru.

Niedoskonałość nie jest wadą konstrukcyjną człowieka, ale częścią naszej kondycji. Dlatego tak ważne jest mobilizowanie woli do pracy nad sobą. Ona również jest niedoskonała i chętnie wybiera wygodę. Dojrzały rozwój wymaga więc wysiłku, ale wysiłku podejmowanego z miłością i akceptacją.

Zwracał Pan uwagę, że nauka rozwija się poprzez ciągłe kwestionowanie i rewizję stanowisk. Czy podobnej postawy — refleksyjnej i odpowiedzialnej — nie powinniśmy kształtować również w obszarze moralności? Czy nauka bez odniesienia do wartości może prowadzić do błędnych decyzji?

Moralność z definicji zakłada nieustanne badanie postaw i czynów. Jednym z fundamentów zdrowej rodziny jest zdolność do rewizji własnych poglądów w sytuacji konfliktu, do uczciwej oceny, a czasem także do przyjęcia decyzji, której w pełni jeszcze nie rozumiemy.

W tym sensie praca naukowa uczy zdrowego schematu refleksji: odwagi stawiania pytań, korygowania błędów i przyjmowania konsekwencji, nawet jeśli są trudne. Taka postawa jest potrzebna również w życiu moralnym.

Jednocześnie nauka bez odniesienia do wartości może prowadzić do bardzo poważnych błędów. Konflikt oparty na zasobach można rozwiązywać, ale konflikt wartości bywa nierozwiązywalny. Historia XX wieku pokazała to boleśnie. W nauce dotyczy to choćby eksperymentów na ludziach, prób „ulepszania” człowieka czy przekraczania granic biotechnologii. Granice etyczne muszą być jasno postawione.

Dlatego tak ważne jest pytanie nie tylko o to, co jest technicznie możliwe, ale także o to, czy wolno nam to robić i po co chcemy to robić. Nauka sama z siebie nie wyznacza takich granic.

W debacie publicznej pojawia się dziś postulat wzmocnienia wychowania aksjologicznego — m.in. poprzez obecność religii lub etyki w systemie edukacji. Czy z perspektywy naukowca widzi Pan potrzebę systemowego zapewnienia młodym ludziom przestrzeni do refleksji nad dobrem i złem?

Tak, zdecydowanie. To właśnie etyka bada motywacje badań naukowych i pomaga wyznaczać ich granice. W tym sensie można powiedzieć, że jest ona meta-poziomem refleksji nad nauką, bo stawia pytania antropologiczne i metafizyczne.

Skoro coś jest technicznie możliwe, czy to znaczy, że należy to zrobić? Dlaczego tak bardzo przejmują nas manipulacje medialne i kłamstwo w życiu publicznym? Dlaczego badania biotechnologiczne podlegają ocenie komisji bioetycznych? Właśnie dlatego, że nauka sama nie potrafi stawiać sobie granic w sposób wystarczający.

Zawsze znajdą się ludzie gotowi przekroczyć bardzo daleko idące granice w imię ciekawości, zysku, lęku albo pychy. Naukowcy nie są od tego wolni. Są po prostu ludźmi, tyle że wyposażonymi w ogromne możliwości. Dlatego młodzi ludzie muszą mieć zapewnioną przestrzeń do refleksji nad dobrem i złem. Wiedza naukowa bez uzupełnienia o wymiar etyczny nie wystarcza do odpowiedzialnego funkcjonowania ani w świecie ani w samej nauce.

Czego dziś bardziej brakuje młodym ludziom: wiedzy czy wartości?

W epoce dużych modeli językowych i cyfrowych narzędzi dostęp do wiedzy jest pozornie bardzo łatwy. Problemem staje się raczej jej jakość oraz umiejętność krytycznej oceny niż sam dostęp. Natomiast dużo mniej miejsca poświęcamy dziś wartościom i temu, jak używać ich w życiu.

Bardzo wyraźnie widać to w takich rolach jak nauczyciel, wychowawca, rodzic czy menedżer. To role głęboko zakorzenione w wartościach i postawie. Zespół szybko zobaczy każdą wadę swojego lidera, dzieci niezwykle trafnie odczytują nieszczerą postawę rodziców lub ich hipokryzję, a uczniowie są bardzo wyczuleni na niespójność nauczyciela.

Mam wrażenie, że wielu młodym ludziom brakuje dziś świadomości, jak ważna jest praca nad własnym systemem wartości, nad zdolnością uczciwej oceny własnych czynów, słów i myśli. Drugim istotnym elementem jest stała praca nad sobą — prowadzona nie z lęku czy pogardy wobec siebie, ale z miłości i akceptacji.

 

Prof. Teodor Buchner – fizyk, pracownik naukowy Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej. Specjalizuje się w zastosowaniach fizyki w kardiologii, inżynierii biomedycznej oraz naukach o życiu, a także w badaniach nad układami złożonymi. Autor i współautor publikacji naukowych z zakresu fizyki medycznej i biofizyki. W swojej pracy łączy kompetencje naukowe z refleksją nad filozofią nauki oraz jej znaczeniem dla rozwoju człowieka i społeczeństwa.

 

wywiad prowadzil red. Tomasz SYPNIEWSKI

 

fot. Tomasz Sypniewski

publikacja 19.04.2026 r. 1773782387977

 

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Dzieci są darem od Boga i wzorem pokory dla dorosłych [Mt 18,1-4]

  • Ewangelia Mateusza 18,6 (podobnie Mk 9,42 i Łk 17,2):

„Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej, żeby kamień młyński zawieszono mu u szyi i utopiono go w głębi morza.” 

  • Mateusza 18,10: „Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych, albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.”
  • Mateusza 19,14 (i paralele): „Zostawcie dzieci i nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie, bo do takich należy królestwo niebieskie.” Jezus broni dzieci przed odrzuceniem i traktowaniem ich jako mniej ważnych. 

  • Dzieci są darem od Boga (Ps 127,3) i wzorem pokory dla dorosłych (Mt 18,1-4).

„Piękny widok” komentuje Europejka płonący w Wielki Piątek (dzień po rocznicy śmierci Jana Pawła II i o 15 popołudniu) Krzyż papieski, przeniesiony w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, na ulicę Rzymowskiego z Placu Zwycięstwa po serii antyreżimowych demonstracji i sbeckiej prowokacji z wsadzonymi do wnętrza Krzyża symbolu ulotkami. Wyrafinowana, delikatna i kulturalna kobieta , nie da się ukryć – nie ma przypadków są tylko znaki chciałoby się rzec. Symbol wykorzenienia i odpolaczenia tak ważny dla postępaków, szkoda słów. Szkoda ale trzeba i o tym moralnym chlewie (może lepiej gnojowisku) wspomnieć. Na marginesie zwróćmy uwagę na to, że Policja szybciutko, sprawnie i przy okazji stwierdza, że Krzyż „sam się podpalił”, znaczy się płonące w jego okolicy znicze dokonały tego „samopodpalenia”, inaczej być przecież nie mogło. 

Świat zwariował chciałoby się rzec - w Kłodzku miłośnicy zwierzątek i dzieciaczków (dziwnym trafem też mocno związani ze strukturami energicznie zwalczającymi i piętnującymi „nacjonalizm” i „chrześcijańsko średniowieczny ciemnogród”) urządzali sobie hulanki i swawole takie, że nieboszczyk Epstein, by się nie powstydził. Jeśli czytamy komentarze wiodących mediów to wydawać, by się mogło , że to wszystko w imię miłości do „braci mniejszych”. Miłość, miłością a i tak generalnie to wszystko wina „faszystów i Katoli”, bo gdyby nie księża „pedofile” i „złodzieje” nikomu by coś takiego do głowy nie przyszło. Dali przecież dziesiątki przykładów, a że robiono z tych zabaw i igraszek filmiki, które efektywnie monetyzowano (w różnych częściach świata) to przecież nie dziwota, postęp jest, a jak jest to trza zeń korzystać i jeszcze przy okazji trochę grosiwa przytulić. To wypłacane z Naszych kieszeni to widać zbyt mało, trzeba więcej. Kilometrówki i ryczałty mieszkaniowe już nie wystarczają, frajerów trzeba golić ! 

A teraz cicho sza „Tylko nie mów nikomu”, to tak żebyście wszyscy wiedzieli o czym milczeć , a o czym krzyczeć i co piętnować bezlitośnie. A jak nie zrozumiecie co i jak, to w mordę możecie dostać tak jak dziennikarz Republiki co to chciał się za dużo dowiedzieć od pani marszałek (vice). Pytanie było niby proste, jak to jest, że pani skazana za te obrzydlistwa (w pierwszej instancji) ściśle współpracowała z „lokalną” baronową będącą równocześnie wspomnianą wyżej vce marszałek Sejmu (nie tylko zresztą z nią czego dowodzą liczne sweet fotki). Tej z kolei nie wolno ruszyć bo … no bo „towariszcz marszał” (będzie o nim jeszcze) „skazał nie nada”. Nie ma więc i nie będzie dyskusji o możliwych związkach wspomnianej baronowej z kłodzko - europejskimi Epsteinami. Nie będzie też jej dymisji, bo mówić o tym to „być niedobra rzecz”. Gdyby to był jakiś ksiądz to, oczywiście byłaby zupełnie inna sprawa. Przy okazji zastanawia przyczyna, dla której aż tylu (bo to chyba udokumentowane dobre dziesięć przypadków tego moralnego gnojowiska i syfu – jeśli się mylę to przepraszam) dewiantów zgromadziło się w okolicy europejskich i demokratycznych struktur? Potrafi ktoś odpowiedzieć ? No dobra słyszę ciszę, nie będziemy się więc nad tym zatrzymywać, bo i po co ?  Czasami wyć się chce z bezradności, bo z kim i o czym tu rozmawiać, kogo przekonywać i do czego skoro jest tak pięknie, demokratycznie i dostatnio, a wszyscy którzy o cokolwiek pytają to sypiący „piach w tryby” poplecznicy bandziora z adresem przy „Krasnoj Płoszczadi” (albo i gdzie indziej, kto go tam ostatecznie wie). 

Teraz jeszcze sekundka o Wołodii, co to zaprzysiągł ostatnio paru sędziów w obecności ważnej sejmowej ściany i nieobecnego (ale obecnego, albo odwrotnie) Prezydenta RP, którego wspomniany Wołodia z kacapskimi koneksjami i bez dostępu do informacji niejawnych (tajnych i ściśle) oskarża o koneksje z pułkownikiem KGB, a przy okazji „Unser Mann in Warschau” obwinia Prezydenta o „sabotaż”. Gdzieś tam przy okazji tego cyrku i kpiny z Państwa „towariszcz marszał” wspomniał o tym, że „…brunatne łapy…” (to chyba było w kontekście protestów opozycji wobec robienia sobie jaj z prawa) nie będą miały wpływu na prawną rzeczywistość, a Trybunał Konstytucyjny wyszedł z „…mroku pisoskiej nocy” i trzeba dbać o prestiż tego „urządu” (kolejny po „inteligientach” potworek językowy tego erudyty, mistrza mowy ojczystej i człowieka wysokiej kultury osobistej). Gość mający za sobą cały nierozliczony do dziś spadek i będący bezpośrednim spadkobiercą tych co to mają „czerwone łapy”, nie tylko metaforycznie, ale bezpośrednio ubabrane polską krwią, których do dziś nie rozliczono z popełnionych zbrodni (!!!) skrzeczy coś w stylu późnego Gomułki z pianą w kącikach ust (jestem tak stary, że „to” pamiętam)  o „…brunatnych łapach…”. Obrzydlistwo, nie mniejsze niż wspomniane wyżej panie plujące na krzyż i uciekające od odpowiedzialności za zbrodnię pedofilii oraz nieopanowaną miłość do zwierzątek. I co, i nic „końce w wodę” ! 

Przy okazji trudności finansowych Państwa Polskiego warto wspomnieć, że w roku ogłoszonym „rokiem diagnostyki” ścięto limity badań diagnostycznych, skazując przy tym dziesiątki osób (i starszych i młodszych) na śmierć. Warto więc przy okazji przypomnieć jeden ze 100 konkretów (na 100 dni) – „zniesiemy limity…” wykrzykiwało ze sceny przed rozentuzjazmowanymi Europejczykami dwóch pajaców. Europejczycy uwierzyli i wierzą do dzisiaj. A ci dwaj nabuzowani półinteligenci obiecali i faktycznie znieśli limity. To dokładnie tak jak ze wspominanym przeze mnie kiedyś paliwem „…a teraz …może być nawet po 7 PLN…” – jest jeszcze lepiej dziś tankowałem diesla po 7.65 i co „łyso Nam” ? Tak samo jest z limitami diagnostyki wszelakiej (w tym tej banalnej) - cztery tygodnie temu (przychodnia na w centrum Warszawy – podstawowa diagnostyka od 7 do 10.00) o godzinie 8.30 nie dostałem się na najprostsze badanie krwi byłem 43 a „limit” wynosił 42 osoby. I znowu zapytam i co „łyso Nam” i od razu odpowiadam tak „łyso”, tak zresztą jak premierowi z nieudolnie maskowaną od dłuższego czasu łysiną ? A w tym czasie, gdy dziesiątki ludzi martwi się o własne i swoich bliskich zdrowie i (niestety) życie, senator, pan i władca, reprezentant narodu wpiernicza się bez kolejki do szpitala z własnym lekarzem bo synkowi paznokieć przerósł. Inny pan, nie mając śladu uprawnień do prowadzenia takiego pojazdu, porywa karetkę wraz z osprzętem, by dowieźć do szpitala bliską swojej parlamentarnej koleżanki. Oczywiście nie muszę dodawać z jakiej formacji oboje politycy się wywodzą. Nie muszę prawda !? A ty palancie płacący swoje składki na ZUS siedź na SORze i czekaj pięć , osiem albo i więcej godzin, może przyjmą !? „Taka Tuka Land”, czy może lepiej „…w Polsce Tuska czyli nigdzie…”. Chce się rzygać ? Ano się chce, to rzygajcie do woli będzie Wam lżej ! Znaleziono sztandar 68 Pułku Piechoty, na renowację Muzeum Ziemi Sochaczewskiej potrzebuje kilkaset tysięcy złotych, co robi Ministerstwo Kultury ? Pokazuje patriotom i pasjonatom polskiej historii przysłowiowego „wała”. Nie damy złamanego szeląga, komu potrzebna renowacja jakiejś tam „szmaty”. Polska historia, Polska, po co to komu ? Nie to co kabotyn uchodzący za poetę i lejący się w freak fightach po psyku z jakimiś podobnymi sobie kretynami. Ten dostanie kasę na poetycki bełkot o aborcji. Idziemy w dobrą stronę, tak trzymać i wybierać przyszłość. Jaką ? 

Po co o tym wszystkim piszę, przecież to niby oczywiste. No niby tak ale „niby” czyni wielką różnicę bo zmierzamy w kierunku niebytu państwowego i narodowego i jeśli będziemy milczeć to skończy się nie tylko anihilacją Polski ale wcześnie rozlewem krwi (obym był złym prorokiem). Na koniec proszę zwróćmy uwagę na jedną kwestię, twierdzi się, że były Marszałek Sejmu Hołownia przyjmując przysięgę od Karola Nawrockiego zapobiegł zamachowi stanu. Nic bardzie błędnego, „zamach stanu” w formie nieco zakamuflowanej trwa od 13 grudnia 2023 a postawa Hołowni (wykonał TYLKO obowiązki wynikające z KONSTYTUCJI RP !!!) nieco opóźniła jego wcielanie w życie. 

Recepty na niszczącą Polskę chorobę są znane , problem w tym, że broniąc demokracji zastosować ich nie można , a pytanie jak to się wszystko skończy nurtuje mnie od dawna.

Piotr ŁYSAKOWSKI, 

WARSZAWA, 16.04.2026R.

JPII przyjaciel dzieci

[zdjęcie - rysunek dzieci ze szkoly w Łańcucie]

 

 

       =======================================================================

   

Religia i etyka jako fundament wychowania. Mówi wybitny pedagog p. Andrzej Wołosewicz. Rozmowa specjalnie dla KSD !

 

Religia i etyka jako fundament wychowania. Rozmowa z Andrzejem Wołosewiczem

Czy szkoła może wychowywać bez odniesienia do wartości? O potrzebie edukacji moralnej, wrażliwości młodych ludzi oraz miejscu etyki i religii w systemie oświaty mówi Andrzej Wołosewicz – nauczyciel etyki i filozofii, autor podręczników.

„Nic nie jest tak potrzebne jak kształcenie ku wartościom”

Tomasz Sypniewski (Stowarzyszenie Katechetów Świeckich): Panie Andrzeju, chciałbym zapytać na początku o Pana doświadczenie. Czego wieloletnia praca nauczyciela etyki nauczyła Pana w podejściu do młodego człowieka i jego potrzeb?

Andrzej Wołosewicz:
Kiedy mówię o swoim doświadczeniu, to przede wszystkim mam na myśli bardzo konkretną praktykę – jako ojca, dziadka i nauczyciela. To właśnie bezpośredni kontakt z młodymi ludźmi jest dla mnie najważniejszym źródłem refleksji.

Oczywiście ważne są również moje doświadczenia zawodowe: praca nad podręcznikami do etyki czy materiałami dla maturzystów. Natomiast z perspektywy lat mogę powiedzieć jedno – coraz wyraźniej widzę, jak bardzo potrzebne jest kształcenie ku wartościom.

Mam doświadczenie pracy w szkole podstawowej, gdzie uczniowie uczestniczyli zarówno w lekcjach etyki, jak i religii. Było to możliwe organizacyjnie i funkcjonowało dobrze. Po ponad dwudziestu latach pracy jestem przekonany, że nic nie jest dziś tak potrzebne, jak właśnie wychowanie do wartości.

Niepokoi mnie natomiast to, że zamiast się na tym koncentrować, my – dorośli – często wikłamy się w spory, które odciągają nas od tego, co najważniejsze.

Etyka jako nauka praktyczna – od samego początku życia

Tomasz Sypniewski: Jak rozumie Pan miejsce etyki w edukacji szkolnej?

Andrzej Wołosewicz:
Odwołam się tutaj do klasycznego podziału Arystotelesa, który wyróżniał nauki teoretyczne, wytwórcze i praktyczne. Do tych ostatnich zaliczał etykę – jako dziedzinę zajmującą się zasadami właściwego postępowania w życiu prywatnym i społecznym.

To bardzo ważne rozróżnienie. Etyka nie jest tylko teorią – dotyczy naszego codziennego życia, naszych relacji, naszego zachowania wobec innych ludzi.

Zawsze mówię uczniom i rodzicom: etyka to przedmiot inny niż wszystkie. Nie chodzi w nim o to, ile wiemy, ale o to, jak żyjemy i jak się zachowujemy wobec drugiego człowieka.

I w tym kontekście pojawia się zasadnicze pytanie: od kiedy powinniśmy uczyć etyki?

Moim zdaniem – od samego początku. Człowiek od pierwszych chwil życia funkcjonuje w relacjach. Nawet relacja matki do nienarodzonego dziecka ma już wymiar moralny.

Dlatego mówię czasem obrazowo, że żyjemy w „zupie aksjologicznej” – nasze życie jest od początku zanurzone w świecie wartości. Nasze zachowania są oceniane, wpływają na innych, niosą konkretne skutki.

Z tego punktu widzenia pytanie, czy wychowywać do wartości, wydaje się wręcz niezrozumiałe.

Podstawa programowa bardzo jasno to ujmuje: chodzi o budowanie wrażliwości moralnej, empatii, szacunku dla godności człowieka oraz zdolności odróżniania dobra od zła. To jest sedno etyki.

„Młodzi są bardziej wrażliwi, niż nam się wydaje”

Tomasz Sypniewski: Jakie pytania moralne i egzystencjalne najczęściej pojawiają się dziś wśród młodzieży?

Andrzej Wołosewicz:
Po wielu latach pracy widzę pewną dwoistość. Z jednej strony młodzi ludzie wydają się bardziej zamknięci, trudniejsi w bezpośrednim odbiorze. Z drugiej strony – gdy nawiąże się z nimi kontakt – okazuje się, że są niezwykle wrażliwi.

Często nawet bardziej niż my, dorośli. My jesteśmy już w pewnym sensie „uodpornieni” przez życie, natomiast oni reagują bardzo intensywnie.

Lubię używać takiego porównania: my jesteśmy jak piłka lekarska, a oni jak piłeczka pingpongowa – znacznie bardziej podatni na zranienie.

Interesują ich także tematy trudne, graniczne – takie jak kara śmierci czy eutanazja. To pokazuje, że naprawdę chcą rozróżniać dobro i zło, chcą szukać odpowiedzi.

Wyzwaniem jest jednak to, aby te wielkie pytania przełożyć na codzienne życie. Bo w praktyce większość naszych wyborów dotyczy prostych sytuacji: czy okażę komuś szacunek, czy ustąpię miejsca, czy będę życzliwy.

„Młodzi nie są mniej wrażliwi – są bardziej zagubieni”

Tomasz Sypniewski: Czy dostrzega Pan zmiany w kolejnych pokoleniach uczniów?

Andrzej Wołosewicz:
Tak, i to bardzo wyraźne. Odwołam się do własnych doświadczeń – pracowałem kiedyś jako wychowawca w internacie szkoły budowlanej, sam też byłem wychowankiem internatu.

Młodzież sprzed lat miała – powiedziałbym – mocniejszy kręgosłup aksjologiczny. Dziś młodzi nie są mniej wrażliwi, ale są bardziej zagubieni.

Dużą rolę odgrywa tu środowisko, w którym funkcjonują – także to cyfrowe. Jeśli rodzice nie interesują się tym, czym żyje ich dziecko w tej przestrzeni, trudno mówić o pełnym wychowaniu.

Dlatego tak ważne jest, aby młodym ludziom „podać rękę” – pomóc im odnaleźć się w świecie wartości.

Wychowanie do wspólnoty zaczyna się w szkole

Tomasz Sypniewski: Jaką rolę odgrywa w tym procesie szkoła?

Andrzej Wołosewicz:
Szkoła jest miejscem, gdzie młody człowiek uczy się życia we wspólnocie. I tu pojawia się zasadnicze pytanie: na jakich wartościach ta wspólnota ma się opierać?

Te wartości są w gruncie rzeczy wspólne dla wszystkich – nie kradnij, nie zabijaj, nie kłam. To fundament.

Wychowanie do wartości nie jest więc dodatkiem do edukacji – jest jej istotą.

Etyka jako przedmiot formacyjny

Tomasz Sypniewski: Czy etyka powinna być przede wszystkim przedmiotem praktycznym?

Andrzej Wołosewicz:
Zdecydowanie tak. Etyka powinna być przedmiotem formacyjnym, a nie tylko historią filozofii.

Najważniejsze jest to, jak dotrzeć do młodego człowieka i pomóc mu rozwijać wrażliwość moralną. To proces podobny do wychowania w rodzinie – często pokazujemy, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi.

Kiedy pytam ucznia przyłapanego na oszustwie, czy chciałby być oszukiwany, odpowiedź zawsze jest przecząca. To pokazuje, że fundament moralny w młodych ludziach istnieje – trzeba go rozwijać.

Obowiązkowa religia i etyka – uporządkowanie systemu

Tomasz Sypniewski: Poparł Pan projekt ustawy dotyczący obowiązkowej religii i etyki – określany przez jego autorów jako „TAK dla religii i etyki w szkole”. Dlaczego?

Andrzej Wołosewicz:
Poparłem ten projekt z prostego powodu – ponieważ uważam, że wychowanie do wartości jest konieczne.

Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że ani religia, ani etyka nie stanowią zagrożenia dla uczniów. Pracowałem z wieloma nauczycielami – nie spotkałem się z sytuacją, w której ktoś byłby krzywdzony przez tego typu zajęcia.

Natomiast obecny system jest niespójny. Możliwość dowolnego rezygnowania z zajęć w trakcie roku zaburza proces wychowawczy.

Jeśli uznajemy, że wartości są ważne, to powinniśmy zapewnić im stabilne miejsce w systemie edukacji.

Podkreślę: jeszcze nikt nikogo nie skrzywdził, ucząc go dobra.

„Nie pytanie czy, ale jak”

Tomasz Sypniewski: Co należałoby zmienić, aby nauczanie etyki i religii lepiej służyło uczniom?

Andrzej Wołosewicz:
Najważniejsze pytanie brzmi nie „czy”, ale „jak”.

Zgadzam się, że uczniowie są przeciążeni. Dlatego trzeba odchudzić programy nauczania – ale nie kosztem wychowania do wartości.

Można racjonalnie uporządkować treści w innych przedmiotach, aby zrobić przestrzeń dla tego, co naprawdę ważne.

„Chcemy mieć wokół siebie ludzi lepszych”

Tomasz Sypniewski: Czego życzyłby Pan polskiej szkole?

Andrzej Wołosewicz:
Życzyłbym, abyśmy potrafili spokojnie i odpowiedzialnie uczyć młodych ludzi wartości – niezależnie od nazwy przedmiotu.

Nie chodzi tu o spór ideologiczny, ale o dobro wspólne.

Czy chcemy żyć w społeczeństwie ludzi uczciwych, wrażliwych, odpowiedzialnych? Jeśli tak, to musimy ich tego uczyć.

To jest nasza wspólna odpowiedzialność.

Nota o rozmówcy

Andrzej Wołosewicz (ur. 1958) – filozof, poeta, krytyk literacki, nauczyciel i wychowawca. Od 2005 r. członek Związku Literatów Polskich. Współautor podręczników do etyki w szkole podstawowej. Nauczyciel etyki i filozofii w IX Liceum Ogólnokształcącym im. Klementyny Hoffmanowej w Warszawie. Autor tomików poezji. Wieloletni doradca metodyczny w zakresie filozofii i etyki w Warszawskim Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń. W zawodzie nauczyciela od 40 lat.

 KSD dziękuje Stowarzyszeniu Katechetów Świeckich za przeprowadzenie i udostępnienie tak ważnej dzisiaj rozmowy !

fot. Tomasz Sypniewski

Warszawa, 15.04.2026T.Sypniewski fot.1

 

 

                 ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++ 

WIELKANOCNIE Z MEKSYKU 2026 - ALLELUJA !

ALLELUJA ! Z MEKSYKU Katolickie Słowo Dziennikarki !

red. MIRELA WARSZ 

Stare powiedzenie mówi: „Wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma”. A może jednak czasem dobrze jest wychylić nos i zobaczyć na własne oczy jak naprawdę wygląda rzeczywistość? Niedawno miałam przyjemność zrealizować jedno z największych marzeń - odwiedzić i poznać Meksyk, o którym krążą różne opowieści, mity i legendy, zwłaszcza w kwestiach wiary. 

Dotychczas świat meksykański znany był mi głównie z telenowel latynoskich,które są moją pasją od ponad 27 lat. To wtedy zaczęła się moja podróż, gdzieś między odcinkami „Esmeraldy”, kiedy jako dziecko zakochałam się w świecie telenowel. Od tamtej pory chciałam osobiście poznać Matkę Bożą z Guadalupe, którą Meksykanie tak kochają i czczą. Wiedziałam o tym, ale gdy zobaczyłam na własne oczy jak bardzo wiara jest dla Meksykan ważna i to nie jakaś przerysowana, ale realnie w czasie Mszy, gdzie dookoła było wiele innych atrakcji do wyboru, a jednak w niedzielny wieczór kościół był pełen ludzi. W innym mieście, usłyszałam „Barkę” w języku hiszpańskim. Widziałam wiele pomników Jana Pawła II. Meksykanie mówią, że bardzo Go kochają. Widziałam ołtarzyki ze stacjami Drogi Krzyżowej przed każdym domem, na każdej ulicy, w całym miasteczku. Z kościoła wyruszyło kilka mniejszych procesji i każda udała się na daną ulicę, by ostatecznie złączyć się w jedną i dotrzeć do innego kościoła w tym miasteczku. 

Widziałam we wszystkich restauracjach, które odwiedziłam ołtarzyki i krzyże na ścianach. Pomyślałam nawet, że może kościoły zostały przerobione na tego typu miejsca? W Irlandii się z takimś czymś zetknęłam, czemu więc nie tu? Ależ nie! Mówili: Właściciele restauracji są bardzo wierzący! Nie było miejsc publicznych, gdzie nie było wizerunku Matki Bożej z Guadalupe. Nawet w supermarketach, na targach i przy wejściu do toalet [!]. Nikomu absolutnie to nie przeszkadza. Jasne, że praktyka wiary wynika z kultury i tradycji. Zdziwiło mnie, że nigdy nie słyszeli o Pięciu przykazaniach kościelnych, o poście w piątki i itp. To różnicę tradycji religijnych, wewnętrzne zasady Kościołów.

Mój wyjazd do Meksyku nie był stricte parafialną pielgrzymką. Jeździliśmy i zwiedziliśmy ten kraj i pod względem kulturowym, i archeloogicznym, i światopoglądowym, a ja dodatkowo jeszcze pod kątem moich pasji, religii i wiary. Oczywiście! Ktoś powie: a co z kultem śmierci, świętem zmarłych itp.? Animowany film Disneya „Coco” bardzo dobrze to odzwierciedla. Gdyby jednak porównać i odnieść to do naszych tradycji – i to jest to co nas łączy – ostatecznie można dojść do wniosku, że pamięć i modlitwa za zmarłych tak samo dla Meksykanów jak i dla nas jest ważna i potrzebna, a sama zaś śmierć jako przypomnienie, że nadejdzie, jest przejściem do miejsca, do którego każdy z nas zmierza. Warto skupiać się na tym co nas łączy, a nie na tym co nas dzieli. Po tej przygodzie jeszcze bardziej Meksyk stał się mi bliższy i zainspirował mnie do tego, aby tam wrócić. 

   Radość i duma z  wiary, okazywanie jej nie tylko od święta, ale na codzień, to jest to czego Meksykanom po prostu zazdroszczę.

/ZDJĘCIA: red Mirela Warsz@. /

/korepsondencja Wielkanocna z Meksyku, kwiecień 2026/MEKSYK 1MEKSYK 2MEKSYK 4MEKSYK 5MEKSYK 6 

 

__________________________________________________________________________________

 

Ps 101:7 – „Kto mówi kłamstwa, nie będzie mieszkał w moim domu”

Przysłów 6:16-19
„Sześć rzeczy ma Pan w nienawiści, a nawet siedem Mu obrzydłych: […] język kłamliwy, […] fałszywy świadek, który szerzy kłamstwa.”

Ef 4:25 – „Odrzuciwszy kłamstwo, niech każdy z was mówi prawdę bliźniemu swemu”

IMG 5019

Minister Żurek , ponad dwadzieścia nieruchomości o wartości około ośmiu dużych banieczek. Zazdrościcie „zakute łby” ? Nie każdy przecież tak pięknie chroni swoje dzieci i jeszcze potrafi w biznes, prawda ? Póki co nikt nie sprawdził w jaki sposób zgromadził taki majątek. Tu na marginesie przypomina mi się własna historia jaką przed laty. Podczas pobytu stypendialnego z Berlinie Zachodnim (tak, tak było coś takiego jak Berlin Zachodni) kupiłem sobie za 500 DM swój pierwszy samochód = używany kilkunastoletni VW „Garbus”. Pieniądze jak na niemieckie warunki były, w zasadzie, niewielkie na polskie zaś dość duże. Szybko po zakupie i zarejestrowaniu auta „zgłosił się” do mnie urząd skarbowy. Skąd pieniądze na samochód, jak zostały zarobione, itd., itp ? Sprawa została wyjaśniona i zamknięta. Piszę o tym dlatego, że podobnej aktywności nie dostrzegam (nie dostrzegłem) w odniesieniu do wspomnianego szefa polskiego wymiaru sprawiedliwości, a pieniądze jakie obaj wydaliśmy na swoje zachcianki są nieporównywalne, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę odstęp czasowy między tymi zdarzeniami i różnicę w zajmowanych stanowiskach. To tak na rozgrzewkę i przepraszam za „prywatę”, będzie jej jeszcze trochę. 

Teraz znowu trochę o motoryzacji. O tym co tę motoryzację napędza i polityce. „Teraz to benzyna może być k….a nawet po siedem złotych…” (sorki, cytaty w tekście są zgodne z rzeczywistością , proszę nie mieć mi tego za złe),  „…a gdyby pan był premierem to po ile byłaby benzyna, ja powiedziałem po 5.19…”, „…nie dopuszczę do tego, żeby ktokolwiek  zarobił na tej sytuacji krytycznej. My nie mamy wpływu na ceny paliw na świecie, z cała pewnością  inny Donald ma realny wpływ na to co się dzieje z paliwami…”, tyle cytatów z „króla Europy” o cenach paliw w sekwencji chronologicznej dostosowanej do aktualnych potrzeb intelektualnych elitarnego klubu i europejskiego elektoratu. Każdy kto potrafi docenić zdolności profetyczne tego „małego nic niemogącego Donalda” musi teraz powiedzieć, jest tak jak chciał. Geniusz po prostu ! Ba jest nawet dużo lepiej „diesel” prawie osiem złotych. Wreszcie mamy spełnioną z nadwyżką obietnicę przedwyborczą, udało się ! Cieszcie się frajerzy waleni w …, a w ogóle to za PiS/u było o wiele gorzej, kradli a ludzi nie było stać na cokolwiek. Nie ma tu jakiegokolwiek znaczenia, że wtedy baryłka ropy była sporo droższa. Nic to, że dolar był o wiele silniejszy niż dzisiaj, nic to że za granicą właśnie wybuchła wojna, a kraj był sparaliżowany przez C-19. Nic to że sprzedawane teraz paliwo kupowano po bardzo niskich cenach, a to drogie „wojenne” nadejdzie (!?) dopiero za kilka tygodni, wtedy dopiero będziemy się pławić w dobrobycie. To wszystko  nie ma i nie miało jakiegokolwiek znaczenia, bo teraz byczo jest – ratuj się kto może, a wy płaczcie i płaćcie na nieudaczników demolujących (w imię jakichś europejskich urojeń i czyichś zleceń) systematyczne Polskę. W końcu ktoś musi tę lukę budżetową wygenerowaną przez nieudolnych przecież poprzedników czymś zasypać. Gdyby finansami i sprawiedliwością w latach poprzednich zajmowali się fachowo tak fachowo jak dzisiaj Domański i Żurek (można też jeszcze wziąć tego co to kilkanaście mieszkań z państwowej czy samorządowej pensji sobie kupił - wybitny fachowiec przecież od mnożenia majątku) nie byłoby tych problemów. Na dodatek Ksiądz Olszewski, „Ojciec Dyrektor” z Torunia co to „Maybachem” jeździ i Ziobryści kradli na potęgę. Bezkarni „Katole” i reszta do paki, my uregulujemy finanse państwa że hohoho ! Wszyscy będziemy żyli w dobrobycie jakiego Polacy nigdy nie doświadczyli, prawda ? Będzie druga „zielona wyspa”, tylko już nie będzie gdzie jechać za pracą, bo nie będzie za co a i intratne stanowiska pracy przy zbiorze szparagów za Odrą będą zajęte przez wykwalifikowanych inżynierów i filozofów z Maghrebu. 

Proszę zwrócić uwagę na słowo „będziemy”, to klucz do narracji Tuska, „Sprawa jest skomplikowana, zajmę się tym w poniedziałek o 15.05 na konferencji prasowej”. Po czym, zgodnie z zaplanowaną i powtarzalną sekwencją zdarzeń, czekamy aż „sprawa” sama się „rozwiąże” (albo i nie) i pójdzie sobie „skorym szagom” w zapomnienie. W tzw. międzyczasie pan premier pojedzie na narty, będzie haratał w gałę ( „haratał” bo grać nie umie widziałem – piszę to jako były piłkarz mazowieckich klas niższych) albo zajmie się nakręcaniem „rolek” dla kretynów, a ci szybciorkiem zapomną o co tak naprawdę biega. I o to właśnie chodzi w tej grze, bo „cóż szkodzi obiecać”, prawda ? 

Teraz raz jeszcze krótko o „der SAFE” (czy może „die”, ewentualnie „das” – językoznawcy się jeszcze się nie wypowiedzieli). Właśnie, kilka dni temu, Pan Prezydent zawetował. Demokraci w amoku, wyją, wrzeszczą. Dostali czkawki i rozwolnienia (po niemiecku „Durchfall”, celowo nie używam słowa „sraczka”). I znowu jak poprzednio napiszę, nie ma obelgi, bluzgu, kłamstwa, które nie byłyby wyrzygane na głowę Państwa Polskiego. W chamstwie na wyprzódki ścigają się ci, którzy nie tak dawno sami pluli na polski mundur, polskiego żołnierza, kwestionowali sens budowy silnej armii, WOT i zapory na granicy Polski z Białorusią, obrażali rzeczniczkę Straży Granicznej. „Zdrajca”, „wetomat”, „zdrada stanu”. Odniesienia do „snusów”, „ustawek”, „ruskiej agentury”. „Idziemy po ciebie” bełkocze samorządowa idiotka, której się wydaje, że mówi w „imieniu Polaków”. Inna słaba na umyśle ale za to pełna europejskiej nienawiści i zła szuka „snajpera”. Wykreowany przez (chciałoby się wierzyć) nieudolnych gamoni przemysł pogardy prowadzący prostą drogą do dramatu w Smoleńsku chcą powtórzyć. Prokuratura i policja, niebywale aktywne w obronie tęczowych barw Owsiaka i innych „niepokornych” nie reagują. Po co bronić Prezydenta, a w ostatecznym efekcie Polski ? Ściek, kanalizowany medialnie, to mało powiedziane. Dziwne ale, gdy pojawiły się informacje o tym, że Tusk & friends (lepiej byłoby jednak „Freunden”) chcieli bronić Polski od Wisły na zachód nie było takiego wrzasku, no ale „…uj tam z tą Polską wschodnią…” (znowu cytat wzięty z rzeczywistości europejskiej) nie mylę się przecież ? Nie słychać było chamowatego Motyki, inteligentnego inaczej vce/premiera, czerwonego Wołodii co to „tiepier Marszałom jest” i różnych innych pseudoeuroepejskich półproduktów. Wtedy była cisza lub powiedzmy inaczej „tiszina” bo przecież właśnie „…uj tam…” i kogo, w końcu, obchodzi los mieszkańców Przemyśla, Lubaczowa czy może Suwałk i Gołdapi, nikt nikomu nie kazał mieszkać na wschodzie Polski. Na marginesie funkcjonowania w polskim życiu społecznym wyżej wymienionych przedstawicieli lewicy wypada zauważyć, że to niekwestionowany skutek „mazowieckiej grubej kreski”. Przedstawiciele i spadkobiercy nierozliczonych ze swych zbrodni komunistycznych morderców otrzymali wbrew logice i elementarnej uczciwości legitymację do zabierania głosu w „polskich sprawach” Teraz chcą czcić „ofiary wyklętych” i likwidować ulice nazwane ich imionami. O ofiarach komuny czerwone dziecięta nie pamiętają i nie chcą pamiętać. Wszystko to tworzy to stan potężnego zagrożenia dla suwerenności Polski i pokoju społecznego.  Wróćmy jednak na krótko do kwestii SAFE. Żebyśmy nie czuli się gorzej w interesującej Nas kwestii głos zabrali też „dyplomaci”. Ściśle mówiąc byli szefowie polskich ambasad. 11 marca tego roku „Konferencja Ambasadorów RP”, w której skład wchodzi trzydziestu jeden byłych dyplomatów stwierdziła jeszcze przed prezydenckim vetem, że „…SAFE nie jest więc w żadnym wypadku antyamerykański, wręcz przeciwnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom Stanów Zjednoczonych przejęcia przez Europę większej odpowiedzialności za jej bezpieczeństwo. W świetle przytłaczających, racjonalnych argumentów na rzecz skorzystania przez Polskę z programu SAFE, wykonywany przez funkcjonariuszy PiS, Prezydenta RP i urzędników jego Kancelarii  taniec świętego Wita, mający wyrażać sprzeciw wobec przyjęcia tego programu jest niezrozumiały i wręcz przerażający. …Odmowa podpisania przez Prezydenta RP programu SAFE z jednoczesnym forsowaniem przygotowanego wespół z Prezesem NBP projektu finansowania programu z wykorzystaniem rezerw Banku Narodowego bez zagwarantowania konkretnych środków finansowych musi być uznane za  narażanie na szwank bezpieczeństwo Polski…. Podstawowym bowiem motywem jest niedopuszczenie do mocniejszego powiązania Polski z Unią Europejską i dążenie do osłabienia tempa reformy Unii w najważniejszym – wobec trwającej w Ukrainie wojny ….Podobnie rzecz się ma z wybrzydzaniem na zasadę warunkowości, która odnosi się do wypłaty środków z programu SAFE podobnie jak z każdych innych funduszy unijnych – wystarczy więc po prostu przestrzegać prawa, a zwłaszcza nie trwonić środków i nie kraść….”. Dlaczego zatrzymałem się dłużej przy „Ekscelencjach” ? Otóż z kilkoma (siedmioma) miałem „przyjemność” służbową. Z trzema studiowałem i kolegowałem (czas przeszły), a spora grupa tych ludzi to tajni współpracownicy MSW z czasów komuny (patrz wyżej uwagi na temat komunistów w polskim życiu społecznym). I znowu cofnijmy się w czasie, będę opowiadał o szczególnym przypadku charakteryzującym postawę, odwagę i morale omawianej wyżej grupy. Jest 2006 rysuje się potrzeba rozszerzenia bazy rządu Marcinkiewicza. Do gabinetu mają dołączyć Giertych i Andrzej Lepper wraz ze swoimi dzielnymi „bojcami”. Otrzymuję pytanie czy spotkam się z … (jednym z wymienionych wyżej trzech kolegów – byłych). Oczywiście tak, przychodzi gadamy dobre kilkadziesiąt minut, tematy przeróżne. Pod koniec rozmowy kolega melduje, że jeżeli wspomniany (i znienawidzony wtedy przez Europejczyków) mecenas wejdzie do rządu to on ważny urzędnik resortu spraw zagranicznych poda się natychmiast do dymisji z pełnionego stanowiska. Potem okazało się, że rzeczywiście „się podał”. Problem polegał na tym, że był w tym czasie zatrudniony w „gmachu” na trzech wysokich równoważnych etatach. Ot odwaga i niezłomność niebywała, taka bardzo europejska i kalkulująca zyski i straty podobna do tej Waldemara Żurka. Z pisma „Konferencji Ambasadorów…” widać, że wszyscy z nich są nadal tak samo pragmatyczni i dbający o swój prywatny interes. O tym co było potem ze mną nie będę pisał bo to nieistotne.

Teraz jeszcze króciutko o historii. Otóż po szczegółowych badaniach archiwów kurii krakowskiej legła w gruzach narracja o Janie Pawle II, który miał, według gazet redakcji tv i gazet „głównego ścieku” systemowo kryć kościelnych pedofilów. Nikt za kłamstwa i manipulacje nawet nie próbował przeprosić, a „dziennikarze” biorący udział w tym draństwie (chciałoby się użyć innego słowa) nawet przez sekundę nie pomyśleli, idę o zakład, że tak właśnie było, że mogą tak pięknie łgać właśnie dzięki temu, że Jan Paweł II był i był uosobieniem prawdy. Ważne było, by zniszczyć autorytet potrzebny Polsce i Polakom. A tu ni z tego ni z owego „zonk !”. Nic z telewizyjnej narracji o „Franciszkańskiej” się nie utrzymało. Zresztą i tak nikt kto ma odrobinę oleju w głowie nie mógł w „to” uwierzyć. Podobnie zresztą jak w lansowaną bezustannie w Niemczech tezę o czynnym „polskim współsprawstwie”, to temat na odrębny tekst, w Holocauście. Ostatnio miało to miejsce na początku marca tego roku. 

I kończąc już, by Państwa do końca nie zanudzić. Zwróćcie proszę uwagę na to, że wspólną nicią wiążącą tematy, które pozwoliłem sobie dziś Państwu przedstawić jest KŁAMSTWO podniesione do rangi prawdy. Zmiana rozumienia pojęć, białe jest czarne, a czarne jest białe. Metody żywce wzięte z totalitarnych podręczników propagandy Berlina i Moskwy w latach trzydziestych. Zastanówmy się razem czemu (i komu) ma to ciągłe mijanie się z prawdą ma służyć, czy Polska rządzona przez ludzi, którzy koło prawdy nie stali nawet przez sekundę ma szansę w tych warunkach geopolitycznych przetrwać ? I na końcu jak zapobiec tragedii ?   

Piotr Łysakowski

w drodze, 19.03.2025

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++ 

misyjne

facebook_page_plugin

Logowanie

Aktualności i publicystyka

...co Pan Twardowski robi na ksiezycu

O tym, co Pan Twardowski robi na księżycu, oraz o dwóch takich co kradli dusze   Pan Twardowski wydaje się bajką dla dzieci, opowieścią fantazy. Można także powiedzieć, że jest to popularny motyw...

09-05-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Prezentujemy nowego Autora - Krzysztof Z…

Witamy nowego Autora, zasłużonego działacza "Solidarności", wienego idei "S" , zawsze i stale zaangazowanego dla Dobra Wspólnego jakim jest Polska :  KRZYSZTOF ZIĘBA, Z BIELSKA-BIAŁEJ. Otrzymamy serie felietonów, historia poprzez...

08-05-2026 Publicystyka

Czytaj więcej

Adam Nowosad - świadectwa świadka ws mę…

Adam Nowosad świadek w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki                                              ...

07-05-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Przypowieści Salomona [prosto z Londy…

Przypowieści Salomona 11:17  „Mąż dobry samemu sobie czyni dobrze, lecz mąż okrutny kaleczy własne ciało.” Przypowieści Salomona 19:16: „Kto strzeże przykazania, strzeże swojej duszy; kto zaś gardzi swymi drogami, ten umrze.”     Ostatnie kilka dni, premier Polski...

07-05-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Nauka potrzebuje etyki.

 Nauka potrzebuje etyki. Fizyka nie zastąpi metafizyki    Czy nauka może odpowiedzieć na wszystkie pytania człowieka? A może – przeciwnie – im więcej wiemy, tym wyraźniej widzimy granice poznania? W rozmowie z...

19-04-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Pożegnanie śp dr n.med. Moniki Wójcik - …

https://isnarakm.pl/transmisja-mszy-sw-pogrzebowej-sp-dr-moniki-wojcik-18-kwietnia-2026/     ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

18-04-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Dzieci są darem od Boga i wzorem pokory …

Ewangelia Mateusza 18,6 (podobnie Mk 9,42 i Łk 17,2): „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej, żeby kamień młyński zawieszono...

16-04-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Religia i etyka jako fundament wychowani…

  Religia i etyka jako fundament wychowania. Rozmowa z Andrzejem Wołosewiczem Czy szkoła może wychowywać bez odniesienia do wartości? O potrzebie edukacji moralnej, wrażliwości młodych ludzi oraz miejscu etyki i religii w...

15-04-2026 Aktualności

Czytaj więcej

WIELKANOCNIE Z MEKSYKU 2026 - ALLELUJA…

ALLELUJA ! Z MEKSYKU Katolickie Słowo Dziennikarki ! red. MIRELA WARSZ  Stare powiedzenie mówi: „Wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma”. A może jednak czasem dobrze jest wychylić nos i zobaczyć na...

09-04-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Droga Krzyżowa na ul. Rakowieckiej w sto…

--------------------------------------------  

25-03-2026 Aktualności

Czytaj więcej

Ps 101:7 – „Kto mówi kłamstwa, nie będzi…

Przysłów 6:16-19 „Sześć rzeczy ma Pan w nienawiści, a nawet siedem Mu obrzydłych: fałszywy świadek, który szerzy kłamstwa.” Ef 4:25 – „Odrzuciwszy kłamstwo, niech każdy z was...

19-03-2026 Aktualności

Czytaj więcej

5 MARCA 1940 - ROZKAZ STALINA DLA MORDU …

5 marca 1940 r. - rozkaz podpisany przez Stalina ! pamiętajmy !!!! Посольство Республики Польша в Москве ·  Dnia 5 marca 1940 roku zapadła jedna z najtragiczniejszych decyzji w XX wiecznej historii Polski.   Tego...

05-03-2026 Aktualności

Czytaj więcej

"Św. Kazimierz wzorem dla św. Jozaf…

“Bliskość świętych rodzi świętych”*  Św. Kazimierz wzorem dla św. Jozafata Kuncewicza  czyli Jak się dorobić świętości ?   Wilno, miasto o niezwykłej historii i duchowym dziedzictwie od wieków pozostaje domem świętych. To tutaj żyli i...

05-03-2026 Aktualności

Czytaj więcej

"trzcina nadłamana...", czyli …

Nie ufaj Egiptowi  - „trzcina nadłamana” – Iz 36,6; Ez 29 Nie ufaj Asyrii - „laska, na której się opierasz” – 2 Krl 18 Pwt 7,1–4 – nie zawierać przymierzy, nie brać...

04-03-2026 Aktualności

Czytaj więcej