Strona główna
PROŚCIE O POKÓJ...!
„Nad rzekami Babilonu – tam siadaliśmy i płakaliśmy, gdyśmy wspominali Syjon. [...] Jeśli zapomnę ciebie, Jeruzalem, niech uschnie moja prawica!” (Ps 137,1.5).
„Proście o pokój dla Jeruzalem: Niech żyją w pokoju, którzy cię miłują! Niech będzie pokój w murach twoich, a dostatek w pałacach twoich!” (Ps 122,6-7).
„Starajcie się o pomyślność miasta, do którego was zesłałem na wygnanie, i módlcie się za nie do Pana, bo od jego pomyślności zależy wasze szczęście.” (Jeremiasz 29.7)
Kilka dni temu kolejna rocznica Powstania Warszawskiego. W jednej z wiodących telewizji próżno szukać słowa „Niemcy”, sporo plwocin za to. Na uroczystościach nie ma: Premiera RP (to standard zresztą), męża pani Anny z Chobielina. Jest za to „ministra” Kultury i … kładąca pod pomnikiem „Gloria Victis” (zdaje się) wieniec z szarfą w barwach Indonezji. Nie było też Ministra Obrony Narodowej i co mnie akurat wcale nie dziwi „Wołodii”, pełniącego funkcję Marszałka Sejmu, którego zastąpiła Monika Wielichowska. Tak ta z Dolnego Śląska, kojarzycie pewno, powódź, Kłodzko i te sprawy … nie było nikogo innego przecież. W normalnym państwie po formacjach, które wymienieni reprezentują już dawno nie byłoby nawet śladu w polskim życiu politycznym i społecznym. Ale są i partie i oni. Nie dość tego, na Nasze nieszczęście, mają się zupełnie nieźle. Ślady po stratach elit w Powstaniu i wcześniej w „Katyniu”, a potem w Polsce Ludowej ? Bardzo możliwe ! Warto więc podkreślić dzisiaj ten monumentalny wręcz wielki „szacunek” przez tych, którzy rządzą, dla własnej dramatycznej jakże historii. A potem się wszyscy dziwią, że z Nas kpią i olewają, „Króla Europy” wsadzają do pocztowego w drodze do Kijowa, wykluczają na życzenie Ukraińców z koalicji antybalistycznej i każą władczym gestem spadać na bambus, co tenże bez słowa sprzeciwu wyjkonuje. Kto szanuje tych, którzy sami siebie nie szanują !? Dzięki Bogu jest Pan Prezydent. „Nawrocki” jak mówią z pogardą, sami na nią zasługując, bo ani wiedzą, kulturą osobistą ani umiejętnościami kontaktu z „normalnymi ludźmi” i zrozumieniem interesów Polski nie są w stanie facetowi dorównać, mogą tylko opluskwiać, pluć i obrażać.
Dobra ale teraz parę słów o Powstaniu. Mam do nich prawo jako historyk, Warszawiak od kilku pokoleń i syn Powstańca (wsadzonego po wojnie na 5 lat do pierdla przez komunistów – by pozostać w prawdzie odsiedział rok – dowieziony do Wronek w niemieckim mundurze ze Strzeleckiej – 15/16 latek !!!). Piszą, można było inaczej ! Miasto zniszczone, ludzie wymordowani, zbrodnia ! Nie, nie niemiecka, na pewno nie ! Wszyscy byli przeciw, przecież to jasne ! Piszą to teraz, w większości przypadków, patrząc na to z dzisiejszej perspektywy ludzie dużo młodsi niż ci którzy Powstanie pamiętają. Miasto faktycznie potwornie okaleczone – ponad 80 %. Ludzie mordowani jak leci, setki tysięcy zabitych., dzieci, kobiety, mężczyźni. Bez różnicy płci i wieku. Rozumiemy, miasto „zniszczyło się samo”, prawda !? A mieszkańcy Woli, Ochoty i pozostałych części miasta popełnili zbiorowe i nigdzie w świecie niewidziane samobójstwo ? Nie ma sprawców, nie było kary, nie ma zadośćuczynienia, nawet w sferze symbolicznej. Nieobecny dziś Tusk coś tam kiedyś gadał w Berlinie o tym, że „sami zapłacimy” jeśli Niemcy się nie zdecydują na jakiś gest. Gadał i na tym się skończyło, jak to zwykle u niego, niech frajerzy wierzą. Czcimy porażki, jakie to głupie i arcypolskie, prawda !? Czy Powstanie w ogóle musiało wybuchnąć, kolejny idiotyczny polski zryw ! Spróbujmy wspólnie i bez szczególnego przestrzegania chronologii zastanowić się nad tym co wyżej. Przypomnijmy więc, w roku 1940 opracowano tak zwany „Plan Pabsta” ( w rzeczywistości opracowany przez Huberta Grossa i Otto Nuernbergera) zakładający uczynienie z Warszawy 40 tysięcznego niemieckiego miasta będącego węzłem komunikacyjnym. Co w tych planach miało się stać z „nadwyżką” Warszawiaków (ponad milion w roku 1943) i strukturą miejską. Możemy się tylko domyślać. To pozostawię więc bez komentarza. Masowe niemieckie mordy na niewinnej ludności cywilnej, można się było tego spodziewać ? Pewno tak, ale Niemcy to przecież „cywilizowany naród”. Myślę, że tak to widziano w KG AK i Delegaturze Rządu. Ładunek nienawiści do okupanta był w okupowanej Polsce potężny, w samej Warszawie multiplikowany przez samych Niemców wręcz do nieskończoności. Wystarczy poczytać wspomnienia z okresu. Miasto przypominało kocioł pod parą wrogości i chęci rewanżu, które za chwilę go rozsadzą. Do tego (tuż przed samym Powstaniem) dochodziła agresywna, celowa, płynąca zza Wisły propaganda komunistyczna wzywająca Warszawiaków do walki. Kacapia doskonale wiedziała co i po co robi. Sytuacja była więc zasadniczo bez wyjścia. Powstanie i tak by wybuchło. Spróbujmy teraz wyobrazić sobie niekontrolowany wybuch walk w mieście, czym by się skończył ? Myślę, że jeszcze większym dramatem niż ten, który miał miejsce. Można było inaczej ? Myślę, że nie! Rozmawiałem z dziesiątkami uczestników zrywu 1944, nikt z Nich nie powiedział, że „nie było warto”. Od ŚP Wiesława Kępińskiego, który ocalał z egzekucji (5.08.44 przy Cerkwi na Woli, razem 60 ofiar), w której zabito Jego Rodziców, Braciszka, Siostrę w ciąży i Szwagra, a także od swojego Ojca nigdy nie usłyszałem słowa skargi lub potępienia. To dla mnie miara tego czy Powstanie miało sens ! I jeszcze, jako jedyni na świecie „czcimy porażki” ! No to zainteresujcie się Państwo hasłami „Massada”, „Pearl Harbor”, „Powstanie w warszawskim Getcie” i wisienka na torcie udziałem niemieckich polityków w obchodach „D-Day” w Normandii, a także w moskiewskiej „paradzie zwycięstwa”. Wystarczy !? Jeśli nie to dodajmy do tego jeszcze i to, że rozkaz wymordowania mieszkańców miasta i zburzenia stolicy polski wydano dokładnie w dniu wybuchu Powstania, ergo musiał być gotowy już wcześniej i po niemieckiej stronie czekano tylko na pretekst. Nie piszę tego, by kłócić się z kimkolwiek, po prostu tak uważam i niezależnie od ahistoryzmów opowiadanych przez „fachowców od obłędu” i wszystkiego (nie odmawiając, równocześnie, komukolwiek prawa do odmiennych opinii) nadal będę tak uważał. Szkoda tylko, że odbudowane z takim trudem miasto, dziś przestaje być „moją Warszawą”, a staje się podróbką czegoś, w gruncie rzeczy nie wiem czego … . Ktoś kto nie rozumie pojęcia „genius loci” nie powinien zabierać się do rządzenia taki Miastem jak Warszawa.
W polską przestrzeń powietrzną wlatywały drony, pisałem o tym wcześniej. Teraz wleciała rakieta. Jedni znający perfekcyjnie kwestie wojskowości, uparcie twierdzą, że była „batalistyczna” inni, że „balistyczna”, jeszcze inni, że był to pocisk manewrujący. Ci ostatni mieli rację, ale to niekoniecznie istotne. Wleciało więc to coś (wcześniej około sześciu minut przemierzało niebo nad Polską) i ostatecznie pierdyknęło na polu „tego Piotrka”. Przy okazji wywaliło krater, że hohohoho, dawno takiego w okolicy nie widziano. Wyły też syreny alarmowe. Nic to, że zaczęły wyć dopiero kilka minut po eksplozji. Nic to, że z siedemnastu powiatów zawyły tylko w siedmiu (woj. Lubelskie) bo i tak było już po ptakach (znaczy się po eksplozji), tak więc problem wydaje się zupełnie nieistotny, a i tak to prawdopodobnie sabotaż spadów po wrażym PiS/ie. Nic to, że w zasadzie na miejscu wybuchu pierwsi pojawili się dziennikarze a tzw. służby dopiero później (dużo dodajmy). Przybył za to na miejsce jego ekscelencja Król Europy wraz z pretorianami (Bobas & Maverick). Oznajmili dziennikarskiej tłuszczy, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma się czego bać, bo wszystko jest właśnie pod kontrolą. I nadlatujący pocisk można było zestrzelić, ale zanim go zestrzelono to on zdążył spaść (dodajmy około 2 kilometrów od zabudowań) tak więc nie było po co go zestrzeliwać, bo i tak by spadł (copyright by „Wołodia Cz”) co oczywiste dla każdego. Niestety nikt precyzyjnie nie odpowiedział na pytanie dlaczego nie było wyprzedzających esemesowych powiadomień o zagrożeniu, a syreny wyły post factum. Generalnie sprawę uznano za zakończoną, bo „nic się nie stało” (dodajmy dzięki opatrzności Bożej). Stwierdzono tylko, że trzeba więcej broni dla Ukrainy, którą to broń my będziemy dostarczać. Przy okazji nikt nie zapytał jak to się stało, że pociski nadleciał ze strony ukraińskiej, a nasi przyjaciele ze wschodu go nie odstrzelili wcześniej. No i generalnie (znowu) to wszystko wina „Nawrockiego” bo zawetował SAFE, a prawica darła ryja, że oddajemy Patrioty Kijowowi. Lej zasypany, sprawy nie ma ! O pardon, trzeba lej odkopać bo nie wszystkie odłamki (części) pocisku zebrano. Chcecie Państwo czytać jeszcze o bajkach z „mchu i paproci”, o państwie, które jest z tektury !? Chyba niekoniecznie. Tu więc wątek Naszego sukcesu z w walce kacapską agresją zakończę.
Miałem jeszcze napisać coś o piłce nożnej i Argentynie, ale wybaczcie upał taki jak … planeta płonie i siły nie mam.
A i jeszcze na deser - dzisiaj 6 sierpnia rocznica zaprzysiężenia Pana Prezydenta Karola Nawrockiego – dzięki Ci Matko Boska.
Z poprzednich obietnic wywiążę się w najbliższym czasie !
Piotr ŁYSAKOWSKI
Okolice Warszawy 6.08.26
/foto arch. ksd/atp/
===============================================================================
1 SIERPNIA , POLACY POLAKOM , obrazy, jakie widzę do dziś
na dzień 1 Sierpnia . Powstanie Warszawskie.
Dziś 1 Sierpnia. Od świtu myślę o mojej Mamie , zaczęło się, syreny, strzały - nie było komórek, radia i tv i nikt jeszcze nie wie co sie dzieje i co ma byc dalej …potem głęboka cisza ktoś z sąsiadów na klatce krzyczy „Powstanie!!!” A ona karmi synka, co ma 3 tygodnie, tez nie wie jak gdzie co będzie. A TO będzie już zaraz !
Wpadają Niemcy, podpalają piwnice, wypędzają ludzi jak stoją , mama biegnie z synkiem do łazienki i ochrzci go pod kranem, myśli gdzie mąż co z nim był w pracy u dziadka w Śródmieściu a ona tu na Lesznie, Niemcy wrzeszczą RAUS!!! chwyta wózek pieluszki sweter koc zbiega z synkiem w ramionach wózek wlecze po schodach ulica płonie podbiega sąsiadka i wciska jej w szmatce plaster kajmaku, cukier spieczony z mlekiem, jej córka ma 4 tygodnie , tłum je rozdziela, mama wygnana, cała gnana Warszawa dokąd? nieznane, gorący dzień, pić ? Synek dusi się z płaczu cichnie brak mu już sił na krzyk pić jeść Mamo! Cichy opuchnięty z płaczu jak klocek w wózku idą z tłumem widzą dymy pożary trupy Niemcy poganiają . Dojdą do Pruszkowa. Za mamą i moim bratem pierworodnym rodziców, zostało ich „wszystko”. Tkwią gdzieś w tłumie. Ktoś podaje jej wodę ona z dłoni po kropli poi synka cichy w półśnie klocek taki Polak malutki co jego matka straciła pokarm a nagle ktoś ich zrywa z ziemi krzykiem „pani biegnie tam stoi pociąg towarowy uchylone wagony pożegnać się może kogoś kto rozpozna!” Mama chwyta synka w ramiona przepycha się długi ten pociąg wagony pełne mężczyzn pociąg powoli rusza sunie krzyczą kobiety mężczyźni z wagonów nie gośno bo w pociąg wycelowane lufy niemieckich karabinów i nagle! Widzą się ‚ Mama podnosi pod niebo synka krzyczy Stefanku ! Jesteśmy! /…/ a potem...potem całe życie nosili w sobie ten obraz ten krzyk ten potworny lęk, jak rozdarcie ich żywcem.
Ojciec w transporcie do obozu NIEMIECKIEGO Sachsenhausen, matka i syn opuchnięty z głodu trafią do wsi Złaków. /…/ po wojnie na ruiny w Śródmieściu mama chodzi i kładzie kartki „gdybyś wrócił…jesteśmy tu i tu” pewnego dnia siedzi na tych gruzach z syneczkiem dłużej czemuś, dostrzega nagle cień ludzki w łachmanach nie poznaje aż on ten cień woła łamiącym się głosem „Lusinek!!!!” "Stefanek!!!" wtulają się troje w siebie, niemy krzyk, łzy. Ten cień ważył 36 kg wtedy.
Czy możemy sobie wyobrazić jacy się stali ONI co to przeżyli? Młodzi tacy ładni gdy brali ślub w 1943, Mama z różą bialutką we włosch, sukienka biala, pod rękę z poślubionym przed chwilą mężem na zdjeciu na schodach z kościoła św. Krzyża, za nimi ta figura sławna Pana Jezusa co dżwiga krzyż , w tle za nimi, wkrotce będzie zburzona przez Niemców, nie przeczuwają przecież, a wkrotce obydwoje tacy szczęśliwi gdy 9 lipca 1944 tulili witając swego maluśkiego synka ?
Pół wieku komuna nie pozwalała mówić pisać uczyć w szkołach o Powstaniu Warszawskim. O tym, że od czasu mierzonego "po wojnie - przed wojną" znowu tracili wszystko, Stalin, że Bierut , MBW i MSW i UB i dalej życie na pół gwizdka …że zryw „S” a zaraz stan wojenny czołgi w Warszawie na ich ulicy a oboje już starsi. I ja … taka już urodzona gdy umierał Stalin , Tata upadl, gdy po 13 grudnia 1981 wyprowadzana z domu pod bronią...modlili sie, a gdy wracam w końcu Tata mówi tylko „była wojna, każdy widzial, kto wróg, mundury mieli, Niemcy z pasami z napisem na klamrach GOTT mit Uns, ale teraz!...jak mogą tak, Polak Polakowi?! Jak żyć jak żyć!” W nocy nasłuchiwałam, tak, co noc stanu wojennego, gdy Tata drepcze do kuchni i tylko otwiera skrzynkę gdzie chleb, dotyka i się upewnia, że jest i wraca cichutko spać a ja czuwam aby nie upadł wstaję okrywam go, udaję nie widzę jak płacz wstrząsa całym jego ciałem, szepczę „Tato i tak to złe też kiedyś minie i Solidarność zwycięży kiedyś, jestem przy was choć ja teraz” on usypia jak dziecko.
Przyjdą Wybory 1989. Biegam noszę plakaty radość…a oni starzy już nie uwierzą . Powiedzą tylko „ ci twoi bohaterowie. Oh po co dogadywali się z komuną?! z bolszewikiem nigdy na układy...Sprzedali się. Sprzedali już Polskę!”
Zostałam blisko Nich obydwojga, z ciociami z Kresów rpeatriowanych, czy tu z Szarych Szeregów albo z Lasów Wileńskich. Zostałam jak najbliżej Nich, by ochronić od poniewierki, upokorzeń , lęku, do ostatnich ich dni.
Takie obrazy widzę zwykle 1 Sierpnia. Domy przystrojone teraz flagami, uroczystości na placach, marsze. Czy to tylko czas darowany czy jednak gorzka, ale wolność?
O 17tej rozbrzmią syreny na znak wybuchu PW, w całej Polsce. By się zatrzymać choć na minutę. Jedni zastygną w milczeniu, inni z modlitwą, za Tamtych, inni będą szli gdzieś pospiesznie gdy ta minuta już nic nie znaczy dla nich, inni nawet auto nawet autobus zatrzymają się, może choć łza komuś się jeszcze przytrafi?
(1 Sierpnia 2026, na pamiątkę Rodziców, Salomei i Stefana Pietraszek, córka , urodzona w Warszawie też)

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Kłębowisko ambicji - byłem i widziałem ! nowy tekst red Piotra Łysakowskiego z okazji 22 Lipca
Księga Rut 1:16: „Dokąd ty pójdziesz, i ja pójdę, i gdzie ty zamieszkasz, i ja zamieszkam; lud twój — lud mój, a Bóg twój — Bóg mój.”Przypowieści 3:3-4: „Niech nie opuszczają cię łaska i wierność; przywiąż je sobie do szyi, zapisz je na tablicy swego serca.”
„Konwent Świętej Katarzyny”, pamiętacie ?
Ja pamiętam, nawet kiedyś byłem „na miejscu” i widziałem. Kłębowisko nieuzasadnionych i przerośniętych ambicji, bez jakiegokolwiek pokrycia. Jaki był skutek ? Długotrwałe rządy cwaniaczków i malwersantów, dbających tylko o swoje interesiki. Polska, niewykorzystująca swoich naturalnych i przypisanych przez opatrzność możliwości. W dołku przez lata. Egzystująca gdzieś na marginesie, lekceważona i wykorzystywana. „Najzabawniejsze” w tym wszystkim jest to, że równocześnie wmawiano Nam wszystkim, że jesteśmy potęgą, z którą liczą się możni tego świata. Innymi słowy prawie tak jak później ta historia z „zieloną wyspą”, nikt nie zauważył, że była to tonąca „wyspa”, (kolor nie był aż tak istotny, a na pewno nie był „zielony”). Odpowiadało to Państwu ? Dziś mając oponenta, postać znaną, prawie na „deskach” zaczyna się napierniczanka. Obraził się Pan Mateusz. Od razu dodam, że moim zdaniem to obok Pani Beaty Szydło najlepszy Premier RP w historii „nowej” Polski. Obraził się najpierw (jak sądzę, wręcz jestem tego pewny) o brak nominacji na stanowisko kandydata prawicy w wyborach prezydenckich, a potem na ewentualnego szefa rządu. Ambicja została mocno urażona. Nie On sam, tylko ktoś inny, będzie Prezydentem, a potem może Premierem RP. Nie wchodząc w szczegóły zastanawiam się ile rozbuchanej i niesterowalnej ambicji trzeba mieć w sobie, by poświęcać w imię wspomnianej ambicji, interes Polski ? Czy przypadkiem nie dyskwalifikuje to „kandydata”, który nie potrafi sobie wyobrazić, że nie On tylko ktoś inny i obniżyć swoich oczekiwań do stanowiska, na którym mógłby realizować swoje tak bardzo potrzebne Polsce wizje gospodarcze i społeczne ? A co tam - chcemy iść szerokim frontem, nawet dla Prezydenta „Alka” Kwaśniewskiego znajdzie się miejsce. Dla innych dziś demolujących Polskę, najpewniej, też. Nie ma znaczenia, że zarówno Przemysław Czarnek jak i Pan Prezydent Nawrocki mają więcej naturalnej siły przyciągającej i medialnej niż perfekcyjny i pełen pomysłów ale kostyczny i odstręczający (także popełnionymi błędami) „normalsa” urzędnik Morawiecki, który swoje „narodziny polityczne” i późniejszy sukces zawdzięcza, w sposób oczywisty głównie Jarosławowi Kaczyńskiemu (ergo PiS/owi), nie widząc równocześnie swoich oczywistych słabości. Tak więc były Pan Premier „musi bo się udusi”. Do tej pory wydawało mi się, że lojalność w polityce (szczególnie po prawej stronie) jednak w niektórych wypadkach obowiązuje. Okazuje się, że jestem … i nie rozumiem niczego, „Oni” zresztą też nie rozumieją i tego, że stawka jest olbrzymia. Dzisiejsze sondaże dają bowiem PiS/owi „jedynkę” z przodu jest więc wyraźny sukces wynikający z tego co mamy wyżej – tak trzymać chłopaki, lejcie się dalej publicznie. Udawajcie dalej, że „chcecie z PiS/em dla Ojczyzny. ”Zapytam, więc korzystając z okazji w tym miejscu krótko, gdzie w tym miejsce dla Polski, chcecie porażki będącej, w krótkiej perspektywie, de facto anihilacją naszej Ojczyzny, rzeczywiście chcecie ? Wiem jestem „mister nobody”, odpowiedzi nie otrzymam ! W trakcie kampanii wyborczej chcieli otruć Karola Nawrockiego, tak mówią i piszą. Nie wiem czy to prawda !? Biorąc jednak pod uwagę „smoleński” los Ś.P. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (i pozostałych pasażerów nieszczęsnej kacapskiej „Tutki”), rozpętaną wobec „Batyra” kampanię nienawiści, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że te informacje nie są odległe od prawdy. Mam przy tym wrażenie, że nie chodziło tu o fizyczne usunięcie znienawidzonego kandydata, ale o skompromitowanie Go. Na inne rozwiązania zawsze będzie czas. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację - wszystko dzieje się w pociągu, wśród przerażonych pasażerów, kamery skierowane na półprzytomnego, brudnego i bełkoczącego coś mężczyznę. Patrzcie to „kandydat prawicy, sutener”, może naćpany, a może nawalony jak szpadel, a może jedno i drugie – hahaha ! Jemu chcecie oddać Polskę, przecież to jakiś żart ? Koniec kampanii, a właściwie początek druzgocącej porażki. Jego przeciwnikiem jest nienagannie czyściuteńki „Bążur”, widział go kto kiedykolwiek w „takim” stanie. Oczywiście, że nie, „zalewajka”, „uśmiechnięta brygada” , „Price Polo”, wie co to „funky”, które uwielbia, miasto jest przecież jego, musi więc wygrać ! Dzięki Bogu wygrać się nie udało i za to powinniśmy być opatrzności dozgonnie wdzięczni, Królowa Polski czuwała. Wdzięczność powinna być tym większa, że „siły postępu” nie ustają w wysiłkach, by „kibola” zdezawuować. Ostatnio nawet jedna z „żurnalistek” z wyglądu i wysublimowanych możliwości poznawczych przypominająca kandydatkę na statystkę do kolejnej edycji „Planety Małp”, przy okazji nie mając najbledszego pojęcia o zapisach prawnych w tej kwestii, wspominała coś impeachmencie. Są i inni odwołujący się do dosłownie „diabelskiej pomysłowości” (czy to nie symboliczne !?) z niebanalnymi pomysłami na „normalizację” sytuacji w kraju. Mając pełną mordę haseł o Polsce niszczą siłę Państwa wrzeszcząc przy tym, wszyscy, którzy nie z nimi „to ruskie onuce”, przyjaciele Putina, „faszyści”. Sami równocześnie obiektywnie stają się „pożytecznymi idiotami”, o ile nie są rzeczywistą agenturą chcącą stosować rozwiązania żywcem wyjęte z Łubianki albo berlińskich gabinetów RSHA, by „wroga” unicestwić i wprowadzić w końcu „demokrację” delegalizując prawicę i usuwając z urzędu Prezydenta. I tak to się plecie. Pełni nienawiści huśtają wątłą polską „łódeczką” brnąc w zdradę i pomagając faktycznie wrogom Ojczyzny. Chcecie nieszczęścia, będziecie je mieli. Niestety My razem z wami, tylko, że wy jeszcze tego nie wiecie, albo nie chcecie wiedzieć. Teraz pozornie bez związku. Kilka dni temu natknąłem się na FB na tłumaczenie wpisu jakiegoś gościa z Ukrainy (niestety nie skopiowałem, żałuję). Brzmiał mniej więcej tak: „…Polska musi przeprosić naród ukraiński (nie wiadomo za co ?) i oddać natychmiast Ukrainie … (tu nastąpiło wyliczenie konkretnych terenów wzdłuż dzisiejszej południowo wschodniej granicy RP wraz z zamieszczoną mapką) … . Jeśli tak nie będzie otworzymy przestrzeń powietrzną nad Ukrainą dla moskiewskich rakiet i dronów…”. Dlaczego o tym piszę ? Otóż dlatego, że to i tak jeden z łagodniejszych wpisów. Były groźby zabójstw, „1943 powtorim”, oskarżenia o wymordowanie 300 tysięcy Żydów połączone z kradzieżą ich majątku, niszczenie niepodległości Ukrainy (przypomnijmy Ukraina jako niezależne państwo istnieje od 24 sierpnia 1991, a Polska była jednym z pierwszych państw, które tę niezależność uznało, a potem w 2023 roku Nasza pomoc pozwoliła Kijowowi przetrwać pierwsze dramatyczne dni kacapskiej agresji !!!), masowe mordowanie niewinnych włościan. Było tych sympatycznych enuncjacji zresztą o wiele więcej. Teraz zaś mamy nowy wątek, szerzenie nienawiści do ukraińskich migrantów i „polowanie” na nich (to towarzysz, „Marszał” Wołodia Czarzasty), a generalnie to Polacy rzeczywiście gorsi od „faszystów” i polskich ofiar na Wołyniu wcale nie było tyle ile mówią fachowcy ale dużo mniej (to z kolei Żakowski), o co więc ta awantura, mało wam „pszeki” kłopotów ? Równocześnie (17.07.26) Prezydent Zełenski poinformował o odtajnieniu i otwarciu archiwów dotyczących rzezi wołyńskiej. Wspomniał też coś o ekshumacjach. Zobaczymy jak będzie, jakie to będą dokumenty ? Te prawdziwe, czy może jakieś apokryfy, produkowane z sowiecką wprawą ? Z grubsza przecież, wbrew urągającym prawdzie historycznej bredzeniom Żakowskiego, wiadomo co i jak się działo. Uwierzymy jak zobaczymy efekty zapowiedzi Prezydenta Ukrainy i praktykę jego państwa. Nie jestem tu zbytnim optymistą, oszukali Nas już dobre kilka razy. Oczywiście mamy zalew entuzjastycznych opinii tych, którzy wiedzą lepiej. Do tego jeszcze jakiś nieogarnięty palant zwymyślał po chamsku w autobusie ukraińskie dziewczynki za to, że zachowywały się niewłaściwie. Po postępowych mediach rozlała się fala słusznego oburzenia. Tego samego dnia (chyba w rocznicę „krwawej niedzieli”) trzech „mołojców” zamordowało w Bytowie Polaka, fala opadła, przecież to tylko jakiś Polak, pewno zasłużył, bezwzględnie musiał to być potomek okupantów z Wołynia jeśli weźmiemy pod uwagę terytorialną genealogię dzisiejszych mieszkańców Pomorza Zachodniego. Nie ma więc o co kruszyć kopii. Teraz wróćmy do tego co uwiera bardzo mocno – ceny paliw. Pisałem już o tym kiedyś „…teraz ku….a to paliwo może być po siedem …” mówił off record „kierownik” do swojego kolegi. Oficjalnie, szerokiej publiczności, meldował o cenie 5.19. Mówisz i masz – jest drogo (i podobno) będzie jeszcze drożej, ale powyżej siódemki – mamy więc rzadki element prawdomówności. Nikt więc nie ma prawa twierdzić, że szef rządu kłamie ! No to jeszcze raz, bo tego nigdy za wiele – za PiS baryłka była dużo droższa niż dzisiaj, a dolar dużo silniejszy niż złotówka, paliwo zaś było tańsze, wyliczono to na „X” szczegółowo !!! Mamy więc typowy przykład przerzucania kosztów swojej nieudolności na obywateli. Nie chce nam się robić, nie chce nam się pracować dla kraju, pokryjemy wszelkie niedobory z kieszeni frajerów, którzy nam uwierzyli, niech płacą. I co „łyso wam” powtórzę pytanie ? Problem w tym, że oprócz tych „z Jagodna” są w Polsce jeszcze inni ludzie, tacy którzy na nierobów i gamoni nie głosowali i oni (My) też będą płacić, ba już płacą (płacimy) nie tylko za paliwa ale także i na pensje tych nierobów. Tymczasem prawica robi wszystko (patrz wyżej) żeby ten najśmieszniejszy (i najgorszy z możliwych) rząd w dziejach III RP trwał nadal. Ale, ale zapomniałem o są sukcesy !!! W epoce rosnących cen paliw będziemy mieli szybkie koleje (budowane bardzo wolno), a także swoją rakietę, jest więc ogromna szansa na dojazd niemieckimi wagonami (tymi z demobiliu) do kosmodromu (nic, że jeszcze go nie ma i najpewniej nigdy nie będzie) i lot w kosmos. Wierzę w zapowiedzi pana premiera. O ekscytującej przez ostatnie tygodnie piłce nożnej i kwestiach ochrony zdrowia będzie następnym razem. Tytułem wstępu napiszę tylko, że takiej piłkarskiej wojny (można to także nazwać boiskową bandyterką) jak w meczu Anglia - Argentyna i potem Hiszpania – Argentyna nigdy nie widziałem nawet polskich „stadionach” klas niższych, a i sam nie należałem do boiskowych aniołów.
Warszawa 22 lipca, dzień ogłoszenia manifestu PKWN.
Piotr Łysakowski dla KSD 
ilustracja: E.Wedel , AI
$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$
,,Św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu" - część I - z serii tekstów red. Renaty Kopeć
red. Renata Kopeć oddaje dla Katolickiego Słowa Dziennikarzy sukcesywnie powstające części nowej serii tekstów pt.:
,,Św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu"
Wprowadzenie - do serii tekstów
Oddaję w ręce Czytelników pierwszą część przygotowywanej serii „św. Jozafat w cieniu Trzeciego Rzymu”. Kolejne części są jeszcze opracowywane, lecz mam nadzieję, będą ukazywać się regularnie, w miarę postępu prac. Nie są one próbą napisania kolejnej biografii św. Jozafata Kuncewicza, ani hagiografii, ani zestawieniem faktów. Nie zamierzam również zastępować opracowań historycznych, ani nie mam ambicji wejścia w kompetencje historyków. Pokuszę się natomiast spróbować odpowiedzieć na pytanie: jak wielka historia staje się historią jednego człowieka? A konkretnie człowieka, którego nazywamy św. Jozafatem Kuncewiczem. Chciałabym odsłonić w zatartej ikonie jego świętości człowieka, ukrytego pod warstwami późniejszych interpretacji. Sprawić, by inni też go ujrzeli. Zależy mi również na przywróceniu tej ikonie żywego blasku, na podobieństwo dobrego renowatora dzieł sztuki, pod którego rękoma rozświetlają się nagle dzieła artystów.
Zacznę najpierw od renowacji tła. Interesuje mnie to, co wydarzyło się wokół Jozafata i świat który go ukształtował. Świat styku państwa carów i Rzeczypospolitej, świat pełen sporów religijnych porównywalnych z potężnym trzęsieniem ziemi, wielkich przemian politycznych i wielkich idei. Idei, których autorami były często osoby pojedyńcze - zdolne wpływać poprzez myśli i słowa na losy całych narodów.
To właśnie w takiej rzeczywistości dorastał Jan Kunczyc – przyszły św. Jozafat. Po nobilitacji, która miała miejsce wraz kolejnymi stopniami w hierarchii kościelnej, nazwisko zaczęto zapisywać w formie „Kuncewicz”. I ta forma utrwaliła się w tradycji. Ale należy podkreślić, że Jan Kunczyc, który stał się później św. Jozafatem Kuncewiczem, był nadal dzieckiem swojej epoki, choć jego życie miało ostatecznie wykroczyć daleko poza jej granice.
Opierając się na ustaleniach historyków i dostępnych źródłach, próbuję spojrzeć na wydarzenia jego czasów nie tylko jako na ciąg faktów, lecz także jak na przestrzeń, w której dojrzewały jego charakter, wiara i wybory. Próbuję odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób ten człowiek żyjący pośród konfliktów, niepewności i gwałtownych przemian stał się świadkiem jedności, za którą gotów był oddać życie.
Mam nadzieję, że ta seria pozwoli spojrzeć na św. Jozafata właśnie z tej perspektywy – nie tylko jako na bohatera kart historii, lecz przede wszystkim jako na człowieka, którego życie toczyło się pośród wydarzeń zmieniających oblicze Europy Wschodniej. Jako na Rusina żyjącego w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, w epoce, w której Moskwa coraz śmielej rościła sobie prawo do duchowego i politycznego przywództwa.
Dlaczego „W cieniu Trzeciego Rzymu"?
„Trzeci Rzym" nie jest miastem. Jest ideą. Ideą, według której po upadku Rzymu i Konstantynopola to Moskwa miała stać się jedynym centrum prawdziwego chrześcijaństwa i strażniczką prawosławia. Z czasem idea ta przestała być wyłącznie religijną wizją. Stała się narzędziem polityki, dyplomacji i walki o wpływy. To właśnie w jej cieniu rozegrało się życie i męczeństwo św. Jozafata Kuncewicza. A także św. Andrzeja Boboli.
Po upadku Konstantynopola w 1453 roku, w Moskwie narodziła się idea, że to właśnie ona stała się jedyną prawowitą spadkobierczynią chrześcijańskiego Cesarstwa Wschodniego i jest ostatnią obrończynią prawosławia. Prawosławia rozumianego jako jedynej wiernej Chrystusowi. „Dwa Rzymy upadły, trzeci stoi, a czwartego nie będzie." - głosi znana formuła przypisywana mnichowi prawosławnemu Filoteuszowi z Pskowa. Z czasem nie była to już tylko koncepcja religijna. Stała się fundamentem polityki państwa moskiewskiego, uzasadniając jego ambicje wobec ziem ruskich i prawosławnych wiernych pozostających poza jego granicami.
To właśnie w czasie, gdy ta idea Trzeciego Rzymu stawała się jednym z filarów polityki państwa moskiewskiego, przyszło żyć i działać św. Jozafatowi Kuncewiczowi
Nie przypuszczał on zapewne, że jego życie będzie polem zderzenia dwóch wizji chrześcijaństwa: jednej budowanej wokół jedności Kościoła, drugiej wokół przekonania, że tylko Moskwa jest prawowitą spadkobierczynią chrześcijaństwa.
*. *. *.
Część I.
Czy oprycznina naprawdę się skończyła?
Formalnie - tak. W 1572 roku Iwan IV rozwiązał opryczninę. Lecz niektórzy historycy twierdzą, że istniała aż do 1602 roku. Wcześniej zniknęła jej nazwa i wyjątkowy status administracyjny.
Czy jednak wraz z nią zniknęli ludzie, którzy ją tworzyli? Oczywiście, że nie. Oprycznicy nie rozpłynęli się przecież w powietrzu. Wielu z nich pozostało na służbie państwa rosyjskiego. Wypracowane w poprzednich latach metody sprawowania władzy, oparte na bezwzględnej lojalności wobec cara, rozbudowanej sieci donosów, obserwacji i zastraszaniu przeciwników - nie zniknęły niestety wraz z likwidacją samej instytucji.
Historycy różnią się w ocenie, na ile można mówić o ciągłości między opryczniną a późniejszym aparatem państwowym. Trudno jednak nie zauważyć, że doświadczenia zdobyte w czasach Iwana Groźnego pozostawiły trwały ślad w sposobie funkcjonowania państwa rosyjskiego. Gdy kilkadziesiąt lat później rozbudowywano w Rosji urzędy odpowiedzialne za dyplomację i pozyskiwanie informacji, tzw. prikazy, to tworzono je już w państwie, które dobrze znało wartość strachu, nadzoru i informacji.
Uchodźcy
W czasie panowania opryczniny na drogach prowadzących z państwa moskiewskiego ku Wołyniowi i innym wschodnim i południowym ziemiom Rzeczypospolitej pojawiali się ludzie, którzy uciekali przed głodem, przed wojną, przed terrorem.
Wyobraźmy sobie jak szli, z niewielkim tobołkiem lub bez, a może jechali wozem? Z jakimiś skrzyniami, zapasami? Czasem prowadząc dzieci, krewnych, a czasem samotnie. Byli wśród nich chłopi, słudzy bojarów, a może i całe rodziny bojarskie, rzemieślnicy, kupcy, wędrowni mnisi, a zapewne ludzie, którzy utracili wszystko podczas kolejnych fal przemocy ogarniających państwo moskiewskie pod koniec XVI wieku. Pogranicze od wieków było miejscem przenikania ludzi, towarów i wiadomości, ale ta fala uchodźców była wyjątkowa.
Nie tylko zwykli ludzie szukali schronienia po drugiej stronie granicy. Zdarzało się, że przed carem uciekali również przedstawiciele najwyższych warstw państwa moskiewskiego. Najbardziej znanym był książę Andriej Kurbski, który znalazł schronienie w Rzeczypospolitej. Polityczni emigranci nie tylko chronili tam swoje życie, ale nierzadko włączali się później w działania zbrojne przeciwko carskiej Rosji, w trakcie późniejszych wojen czy dymitriad.
Skutki polityki prowadzonej przez cara nie skończyły się wraz z formalnym rozwiązaniem opryczniny. Konfiskaty majątków, przesiedlenia, wojna inflancka i kryzys gospodarczy pozostawiły po sobie ślady, które odczuwano jeszcze przez długie lata.
Włodzimierz Wołyński, w którym dorastał Jan Kunczyc, nie był miejscem odciętym od wydarzeń dziejących się za wschodnią granicą. To właśnie tu, na szlakach komunikacyjnych wielka polityka spotykała się z ludzkimi historiami.
Czy kilkuletni Jan, urodzony około 1580 roku, - mógł słyszeć opowieści ludzi przybywających z Moskwy? Czy mógł spotkać kupców, mnichów lub uciekinierów niosących ze sobą wspomnienia o kraju, w którym własny władca zwrócił aparat państwa przeciwko swoim poddanym? Albo słyszał je od rodziny i sąsiadów?
Wiemy, że takie opowieści krążyły po pograniczu. Właśnie w takim świecie, ukształtowanym przez wojny, migracje i walkę o chleb, dorastał Jan Kunczyc, nasz przyszły św. Jozafat Kuncewicz. Włodzimierz Wołyński, choć nie był miastem pogranicza, jednak leżał na ważnym szlaku handlowym, przez który przechodzili kupcy, duchowni, żołnierze i uchodźcy.
Sam Jan nie należał jednak do ludzi wyrwanych ze swojej ojcowizny. Był dzieckiem miejscowego mieszczaństwa, wychowanym w mieście, w którym od pokoleń spotykały się różne tradycje, języki i wyznania. Ojciec Jana - Hawryło (Gabriel) Kunczyc, był kupcem handlującym zbożem i ławnikiem miejskim. Jego dom nie należał więc ani do świata książęcych dworów, ani do chłopskich zagród. Kupiec żył pośród ludzi. Musiał słuchać nowin, przyjmować przybyszów, prowadzić interesy z obcymi i orientować się w wydarzeniach rozgrywających się daleko poza murami rodzinnego miasta.
Właśnie rodzina mieszczańska pozwoliła Janowi być blisko życia zwykłych ludzi i bieżących wydarzeń. Pozwalała mu widzieć i poznawać świat szerzej, w przeciwieństwie do dzieci z rodzin książęcych czy bojarskich, często strzeżonych kordonem służby i straży, lub dzieci z rodzin chłopskich zaprawianych od wczesnych lat do obowiązków i ciężkiej pracy fizycznej.
Jego mama Maryna, która prowadzała Jana do cerkwi, była głęboko religijną kobietą. Według niektórych przekazów, dokładnie już jako sześcioletni chłopiec przeżył mistyczne doświadczenie. Mama była świadkiem tego zdarzenia i jednocześnie pierwszym przewodnikiem duchowym. Hagiografia opisuje je jako „iskrę”, która spadła z serca Ukrzyżowanego na serce Jana i rozpaliła w nim miłość do Chrystusa. Spadła po pytaniu, które zadał chłopiec patrząc na krzyż.
- Kim jest Ten, który cierpi i dlaczego?
To pytanie, zadane z wnetrza kształtującego się człowieczeństwa, mówi o Jozafacie więcej, niż niejeden późniejszy życiorys. Świadczy o otwarciu na drugiego człowieka, bystrości umysłu, gotowości do odwagi, tam, gdzie inni mogliby odwrócić wzrok.
Jeżeli wydarzenie to miało miejsce tak, jak je opisują, trudno nie dostrzec w kilkuletnim Janie niezwykłej predyspozycji do zmierzenia się z czymś, co przekracza nie tylko dziecięce doświadczenie. Tradycja chrześcijańska od wieków podkreśla, że autentyczne doświadczenie Boga nie jest łatwe – nicuje człowieka na wskroś i stawia przed nim wymagania.
Janek, czy jak być może mama mówiła - Wania - nie znał jeszcze wtedy wszystkich sił, które miały wpłynąć na jego losy. Nie wiedział, że troska o jedność Kościoła stanie się rdzeniem jego życia, wraz z rywalizacją o to, kto ma prawo mówić w imieniu chrześcijańskiego Wschodu. Choć być może to przeczuwał….
Państwo, które umie zarządzać strachem.
Gdy mówi się o opryczninie, najczęściej przywołuje się obraz jeźdźców w czarnych pelerynach, z psimi łbami i miotłami przy siodłach - symbolami tropienia zdrajców i „wymiatania" ich z państwa. Ten obraz przeszedł do historii i literatury. Jest niezwykle sugestywny, ale nie oddaje całego znaczenia opryczniny.
Była ona przede wszystkim eksperymentem politycznym.
W 1565 roku Iwan IV wydzielił znaczną część państwa jako własną domenę, podporządkowaną wyłącznie sobie. Dotychczasowi właściciele ziem - bojarzy - byli usuwani, a ich majątki konfiskowano. Na ich miejsce pojawiali się oprycznicy, całkowicie zależni od cara. Ich pozycja nie wynikała z urodzenia ani tradycji rodowej, lecz z osobistej lojalności wobec monarchy.
Tak rodził się nowy model państwa. Nie opierał się już wyłącznie na prawie dawnych elit, ale na strachu, kontroli i nieustannym poszukiwaniu wrogów.
Oprycznicy nie byli tylko formacją wojskową, centurionami cara. Pełnili funkcje policyjne, śledcze i wykonawcze. Prowadzili konfiskaty, uczestniczyli w przesłuchaniach, wykonywali wyroki i zbierali informacje o osobach podejrzewanych o nielojalność. Donosy zaczęły odgrywać ogromną rolę, a podejrzenie mogło wystarczyć do utraty majątku, wolności lub życia.
Historycy nie są zgodni, jak daleko można prowadzić analogie między opryczniną a późniejszymi formacjami wywiadowczymi państwa rosyjskiego. Wielu z nich zwraca jednak uwagę, że właśnie w tym okresie utrwalił się sposób myślenia o władzy, w którym aparat państwowy miał przede wszystkim chronić interes panującego, wykorzystując do tego rozbudowaną sieć informacji, nadzoru i represji.
Głód - cichy sprzymierzeniec terroru
Konfiskata ziem nie była jedynie zmianą właściciela. Za każdą odebraną posiadłością kryli się ludzie: rodziny bojarów, zarządcy, chłopi, rzemieślnicy i służba. Wielu z nich wypędzano. Bowiem w państwie cara Iwana Groźnego wina była zbiorowa. Wina lub podejrzenie, czy domniemanie winy powodowało usunięcie wszystkich ludzi związanych z obwinionym. Gospodarstwa, które przez pokolenia funkcjonowały według ustalonego porządku, nagle traciły swoich gospodarzy. Nowi właściciele często nie byli przygotowani ani merytorycznie ani organizacyjnie do zarządzania przejętymi dobrami.
Do tego dochodziła wyniszczająca wojna inflancka, epidemie oraz kryzys gospodarczy.
W rezultacie w wielu regionach państwa moskiewskiego doszło do załamania produkcji rolnej i niedoborów żywności. Głód nie był wyłącznym skutkiem opryczniny, lecz konsekwencją kilku katastrof, które nawzajem się wzmacniały.
Nie zmienia to faktu, że ludzie opuszczali swoje wsie. Niektórzy szukali schronienia na pograniczu. Inni zasilali grupy włóczęgów i zbiegów.
Jeszcze inni uciekali na południe, gdzie rodziły się społeczności kozackie, coraz mniej zależne od jakiejkolwiek władzy.
To właśnie z tego świata niepewności jutra, przemocy i przesiedleń wyłaniała się nowa Europa Wschodnia. A państwo moskiewskie wyciągało z tych doświadczeń własne wnioski. Jeden z nich z nich brzmiał: kto posiada informacje, ten posiada władzę.
Głód, wojna i terror rodziły jeszcze jedno zjawisko, o którym rzadziej się pamięta. Nie wszyscy uciekinierzy odnajdywali nowe miejsce do życia. Wielu traciło rodziny, domy i środki do utrzymania. Pozbawieni dawnego świata, stawali się ludźmi bez pana i bez ziemi, bez środków utrzymania. W sposób nagły przemieniali się w ludzi, których szanse na przeżycie następnego dnia były nikłe.
Ci ludzie próbowali rozpocząć życie od nowa w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Najmowali się do pracy, służby lub wojska. Byli jednak i tacy, którzy schodzili na drogę rozboju. W źródłach z epoki pojawiają się określenia: „ludzie luźni", „włóczędzy", „zbójcy” czy „rozbójnicy". Dziś słowo „zbójca" bywa kojarzone z ludowymi legendami i romantycznymi opowieściami, lecz dla mieszkańców przełomu XVI i XVII wieku oznaczało śmiertelne zagrożenie. Tylko wieść o zbliżającej się bandzie ,,luźnych’’ wystarczała, by zamykano bramy miast, ukrywano dobytek, kobiety i dzieci i przygotowywano się do obrony.
Człowiek jest najcenniejszym nośnikiem informacji
Na pograniczu między Carstwem Moskiewskim a Rzecząpospolitą mieszały się losy ludzi uczciwych z losami tych, których wojna i nędza popchnęły ku przemocy. Święci, Judasze i zwykli Barabasze wędrowali tymi samymi drogami. Kupcy, pielgrzymi, uchodźcy, zbiegli chłopi, najemnicy i rozbójnicy przemierzali te same szlaki i lokowali się w tych samych miastach. Razem z nimi wędrowały wiadomości, plotki, propaganda i polityczne pogłoski. A także i choroby.
Właśnie w takim środowisku państwa zaczęły dostrzegać nie tylko zagrożenie, ale także szansę. Wśród ludzi wykorzenionych łatwiej było znaleźć przewodników, kurierów, informatorów czy równie niebezpiecznych jak dzisiejsi szpiedzy, płatnych popleczników. Niektórzy szukali jedynie chleba i bezpieczeństwa, inni gotowi byli służyć temu, kto zapewnił im utrzymanie. W ten sposób chaos pogranicza przenikał w głąb państwa polskiego i stawał się przestrzenią, w której rodziły się zalążki nowoczesnej działalności wywiadowczej.
Czy właśnie z takich doświadczeń wyrastały późniejsze metody działania państwa moskiewskiego? Nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie. Trudno jednak pominąć fakt, że w tym czasie władza, nie tylko w Moskwie, coraz częściej dostrzegała wartość nie tylko armii, lecz także informacji oraz ludzi, którzy potrafili je zdobywać. A także przekazywać.
Włodzimierz Wołyński nie leżał bezpośrednio przy granicy z państwem moskiewskim, pozostawał jednak miastem otwartym na wschód. Przebiegały tędy ważne szlaki handlowe i komunikacyjne, którymi wędrowali kupcy, duchowni, żołnierze i uchodźcy.
Każdy z nich niósł ze sobą coś więcej niż własny dobytek. Niósł wiadomości. Niektóre z nich mogły decydować o losach narodów. W świecie, jeszcze bez bez gazet, to człowiek był najważniejszym nośnikiem informacji. Jedne z tych wiadomości dotyczyły cen zboża, inne ruchów wojsk i wartości uzbrojenia, a jeszcze inne sporów. Także religijnych.
Św. Jozafat miał dużo później sam stać się człowiekiem, którego słowa, podróże i działalność przekraczały granice państw i wyznań. W epoce, w której informacja stawała się narzędziem wpływu, również duchowni stawali się uczestnikami wielkiej gry idei.
W roku 1596, gdy w Brześciu Litewskim biskupi prawoslawni pieczętowali z katolickimi akt unii z Kościołem rzymskim, szesnastoletni Jan Kunczyc opuszczał rodzinny Włodzimierz Wołyński i wyruszał ku Wilnu, aby uczyć się kupieckiego fachu. Nie wiemy, o której porze roku wyruszył w tę długą podróż. Wiemy tylko, że pewnego dnia zostawił rodzinny dom i wszedł na drogę, z której już nigdy nie zawrócił. Czy jego droga prowadziła przez Brześć? Czy widział gromadzących się tam hierarchów kościoła katolickiego i prawosławnego? Lub podróżujących w niezwykłym celu podpisania dokumentu o jedności Kościoła? Jest to tylko przypuszczenie, do którego jednak mamy prawo, bo wiemy, że przemierzał tę samą przestrzeń, na której rozgrywało się jedno z najważniejszych wydarzeń religijnych jego epoki.
Koniec części 1
/-/ Renata Kopeć, ilustracja Autorki
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
"...zrozumieć sens ofiary bł. ks. Jerzego Popiełuszki ...." świadectwo świadka
Zrozumieć księdza Jerzego.
Właściwie powinienem zacząć od - zrozumieć sens ofiary życia księdza Jerzego. Jednak nad tym można się zastanawiać, kiedy już zrozumiemy dlaczego stało się to, co się stało. Żeby zrozumieć księdza Jerzego i sens Jego ofiary trzeba koniecznie poznać jego historię, w tym i historię całego jego życia. Ale tu właśnie pojawia się problem. Do dziś nie ukazała się żadna w pełni wiarygodna biografia księdza. Owszem jest ich kilka, jedne bardziej uczone od drugiej, ale z żadnej nie dowiemy się jaka była prawdziwa historia posługi tego księdza, ani jego trudna droga do seminarium, w nim i po jego ukończeniu. Dane zamieszczone w tych biografiach oparte są głównie na oficjalnych zapisach, w tym i tych w kartotekach kościelnych. Tam wszystko jest też zapisane, jak trzeba… Najmniej dowiemy się z tych publikacji, o stosunku zwierzchników księdza do niego i jego działaności. Dziś oczywiście pojawia się już coraz więcej nieznanych świadectw i ktoś, kto się tym bliżej interesuje może sobie z grubsza poukładać fakty i jak to się mówi, połączyć kropki. 42 lata temu ja nie miałem takiego komfortu, musiałem sam przebijać się przez mur niewiedzy. Dla mnie pierwsze próby rozwikłania niejasności zaczęły się 20 października 1984 roku, a tak naprawdę w dniu ogłoszenia w dzienniku telewizyjnym, że z wód zalewu włocławskiego wydobyto zwłoki księdza Jerzego. Wtedy właśnie, chyba po raz pierwszy zadałem sobie pytanie - dlaczego. Dlaczego do tego doszło i komu zależało na tym, żeby ksiądz Jerzy zginął w tak dramatycznych okolicznościach. 20 października wszyscy myśleliśmy jeszcze, że doszło do porwania i wkrótce poznamy żądania porywaczy i wszystko będzie jasne. Stało się jednak inaczej i od 30 października trzeba było szukać jakiegoś logicznego uzasadnienia tego dramatu. Stało się to moim osobistym wyzwaniem.
19 października miałem pojechać z księdzem do Bydgoszczy. Późnym wieczorem w przeddzień wyjazdu zostałem powiadomiony telefonicznie, że na moje miejsce zgłosiły się dwie osoby, deklarując wolę towarzyszenia księdzu. Byli to znani działacze opozycyjni i księdzu zależało na ich obecności na spotkaniu. Niestety, żadna z tych osób nie stawiła się nazajutrz w umówionym miejscu, o ustalonej godzinie. Dalszy ciąg tej historii jest powszechnie już opisany w wielu, w tym i w moich opublikowanych tekstach. Przypomnę tylko, że do Bydgoszczy miało nas jechać kilka osób. Wszyscy podobnie jak ja, zostali przez księdza odwołani. W zasadzie na tym opisie tej historii można by zakończyć zainteresowanie sprawą. Tak postąpiło wielu z tych, którzy mieli towarzyszyć księdzu w tej podróży. Ja otrzymałem zapewnienie, że po powrocie z wyjazdu, ksiądz powie mi kto był powodem mojego odwołania i dlaczego ich towarzystwo było tak ważne. Stawiłem się więc rankiem 20 października i… Jak wiemy, ksiądz nie mógł już udzielić mi odpowiedzi. Ponieważ byłem bezpośrednio zainteresowany tym co i dlaczego się stało, rozpocząłem własne dochodzenie.
Muszę tu dodać, że od 1982 roku należałem do, tak naprawdę, nielicznego grona osób z najbliższego otoczenia księdza. Trafiłem do niego wiosną tamtego roku. Mój wyrzucony z pracy kolega, działacz Solidarności, potrzebował pomocy. Nie mialem nic wspólnego z polityką, a kościołem interesowałem się też tylko na tyle żeby wiedzieć, że trzeba czasem uczestniczyć w Eucharystii. Zajmowałem się wtedy zarabianiem pieniędzy we własnej firmie ogrodniczej, i swój czas poświęcałem rozwijaniu tej działalności. Jednak na prośbę kolegi pojechałem z nim na Żoliborz. Okazało się, że nie tylko on, ale i ksiądz też potrzebował pomocy. Konkretnie przy rozładunku i dystrybucji darów, które otrzymywał od europejskiej Polonii. Po krótkim wzajemnym zapoznaniu, natychmiast zajęliśmy się pomocą przy dystrybucji tych darów. Ksiądz Jerzy znalazł wkrótce pracę dla mojego kolegi i tak się stało, że został on jednym z najbliższych jego pomocników. Razem od tego czasu stanowiliśmy zespół wsparcia księdza i to do nas zwracał się on często, kiedy inni zawodzili. Od wiosny 1982 roku do października 1984 brałem udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach związanych z działalnością księdza Jerzego.
Jednak to dzień 19 października stał się datą graniczną od której dla mnie zaczęło się szukanie odpowiedzi na powyższe pytania - kto, dlaczego i jak to zrozumieć. Próby wyjaśnienia tych spraw zajęły mi kilka dziesięcioleci. Nie jest możliwe opisanie całej tej historii na kilku kartkach A 4. Oczywiście napisałem już kilkadziesiąt wielostronicowych tekstów o randze świadectwa, są one dostępne, ale dziś chodzi raczej o refleksję zawartą w tytule.
Już pierwszego dnia po porwaniu księdza, zacząłem spotykać się z ludźmi z jego otoczenia. Prowadziłem sporo rozmów, które pomagały mi rozpoznać wiele z istotnych problemów. Zebrałem dużo świadectw, w tym i takie, których nikt nigdy już nie odtworzy. Większość z moich rozmówców od dawna już nie żyje. Prawie nikt z nich nie zostawił zapisków, które dziś mogłyby pomóc badaczom tej sprawy. To między innymi dlatego czuję się w obowiązku podzielenia się tym co wiem o tej sprawie. Chcę wierzyć, że kiedyś przyda się to w dojściu do prawdy o przyczynach i samym akcie męczeńskiej śmierci, już dziś błogosławionego księdza.
Moja wiedza jest rozległa, ale mam problem z takim jej przedstawieniem, żebym i ja był zrozumiany. Zrozumieć sens ofiary księdza Jerzego, to jeden kłopot, a kolejnym jest zrozumienie świadka. Tu przywołam definicję papieża Franciszka:
„Świadek to ten, który widział, który pamięta i opowiada. Zobaczyć, pamiętać i opowiadać, to trzy czasowniki opisujące tożsamość i misję. Świadek to ten, który widział, ale nie obojętnym okiem; on zobaczył i zaangażował się w to wydarzenie. Dlatego pamięta, nie tylko dlatego, że potrafi dokładnie zrekonstruować wydarzenia, ale dlatego, że te fakty przemówiły do niego, a on zrozumiał ich głęboki sens.” ------ Ojciec św. Franciszek - Watykan, 19 kwietnia 2015 roku (Regina Coeli).
Tak - jestem przekonany, że fakty które poznałem przemówiły do mnie i zrozumiałem ich głęboki sens. Jednak ci, którzy zaplanowali przeprowadzenie operacji „Popiel” i ci, którzy przed październikiem 1984 r. przejeli jej realizację, zadbali też o to, żeby kogoś, kto zrozumie głęboki sens ich działaności pozbawić wiarygodności. Dokonano tego bardzo prostym zabiegiem. Najbliższego i zaufanego powiernika księdza Jerzego, który po porwaniu ich obu pod Górskiem, wyskokiem z samochodu przyczynił się do skomplikowania operacji porwania oraz dalszych planów jej zleceniodawców, oskarżono o współudział w zbrodni. Tak się składa, że był to ten sam od wielu dziesięcioleci mój bliski znajomy Waldemar Chrostowski, z którym wiosną 1982 roku pojechałem do księdza Jerzego, by pomóc w znalezieniu pracy dla niego.
To zupełnie bezpodstawne oskarżenie miało właśnie taki cel, żeby zapobiec jakimkolwiek próbom innej interpretacji tego co było zaprojektowane przez spiskowców. Chodziło konkretnie o blokadę powstania takich interpretacji w środowisku księdza Jerzego. Sprawiło ono, że podejrzeniem o współpracę z agenturą zostanie objęty każdy, kto podejmie się podważenia tych zarzutów. Od czasu publicznego oskarżenia Chrostowskiego o zdradę, wyrosło całe pokolenie entuzjastów tej sensacyjnej teorii. Na nic zda się więc logiczne obalanie irracjonalnych pomówień. Często pytam - cóż to za agent, który wskazując na swoich wspólników, wysyła ich na wieloletnie więzienie, a oni go o współpracę nie oskarżają? Ale to - jak grochem o ścianę.
Proces toruński powszechnie już uznany za komunistyczną manipulację wykazał, że zabójcami są trzej porywacze księdza. Jednak efekt dochodzenia prokuratora Andrzeja Witkowskiego, choć nie potwierdzony jeszcze procesowo w wiarygodny sposób dowodzi, że męczeństwo księdza trwało wiele dni. Coraz więcej osób w tym i tych z grona Rady Naukowej przy żoliborskim Muzeum ks. Jerzego jest przekonanych o tym, że w tej sprawie prokurator ma absolutną rację. W mojej opinii wiarygodność dochodzeń tego prokuratora, osłabia jednak właśnie bezpodstawne oskarżenie Chrostowskiego.
Nie wiem oczywiście z jakiego powodu, z czyjej inspiracji ten śledczy IPN zdecydował się na takie posunięcie. Najpewniej podsunął mu to zleceniodawca śledztwa. Chodzi o Gurgula, wysokiej rangi urzędnika ongiś prlowskiego ministerstwa sprawiedliwości. Ten były urzędnik, jeśli jeszcze żyje powinien mieć około 100 lat. Można się tylko domyślać, że miał on związek z pomysłami „minionego” systemu.
To wszystko ma o tyle znaczenie, że pokazuje uwarunkowania w jakich przyszło księdzu Jerzemu realizować swoją misję Bożego posłańca za życia, jak i teraz.
Jan Paweł II powiedział w czerwcu 1979 roku w Warszawie, że nie możemy zrozumieć tego miasta bez Chrystusa: „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa - to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Dalej JP II mówił: „ Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski - Tę regułę trzeba właśnie dziś zastosować i do zrozumienia księdza Jerzego. Trzeba zgłębić Ewangelię, żeby zrozumieć co stało się z nim, kiedy szatan wepchnął go w sidła machiny zła. Kiedy owej październikowej nocy 1984 roku zawleczono go przed sąd ludzi, którzy uzurpują sobie prawo do zmiany oblicza świata wedle ich bezbożnej wizji. Los Jezusa Chrystusa opisany w Ewangelii, jasno pokazuje kto i dlaczego ongiś zdecydował o skazaniu Go na śmierć. Podobnie było i z księdzem Jerzym. Różnica jest tylko taka, że nie poznaliśmy jeszcze składu sądu który wydał ten wyrok. Nie wiemy, kto był Annaszem, a kto Kajfaszem. Wtedy w Jerozolimie był Cezar i Sanhedryn i podjudzony lud. Dziś mieliśmy do czynienia z ludźmi władzy różnych ugrupowań i z masonerią, która tu i teraz pełni rolę starszych. Jak podzielono role, kto ostatecznie zdecydował o losie pojmanego - niestety jeszcze długo będzie okryte tajemnicą spiskowców.
Jan Paweł drugi przypominał jeszcze: „Chrystus nie przestaje być wciąż otwartą księgą nauki o człowieku, o jego godności i jego prawach. A zarazem nauki o godności i prawach narodu”. To właśnie o te prawa upominał się dziś już błogosławiony męczennik, ksiądz Jerzy Popiełuszko. Dla jego oprawców to właśnie było problemem -jednym z problemów…
Tak - dziś jestem pewny, że ksiądz Jerzy przeszedł przez życie śladami Chrystusa. Dlatego bez Chrystusa nie zdołamy zrozumieć sensu jego męczeńskiej ofiary. Z takim zrozumieniem mamy problem my zwykli ludzie, ale jak zrozumieć to, co po 41 latach od tej zbrodni dzieje się z się z hierarchią Kościoła. Kilka tygodni temu odbyła się w siedzibie Archidiecezji warszawskiej konferencja na której uczeni z tzw. Rady Naukowej przy Muzeum bł. księdza Jerzego dowodzili na podstawie analizy kopii filmowej z sekcji zwłok, że ksiądz Jerzy chyba nie był męczennikiem. Według uczonego z Krakowa, Jego męczeństwo w najlepszym wypadku miało trwać ledwie kilkadziesiąt minut, bo ksiądz zginął w wyniku uduszenia się kneblem w ustach.
Jestem świadkiem w procesie beatyfikacyjnym księdza Jerzego. Jestem też świadkiem w trwającym od dziesięcioleci śledztwie w sprawie o ustalenie inspiratorów tej, nazwanej przez wielu, zbrodni założycielskiej III RP. Poznałem życie księdza rok po roku, od dzieciństwa po tragiczną męczeńską śmierć i w żadnym razie nie zgodzę się z powyższą opinią, lansowaną przez taką, czy inną naukową radę. Zmontowany przez esbeckich specjalistów zapis, wykonanej w specjalnym miejscu sekcji zwłok, nie jest godny wiary.
Tak jak wspomniałem, znam odpowiedzi na wiele pytań w tej sprawie. Tym, którzy nie do końca zrozumieli to odniesienie do Ewangelii, podpowiem jeszcze - jest też kilka innych sposobów na rozwianie istniejących wątpliwości.
Prokurator Witkowski bez trudu wykazał, że ksiądz był wrzucony do wody 25, a nie tak jak to ogłoszono w Toruniu 19 października. Wynika z tego, że przez kilka dni od porwania był on męczony, najprawdopodobniej w bunkrze pod Kazuniem. To akurat można jednoznacznie wyjaśnić. Wystarczy zdecydować o poddaniu wnikliwym badaniom na okoliczność obecności pyłków ziemi i roślin, w zachowanej w doskonałym stanie sutannie księdza Jerzego. Można po 2 tysiącach lat zbadać całun turyński, to dlaczego nie sutannę? Tym którzy twierdzą, że nie jest to oryginał podpowiadam - są też dobrze zachowane i zabezpieczone pozostałe części garderoby. W czym problem? A raczej, kto ma problem z podjęciem stosownej decyzji....?
W jednym z białostockich kościołów przechowywane są jako relikwie, cudem ocalone przed utylizacją części ciała księdza pobrane do badań histopatologicznych. Są tam zakonserwowane próbki z serca oraz wątroby i wielu innych tkanek miękkich. Można je też poddać różnym analizom pomocnym w ustaleniu prawdy, zanim ostatecznie zostaną podzielone na cząstki do relikwiarzy. Do kogo należą w tych sprawach decyzje? Dysponentem tych szczątków jest Kościół. Czy nie lepiej polegać na wynikach takich badań, zamiast wzbudzać emocje, publiczną dyskusją nad wątpliwej jakości filmowym zapisem z, jak wiele na to wskazuje, tendencyjnie przeprowadzonej sekcji zwłok. Wyniki takich badań trzeba następnie upublicznić i zakończy się dyskusja, czy miejscem męczeństwa jest, czy nie jest Kazuń. W końcu trzeba jeszcze odnieść się do starej rzymskiej zasady - kto odniósł korzyść, ten winien. W tym przypadku oczywiście powinniśmy mówić - kto chciał odnieść korzyść, bo stara betonowa komuna, skutecznie zablokowała pomysł spiskowców na wywołanie ulicznych zamieszek.
Jezus powiedział do apostołów: „Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówią wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach”. Dlaczego nie wolno nam dziś głośno mówić o roli masonerii w spisku, którego celem jak wielu twierdzi, była budowa na bazie tej zbrodni, nowej, trzeciej już RP. Nie wolno - czy dlatego, że boimy się tak modnego dziś posądzenia o faszyzm, czy jak było w przypadku św. Maksymiliana Kolbe antysemityzm??? W tej samej cytowanej powyżej Ewangelii Jezus powiedział - „nie bójcie się ludzi…”.
Nikomu nie wolno umniejszać okrucieństwa męczeństwa, jakiemu został poddany bł. ks. Jerzy. Negacji jego męczeństwa usiłowała dokonać junta wojskowych generałów. Według prok. Witkowskiego ciało księdza wydobyto z wód zalewu, związano sznurami w uzgodniony z porywaczami sposób i usiłowano jakąś substancją zamaskować efekt zmasakrowanej twarzy i rąk. To co usiłowała ukryć junta jest zrozumiałe, ale dlaczego dziś próbują to robić ludzie Kościoła? To naprawdę trudno zrozumieć.
Optymizmem nastraja zachowanie błogosławionego księdza Jerzego. On podobnie jak św. Andrzej Bobola sam upomina się o prawdę. Robi to skutecznie poprzez szerzenie kultu. Wielu pyta - jak to jest możliwe, że na wszystkich kontynentach świata jest już sporo ponad dwa tysiące kaplic z jego relikwiami. A no - możliwe. Do nas jego świadków, wierzących w świętych obcowanie, należy wspieranie go w tym dziele. Wzrost tego kultu w takiej skali wyraźnie dowodzi, że jego ofiara ma znaczenie dla porządku całego świata. Świata, który coraz wyraźniej ulega presji antykościoła. W którym nachalnie promowana jest ideologia rzekomej wolności, równości i braterstwa, a konsekwentnie niszczona jest łacińska cywilizacja. Dlatego właśnie należy, jak najszerzej promować przesłanie tego Męczennika. Zapisał je w swoich ostatnich publicznie wygłoszonych słowach. „ Módlmy się byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”. To jest testament i w tym jednym zdaniu zawiera się niemal cała jego ewangeliczna nauka. Do dziś jednak nie ma oficjalnego opracowania teologicznej wykładni tego przesłania. Nie ma też mowy o atrybutach tego męczennika. Wprawdzie wedle prawa, jest on czczony tylko lokalnie, ale czy te dwa tysiące kaplic na wszystkich kontynentach świata, nie zobowiązują uczonych teologów.
Dla nas dziś zobowiązaniem powinno być - Zrozumieć księdza Jerzego. Tylko jak to zrobić, skoro tak trudno zrozumieć świadka. Kiedy publikuję swoje świadectwa, często jestem pytany, czy nie powinienem pisać jaśniej i czy mam twarde dowody. I tu już zaczyna się problem. Zwykle to świadek jest dowodem. Oczywiście takie świadectwo można przyjąć, albo odrzucić. Tak przecież po wielu latach powstała Ewangelia…
Adam Nowosad - Warszawa, lipiec 2026 r.
--------------
Na fot. arch. red. , na transparencie widnieje napis: - "NIGDY NIE MOŻNA ZREZYGNOWAC Z WALKI O PRAWDĘ" słowa bł. ks. Jerzego Popiełuszki - przypis od red.: NIECH te słowa STANĄ SIĘ DROGĄ DLA NAS, WIERNYCH KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO - W SUMIENIU POSZUKUJMY PRAWDY O OFIERZE KS. JERZEGO, KIERUJMY SIĘ NAUKĄ, POSŁANIEM JAKIE NAM WSZYSTKIM POZOSTAWIŁ.
Amen.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
"...kamień zadośćuczynienia " red. Piotr Łysakowski specjalnie dla KSD
„Mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1,18).
„Nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Ga 6,14).
Nie bardzo wiem za co się teraz wziąć ?
Niedawno w Berlinie brutalnie potraktowano grupę Polaków, którzy wraz z Robertem Bąkiewiczem chcieli upamiętnić polskie ofiary II niemieckiego terroru. W życiu widziałem sporo, ale dawno nie widziałem takiej nieuzasadnionej policyjnej agresji. Kopanie, bicie pięściami, szarpanie, ciągnięcie po ziemi – wyraźnie ukierunkowana agresja. Nie wiem czy próba oddania hołdu przez zaniesienie pod „kamień zadośćuczynienia” Krzyża i kwiatów „zasługiwała” na taką reakcję sił porządkowych (gdziekolwiek, by to nie było – no chyba, że w Rosji albo na Białorusi) ? Nie ma tu zresztą szczególnego znaczenia i to, że według rzecznika berlińskiej usprawiedliwiającego chamstwo i zupełnie nieprawdopodobną agresję funkcjonariuszy, grupka polskich emerytów złamała jakieś zakazy (których według konstytucjonalisty Oskara Kidy nie złamała bo ich faktycznie nie było – niżej fragment z tekstu / oświadczenia Pana doktora „… niemiecka narracja o rzekomej „nielegalności” polskiego zgromadzenia rozpada się w pył …pomnik ten znajduje się w otwartej przestrzeni publicznej, która nie jest objęta żadnymi nadzwyczajnymi zakazami ani specjalnymi strefami wyłączonymi z manifestacji. …polska delegacja dopełniła wszelkich starań i formalnie zgłosiła zgromadzenie jako spontaniczne, a policja to zgłoszenie przyjęła … Rozwiązanie takiego zgromadzenia …wymaga zaistnienia skrajnych przesłanek, takich jak bezpośrednie i realne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Nic takiego nie miało miejsca. …”). Ciekawe jest w tym konkretnym przypadku jeszcze kilka spraw. Zanim zaczęto bić przeprowadzano jakieś telefoniczne „konsultacje”. Z kim i o czym rozmawiano tego nie wiemy, policjanci do pewnego momentu zachowywali się (w miarę) „normalnie”. Eksplozja agresji nastąpiła (można rzec) ni z tego ni z owego, jakby na wyraźne wydane polecenie (skąd i dlaczego ?). Czy nie było tu przypadkiem jakiejś „internacjonalistycznej” inspiracji, bo jaki interes mogli mieć Niemcy, by „lać obcych” obywateli ? Co rozumiem, pisząc to co piszę, spróbujcie sobie Państwo sami wytłumaczyć. Bąkiewicz to przecież jeden z „wrogów” obecnej władzy. Kolejna kwestia to reakcje „polskich elit”. „Zasłużyli” sobie, „dobrze im tak”, „kto sieje wiatr ten…”, za mało „dostali”, po co tam „łazili”, „prowokacje Bąkiewicza”, to „żadni emeryci” tylko „zadymiarze”, „tandetne przedstawienie” – to posłowie, „inteligenci” i zwykli „zjadacze chleba” tęskniący najwyraźniej za zdechłą komuną – 0 empatii dla potraktowanych po „europejsku” ludzi, którzy de facto NIC nie zrobili. Na to wszystko nakłada się wznowiona (może właśnie dzięki Bąkiewiczowi i jego „chuliganom”), ale bardzo słabo rezonująca w sferze publicznej Niemiec dyskusja o odszkodowaniach dla polskich ofiar okupacji i ich upamiętnieniu (o reparacjach ani mru, mru !!!), a także brak jakiejkolwiek, głębszej, reakcji polskich władz na berliński skandal (patrz wyżej). Zobaczymy jak to wszystko będzie się rozwijało. Czy tak jak zwykle, pogadają, pogadają i … płyńcie frajerzy, poczekamy aż reszta ofiar umrze sobie spokojnie (przy obecnym stanie służby zdrowia w Polsce nastąpi to prędzej niż później – patrz niże), czy może będą wreszcie jakieś konkrety ? Na brak tychże zwraca nawet uwagę Deutsche Welle „…Miały być pieniądze i humanitarny gest, ale miesiące mijają, a decyzji nadal nie ma. Byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i ofiary pracy przymusowej apelują do Berlina o wsparcie, którego mogą już nie doczekać…” (2.07.26). Tak więc trudno być przesadnym optymistą, wygląda na to, że Polaczkom wystarczy zbeszczeszczenie Krzyża i kolejne bajery o „Domu Polskim”, w którego tworzenie angażowali się wszyscy tylko nie polscy znawcy problematyki. I znowu piszę to z prawdziwą troską o dobre polsko niemieckie stosunki i działania dobrych ludzi po stronie niemieckiej (Florian Mausbach). Możesz sobie pisać „…na Berdyczów…”, wycedzi przez zęby życzliwy polski „Europejczyk” ! I jeszcze jedno (będzie to standardowe pytanie, powtarzane już dziesiątki razy), chciałbym zobaczyć taką samą interwencję aryjczyków z Berlina (szczególnie tego sprawnego i aktywnego blondynka, kilka razy, kopiącego człowieka leżącego na ziemi) wobec podobnej demonstracji wyznawców Islamu (alternatywnie Judaizmu).
Teraz trochę na wschód. Miejsce kaźni polskich profesorów we Lwowie (początek lipca 1941) - Wzgórza Wuleckie. Zamordowani przez Niemców, najprawdopodobniej przy udziale i na podstawie sformułowanych przez Ukraińców list proskrypcyjnych. Dziś to „Park Studencki” od północnego zachodu mamy ulicę „Generała Czuprynki”, od północy „bohaterów UPA”, od północnego wschodu „Stepana Bandery”. Jasne, że piszę o tym w ścisłym związku z aktualnym konfliktem wynikającym z kolejnych decyzji Zełenskiego i reakcją na te Prezydenta Karola Nawrockiego. Piszę jednak też i dlatego, że wymienione wyżej nazwy ulic zostały nadane niewątpliwie już dawno i znajdując się obok miejsca niebywałej wręcz tragedii polskich intelektualistów (przypomnijmy choćby tylko nazwiska Boya i Bartla, Ruffów, Łomnickiego, Renckiego, który umknął śmierci z rąk Sowietów po to by zginąć w kilka dni później z rąk Niemców i Ukraińców, a było ich dużo więcej tych znaczących dla naszego kraju, jego osiągnięć i prestiżu) i NIKT w Polsce nie reagował na te dzikie wyczyny. Podobnych afrontów ze strony ukraińskiej było i jest zresztą dużo więcej. A My co ? My nic milczymy i dajemy się bić „po pysku” i finansujemy banderowskie wyczyny artystyczne (nie tylko te zresztą). Teraz dopiero za sprawą Prezydenta jest reakcja, sabotowana przez pożytecznych idiotów, a może świadomych (i przy okazji nienawidzących głowy Państwa Polskiego) tego co robią Europejczyków, którzy szukają równowagi między potwornościami „Wołynia” i polską reakcją bredząc coś o tym, że Polacy też „…nabijali dzieci na widły…”, no i przecież „Akcja Wisła” – jakby między „Wołyniem” a „Wisłą” była jakakolwiek symetria. Tak to są ci sami którzy kpili z „emerytów Bąkiewicza” poniewieranych prze niemieckich „stróżów prawa”. Kiedyś rozmawiałem z byłym wysokim polskim dyplomatą pełniącym swoją misję w Moskwie. W trakcie rozmowy zeszło na wojnę kacapsko – ukraińską. Na wyrażone przeze mnie zdziwienie w jakiejś kwestii … powiedział „…a co ty myślisz , że oni różnią się czymkolwiek od Rosjan ? Nie, są tacy sami, a może nawet gorsi…”. Piszę o tym z głęboką troską i jako człowiek, który włożył parę lat temu sporo wysiłku w to, by budować polsko – ukraińskie porozumienia (na marginesie, warto zauważyć, że te moje wysiłki zostały „uwalone” przez „Europejczyków” właśnie i nieudolność, zwykłą głupotę i niechęć do „roboty” wysokopostawionych urzędników państwa polskiego, którym „to” wtedy „zwisało i powiewało”, a mogli zrobić dosłownie wszystko, by jednym słowem uruchomić procesy, które dziś dawałyby jakąś szansę na polsko – ukraiński dialog – mogli ale nic nie zrobili). Słyszę teraz głosy, „gdyby nie Ukraińcy to” … , przecież „oni walczą za Nas…”. Ktoś tam nawet wykrzykuje „…polscy żołnierze na Ukrainę…” (to akurat ten, który swoich synów ma gdzieś daleko do Polski), „wszystko wina Nawrockiego…” !!! I ani słowa o tym, że gdyby nie Polska Ukraina nie przetrwałaby pierwszych tygodni najazdu Hunów. I ani słowa o tym, że oni jednak głównie walczą „…za siebie i o siebie…” , a nie o „Nas”. O „Nas” niejako przy okazji i ze względu na taką a nie inną geografię, a nie z miłości. Dla każdego powinno to być jasne – jak widać nie jest „…bo Nawrocki…”. Na przykłady skrajnej nielojalności ze strony Ukrainy zasadniczo nie ma reakcji „…bo Nawrocki…” (na marginesie jest sprawa „otrucia” Karola Nawrockiego w trakcie kampanii wyborczej – postaram się następnym razem do niej odnieść). Nie pamięta się o tym, że jeden z ukraińskich ministrów (już nie pamiętam który ?) niedawno otwarcie mówił o tym, że Polska to będzie, wkrótce, największy konkurent Ukrainy i wspominał coś o jakichś pretensjach terytorialnych (później to dementował) wobec Naszego kraju. A przecież AK to „kolaboranci Hitlera” (masowo mordowali Żydów), by w chwilę potem alogicznie meldować, że AK i UPA to w zasadzie jedno. Polska, na dodatek, okupowała Ukrainę (której nie było), więc wymordowanie Polaków na Wołyniu było słuszną odpłatą za tę okupację - czytam w ukraińskich postach na „X”. Ukraiński wojskowy grozi Polsce atakami dronów … . Potrzeba jeszcze komuś dowodów na „polską podłość” ? Dziś wydaje się to wszystko węzłem gordyjskim. Taki węzeł może rozwiązać tylko, no wiecie jak i kto (nie będzie to na pewno „Karol Macedoński”) i kiedy się na „to” zdecyduje ? Czekamy na takiego polityka wizjonera (to on może być zwycięzcą dla Nas i dla nich), czekamy na ekshumacje i godny pochówek niewinnych istotek i starców z Wołynia.
Teraz już do „domu” do Warszawy – afera ViP Room, „szpital śmierci”. Arogancki chłopaczek który zajumał więcej niż „dużą banieczkę”. Dlaczego zadumał ? Bo mógł, bo miał partyjną ochronę i „europejskie” przyzwolenie i co mu kto zrobi – skoczyć mu (póki co) mogą. Przecież część oddał i w ogóle to Heros robił więcej niż ktokolwiek by zrobił i „pchał Polskie na nowe tory”, nie czepiajcie się, a że był równocześnie w telewizji, radio i na dyżurze (ewentualnie na posiedzeniu Rady dzielnicy) to po prostu efekt tego, że faktycznie to „nadczłowiek” i dar bilokacji posiada. Ofiary, fałszowane akty zgonu, tomografia robiona umarłym, ćwiczenia na „fantomach” i obszczane (pardon izwinitie druzja) zwłoki, prawdopodobny handel tymi zwłokami, kręcenie filmów prosektorium, kogo to obchodzi ? System winien nie jakiś gagatek, którego nikt dzisiaj nie zna, no bo skąd ma znać !? Ale zaraz, zaraz jest ktoś kto na to wszystko zwracał uwagę i zna tego pracowitego młodziana. Jest ! Lekarz, pułkownik, twardy gość, któremu się ulało. Wcześniej nikt nie chciał go słuchać, i w końcu powiedział jak było i skąd to wszystko. Kto widział tę wypowiedź Pana doktora, widział też jakie to musiało być dla tego człowieka trudne. Widział że pojawiła się obawa o życie najbliższych,. Powiedział co powiedział i wywalono go z roboty - … no i w końcu mamy winnego ! Nie, nie synka który buchnął niewyobrażalną kasę i prawdopodobnie mógł przyczynić się do kilku tragedii ! Jeśli tego się spodziewaliście to jesteście w błędzie (grubym bardzo dodajmy). Pan Premier już wie i mówi, że świadek „…jest niewiarygodny…” ! Który świadek ? No ten z oficerskimi szlifami przecież, któżby inny, przecież nie syn prokuratorki (nie lubię tej wersji, ale niech będzie). Oszalały koń też wierzga na wszystkie strony i oskarża doktora. Uaktywnia się (niebywała wręcz szybkość reakcji) prokuratura. Przesłuchać, rozstrzelać (pardon tu się nieco rozpędziłem – to jeszcze nie ten czas ale i z tym damy sobie kiedyś radę), pozbawić wiarygodności bo nie chce odpowiadać na pytania. Nikt przecież nie wie, że ma zeznawać bez możliwości udziału obrońcy, kogo zresztą to obchodzi ? Nagadał ten doktor Jędrzejewski głupot to niech teraz pije piwko, którego nawarzył. Pewno lubi alkohol pomożemy Mu w ViP Roomie, a zasadniczo to i tak wina systemu (nie „Bobasa”, „Tęczowego” & przyjaciół) ! Z jednej strony system winny, a z drugiej Państwa (i Jego reakcji) nie ma, może ktoś się wreszcie zdecyduje – idą w zaparte, by zatrzeć ślady, a generalnie (bo i takie głosy słyszę) to i tak wszystko „…wina Kaczora…” i doktora ! A było tak spokojnie i wszystko przez jedną głupią deklarację radnego !
Ciekawe jak to jeszcze długo potrwa ?
Panie Doktorze niech się Pan trzyma ! ![]()
3.07.26 Warszawa
Piotr ŁYSAKOWSKI. ---- ilustracja za Wikipedia, Pietro da Cortona, w.XVII
***********************************************************************************************************************
wspomnienie dr Wojciecha Augustyna Bąkowskiego
Pożegnanie lekarza.
Adam Nowosad
Warszawa 1 lipca 2026 r.
Można by i tak zwyczajnie - lekarza, ale doktor Wojciech Augustyn Bąkowski nie był zwyczajnym lekarzem. Zaświadczą o tym setki jego pacjentów. Chociaż to też jest źle powiedziane. Ci których leczył byli dla niego, jak jego najbliżsi, jak rodzina. Był kawalerem, ale miał właśnie setki podopiecznych, których traktował jak rodzinę. Ci których leczył zgodnie opowiadają o lekarzu innym niż wielu im znanych. Każdy z zaopiekowanych ma swoją długą opowieść o doktorze Wojtku. Tak do niego zwracało się wielu spośród nas. Z ich wspomnień możemy się dowiedzieć, że kiedy badał pacjenta, robił to tak, jakby modlił się każdym słowem, spojrzeniem, gestem. Nie znał się na sprawnej obsłudze komputera. Patrzył w oczy, miał w sobie dużo uwagi dla drugiego człowieka. Na stronie portalu 4Łomża możemy przeczytać i takie opinie, że dr. Bąkowski poświęcił życie pomaganiu chorym, nie patrząc na własny czas, ponadnormatywny, poświęcony bliźnim - bez zapłaty. Mówiono też, że otaczała Go jakby aureola świętości, o której praktykowaniu za życia nieraz mówili znający Go pacjenci. Kultywował wyższość ducha nad materią, nie zabiegając o honory, nagrody ani apanaże. Mnie akurat nie dziwią te opinie - w pełni je potwierdzam. Doktora Wojtka poznałem wiosną 1982 roku. Należał do grona studentów medycyny, którymi opiekował się ksiądz Jerzy Popiełuszko. To właśnie ksiądz Jerzy polecił mi, bym swój sfatygowany kręgosłup leczył u doktora Bąkowskiego. Był wprawdzie reumatologiem i dopiero rozpoczynał swoją praktykę, ale ksiądz powiedział - zaufaj mu, bo to jest prawdziwy lekarz. Przez lata doradzał mi jak mam dbać o kręgosłup i nie tylko ten fizyczny. Bo właśnie długie godziny poświęcał też na sprawy ducha. Nie przyjmował mnie w gabinecie, bo akurat w Konstancinie go nie miał. Kiedy potrzebowałem porady, godzinami czekałem aż zaopiekuje wszystkich swoich pacjentów szpitalnych. Często bardzo już wyczerpany prosił mnie bym z nim jeszcze chwilę pobył. Rozmawialiśmy o księdzu Jerzym, o wszystkich tych z nim związanych kwestiach. Był, podobnie jak ja jedną z osób z Jego najbliższego grona. Był Jego bezcennym świadkiem. Niestety nie chciał się zgodzić na rejestracje swoich wspomnień. Udało się to dopiero po wielu latach i też nie o wszystkim chciał mówić do kamery. Wystąpiliśmy obaj w jednym z filmów o księdzu Jerzym i tak się złożyło, że jesteśmy świadkami w procesie beatyfikacyjnym tego męczennika. Mogę powiedzieć, że strata tego świadka dla sprawy kultu księdza Jerzego jest niepowetowana. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mieli okazję słuchać Go podczas spotkań. Jedno z nich mogłem poprowadzić zeszłego roku w kościele akademickim św. Anny w którym ksiądz Jerzy prowadził konwersatoria dla studentów medycyny. Dziś wspominam tamto spotkanie ze łzami w oczach. Tych wspomnień jest oczywiście dużo więcej. Nie na taką jak ta okoliczność. Wedle wielu doktor Bąkowski odszedł w opinii świętości. „Pozbawionym nadziei na odzyskanie sprawności w kończynach przywracał sprawność; obolałym dawał ulgę w bólu; samotnym niósł pociechę. Wielka postać humanizmu najczystszej próby i działań charytatywnych nie na pokaz”. Warto zajrzeć na stronę muzeum bł. księdza Jerzego, żeby posłuchać notacji doktora Bąkowskiego. Zachęcam też wszystkich przyjaciół doktora, a miał ich setki, żeby zbierali wszystkie te wspomnienia - bo doktor Wojciech Augustyn, zwany też doktorem Judymem, to zaiste postać pomnikowa, warta takiego upamiętnienia.
Tych którzy będą mogli odprowadzić doktora Bąkowskiego na miejsce spoczynku zachęcam do ostatniego spotkania z nim w Łomży w dniu 2 lipca 2026 roku. O godzinie 10 odbędzie się Msza Święta Pogrzebowa w Sanktuarium pw. Miłosierdzia Bożego, po której nastąpi odprowadzenie na cmentarz parafialny przy ulicy mikołaja Kopernika w Łomży. R.I.P.
ADAM NOWOSAD
fot. myLomża.pl
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Uzupełniajmy wiedzę: co to jest OPRYCZNINA !
Od redakcji:
w niedzielne przedpołudnie 14.06.2026 w dlugiej rozmowie z przyjaciolką przy kawce poruszyliśmy tematy odległe - a to skąd tylu w Polsce poszlo na łatwiznę, zamiast uczyć sie gorliwie, to kupowanie dyplomów w falśzyej uczelni zaczęto praktykować, korupcja, protekcja, donosicielstwo, sprzedajność niemal już spowszedniala, a klamstwo usankcjonowane..Gdzie początki - tak niedawno wyrywalismy sie, Polacy, spod buta reżimu, a tu znowu godzimy się tez i na poddaństwo i bez boju oddajemy np edukację. Padlo słowo "wroćmy do żródeł" i pytanie " czyżby do dziś przetrwaly geny sługusów "opryczniny" ? i o zgrozo, okazalo sie, ze wielce wyksztalcona uczestniczka rozmowy nic o tej pierwotnej organizacji nie wiedziala. KGN, NKWD to i owszem, ale tamto...? Dlatego ten tekst, by uzupełnić świadomość, czym prędzej nawet, zanim w programach edukacyjnych już śladu po tym nie będzie, "Oprycznina to system rządow wprowadzony w latach 1565-1572 przez cara Iwana IV Grożnegow w państwie moskiewskim, polegający na wydzieleniu części terytorium pod bezpośrednią władzę władcy oraz utworzeniu specjalnej formacji zbrojnej (opryczników) do zwalczania rzeczywistych i domniemanych przeciwników politycznych; oprycznina była narzędziem TERRORU i REPRESJI wobec BOJARÓW, przyczyniając się do umocnienia autokratycznej władzy cara, ale także do osłabienia gospodarczego i demograficznego kraju. " cyt. : Słownik pojęć historycznych [ oprac. XV Liceum Poznań]. Każdy Polak powinien tę wiedzę wkuć na pamięć, może zrozumieć wtedy, że w Polsce toczy się wojna dwóch mentalności, tej patriotycznej i tej o wykrzywionych ścieżkach genowych zawładniętych przez zło.
Nasza Autroka specjalizująca się w badaniu dziejów św Jożafata Kunczewicza, męczennika , tak streszcza tu zagadnienie opryczniny, na której "bazie" wyrastaly reżimy rosyjskie, aż do totalitaryzmu komunistycznego i dalej. Jakby gen opryczniny i jego mutacje, stawały się niezniszczalne w potędze zła, postbolszewcickego dzisiaj.
zasięgi opryczniny [rys. za Wikipedią]
Oprycznina – zapomniany fundament rosyjskiego systemu władzy
Polacy od dziesięcioleci spoglądają przede wszystkim na Zachód. To naturalne – tam szukaliśmy wzorców rozwoju, demokracji, nowoczesności i dobrobytu. W tym zapatrzeniu na Zachód straciliśmy jednak z pola widzenia sprawy niezwykle istotne dla naszej państwowej egzystencji: zrozumienie Wschodu.
Historia Rosji pozostaje dla większości Polaków niemal tabula rasa. Nasza wiedza ogranicza się często do kilku symbolicznych wydarzeń: Katynia, wojny polsko-bolszewickiej, dymitriad, Smoleńska czy okresu komunizmu. Tymczasem znacznie słabiej rozumiemy procesy, które przez stulecia kształtowały mentalność społeczeństw Europy Wschodniej oraz specyfikę rosyjskiego modelu państwa. Edukacja dotycząca historii Wschodu jest niewystarczająca i rzadko pozostaje w społecznej pamięci. Pytanie brzmi: kiedy to się zmieni? Oby jak najszybciej.
Jednym z najbardziej niedocenianych zjawisk w historii Rosji jest oprycznina. Gdyby Polacy i inne narody naszego regionu lepiej znały jej historię, nasza samoświadomość historyczna mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Oprycznina była bowiem nie tylko epizodem z czasów Iwana Groźnego. W pewnym sensie stała się wzorem organizacji państwa opartego na terrorze, kontroli społecznej i bezwzględnej lojalności wobec władcy.
Powstała w 1565 roku jako wydzielona część państwa podległa bezpośrednio carowi. Jej głównym zadaniem było zastraszenie społeczeństwa i zniszczenie wszelkich środowisk mogących stanowić alternatywę dla autokratycznej władzy. Szczególnym celem stali się bojarzy, przedstawiciele elit politycznych, gospodarczych i religijnych. Oprycznicy uczestniczyli w prześladowaniach oraz zabójstwach wysokich dostojników cerkiewnych, w tym metropolity Filipa, który odważył się krytykować terror Iwana Groźnego.
Najbardziej znanym symbolem działalności opryczniny była rzeź Nowogrodu w 1570 roku. Miasto, będące spadkobiercą tradycji republikańskich i samorządowych, zostało uznane za zagrożenie dla centralnej władzy cara. Pacyfikacja Nowogrodu miała nie tylko wymiar militarny, lecz również ideologiczny. Była demonstracją, że państwo nie dopuści do istnienia żadnej konkurencyjnej wizji porządku politycznego.
Oprycznicy rekrutowali się głównie z niższych warstw szlachty lub spośród cudzoziemskich najemników. Ich pozycja zależała wyłącznie od łaski władcy. Zarządzali majątkami odebranymi bojarom, przeprowadzali deportacje, konfiskaty oraz akcje represyjne. Paradoksalnie wielu z nich samych padło później ofiarą systemu, który współtworzyli. W państwie opartym na terrorze nikt nie mógł czuć się bezpieczny.
W relacjach państwa z Kościołem również można dostrzec istotny element rosyjskiej tradycji politycznej. Niezależne autorytety religijne były postrzegane przez władzę jako potencjalne zagrożenie. Dotyczyło to zarówno części hierarchii prawosławnej sprzeciwiającej się samowoli państwa, jak i później Kościoła greckokatolickiego, który na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej był często postrzegany przez rosyjskie władze jako nośnik odrębnej tożsamości narodowej i kulturowej. Z czasem część struktur prawosławnych została podporządkowana państwu, stając się jednym z narzędzi legitymizacji władzy.
Wielu badaczy zwraca uwagę na podobieństwa pomiędzy opryczniną a późniejszymi rosyjskimi i radzieckimi organami bezpieczeństwa – od Ochrany, przez Czeka i NKWD, aż po KGB. We wszystkich tych instytucjach można odnaleźć wspólne cechy: przekonanie o istnieniu wszechobecnego wroga wewnętrznego, stawianie racji państwa ponad prawem, rozbudowaną sieć kontroli społecznej oraz szczególną pozycję służb bezpieczeństwa jako filaru systemu politycznego.
Oprycznina i KGB dzieli niemal czterysta lat historii, jednak można dostrzec między nimi pewne podobieństwa funkcjonalne. Obie struktury działały jako narzędzia ochrony autokratycznego modelu władzy. Ich zadaniem było identyfikowanie przeciwników, zastraszanie społeczeństwa i eliminowanie środowisk uznawanych za niebezpieczne dla państwa. O ile oprycznicy nosili przy siodłach symbole psich głów i mioteł, mających oznaczać „wywęszenie” i „wymiecenie” zdrady, o tyle KGB korzystało z bardziej nowoczesnych metod inwigilacji i kontroli.
Zrozumienie historii opryczniny nie jest jedynie akademickim ćwiczeniem. To próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego rosyjskie państwo przez stulecia rozwijało się inaczej niż państwa Europy Zachodniej. To również szansa na lepsze zrozumienie wydarzeń, które do dziś wpływają na bezpieczeństwo Polski i całego regionu.
Nie da się prowadzić skutecznej polityki wobec Wschodu bez znajomości jego historii. Jeżeli chcemy rozumieć naszych sąsiadów, musimy wyjść poza szkolne skróty i symboliczne daty. Musimy poznać źródła procesów, które przez setki lat kształtowały tamtejszą kulturę polityczną. Historia opryczniny jest jednym z takich źródeł. Być może jednym z najważniejszych.
[oprac. red. Renata Kopeć]
_______________________________________________________________________________________
"...za wszystkich sprawujących władzę..."
4 czerwca 1992
Tm 2,1-2 – „…za królów i za wszystkich sprawujących władzę, abyśmy mogli prowadzić spokojne i ciche życie”.
Jesienią 1991 roku po pierwszych rzeczywiście wolnych wyborach w nowej polskiej rzeczywistości podjęto próbę wyłonienia rządu RP. Po nieudanym „podejściu” do tej misji Bronisława Geremka i „spalonej” próbie politycznej gry z Janem Krzysztofem Bieleckim, Sejm RP desygnował do kierowania gabinetem Jana Olszewskiego (6.12.91).
W swoim expose nowo powołany Premier RP powiedział „…Jestem przekonany, że mamy wystarczająco wielu ludzi o czystych rękach i sumieniach, którzy mogą służyć społeczeństwu i państwu na odpowiedzialnych stanowiskach. Dotyczy to również Wojska Polskiego. Proces jego przebudowy organizacyjnej i odbudowy ideowej był dotychczas zbyt powolny i niekonsekwentny. … Poddanie Ministerstwa Obrony Narodowej cywilnemu kierownictwu, dawno już oczekiwane, pozwoli na przemienienie Wojska Polskiego w armię, na której będą mogły polegać naród i władze Rzeczpospolitej. …” (Żołnierz Polski 19/26.01.92). W periodyku prezentowano też sylwetkę nowego Ministra Obrony Jana Parysa.
Ten krótki z konieczności opis funkcjonowania Rządu Premiera Olszewskiego rozpocznijmy od „wątku wojskowego” on to bowiem oprócz kwestii lustracyjnych stał się jedną z istotnych przyczyn niespotykanej zupełnie agresji wobec gabinetu. Istotna była w tym przypadku także osoba i bezkompromisowa postawa pierwszego cywilnego ministra kierującego polską armią po 1989 roku. Zapłacił za tę postawę atakami na swoją osobę i w ostatecznym efekcie dymisją, która miała poprawić stosunki gabinetu z „wrogim otoczeniem”. Nie pierwszy raz okazało się, że jakakolwiek ustępliwość w polityce prowadzi zawsze do klęsk, a nigdy nie poprawia sytuacji strony chcącej poprzez ustępstwa osiągać swoje cele. Wracając jednak do meritum. Zarówno szef rządu jak i nowy minister MON precyzyjnie definiowali położenie Polski i konieczności z tegoż wynikające. „…Jesteśmy samodzielni, ale jesteśmy równocześnie osamotnieni…” mówił Premier. Jan Parys dodawał zaś „…Nie jest prawdą, że Polska jest identycznie zagrożona na wszystkich azymutach. … W tej chwili kraj nasz nie jest związany z żadnym państwem jakimkolwiek sojuszem. Jesteśmy krajem osamotnionym…Jedynym rozwiązaniem dla bezpieczeństwa Polski jest wyjście z militarnej izolacji, zapewnienie naszym siłom zbrojnym wsparcia z zewnątrz. …Nasze ambicja do samodzielności decyzji o losach kraju trzeba połączyć z koniecznością współpracy z krajami Paktu Północnoatlantyckiego. Oznacza to, że siły zbrojne tak jak cały kraj zmienić muszą opcję ze wschodniej lub neutralnej na atlantycką …” (Żołnierz Polski, Posiedzenie Rady Wojskowej MON, 16/23.02.92, Wprost, Konieczna wystarczalność, rozmowa z Janem Parysem, ministrem obrony narodowej, rozmawiał Wiesław Karpusiewicz, 5.04.92). Tak więc po raz pierwszy wyraźnie, wyartykułowano konieczność przynależności Polski do zachodnich struktur obronnych. Musiało to być dla rosyjskiej agentury uplasowanej w strukturach państwa polskiego, a także dla ludzi ancien regimeu funkcjonujących w polskim życiu politycznym potężnym szokiem. Można więc bez ryzyka popełnienia błędu założyć, że reakcją na tenże były wypowiedzi Lecha Wałęsy artykułowane podczas wizyty w Niemczech (03.92), dotyczące między innymi „NATO – bis”, które wywołały niezrozumienie i konsternację w kraju i za granicą. Było też jasne, że tak wyrażona wola rządzących nie pozostanie bez reakcji sowieckiej agentury. Ich odwaga w forsowaniu ważnych dla Polski rozwiązań politycznych (dziś niby oczywistych) i personalnych (przeniesienie w stan spoczynku poprzedniego ministra, Admirała Piotra Kołodziejczyka) pokazywała demterminację w dążeniu do "nowego". Decyzja ta, którą podjęto bez konsultacji z Prezydentem RP chcącego powołania Kołodziejczyka na stanowisko (które ostatecznie nie powstało) Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, nie szła w parze z realnymi możliwościami koalicyjnymi i wykonawczymi rządu. Przypomnijmy w gabinecie znaleźli się przedstawiciele tylko czterech partii PC, ZCHN, PSL-PL i PCHD (114 głosów w Sejmie RP). Zauważyć trzeba też, że rząd miał też mocne poparcie NSZZ Solidarność. Wszystko to, niestety, było jednak za mało, by móc, w pełni efektywnie i realnie rządzić. Nie dość tego, odsunięci od władzy wcale nie pogodzili się ze swoją przegraną i nie bacząc na swoje realne i nierozliczone polityczne przewiny „…Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ataki na Bieleckiego i liberałów nastąpią … formuła zbijania kapitału politycznego na krytyce rządu Bieleckiego już się wyczerpuje. Kongres odzyskuje swoją naturalną pozycję…” (Wprost, rozmowa z Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Kongresu Liberalno – Demokratycznego, rozmawiali Bogusław Mazur, Kazimierz Pytko, 5.04.92) dążyli do zmiany istniejącego status quo i odzyskania możliwości bezpośredniego wpływania na losy kraju, a przez to w sposób oczywisty zapewnienia sobie bezkarności. Twierdzono, przy okazji, że KLD spotyka się z absolutnie niesłuszną krytyką za prowadzoną wcześniej prywatyzację (dziś wiemy jak ona w rzeczywistości wyglądała, kto na niej starcił, a kto zyskał). Atmosfera narastających oskarżeń, napięcia na linii „Belweder” rząd RP, słabość gabinetu, realne ambicje Lecha Wałęsy wszystko to powodowało spory bałagan na scenie politycznej. Zadawano pytania o przyszłość polskiej demokracji i rządu Jana Olszewskiego. Zastanawiano się w sposób oczywisty w związku z postawą Lecha Wałęsy, czy „…jesteśmy skazani na przewrót majowy…”. Z jednej strony był to problem generalnie wydumany (jeśli chodzi o zachowanie Rządu RP), mający przerazić publiczność i tym samym osłabić rządzących, umożliwiając „powrót” tych, którzy rządzili, z drugiej zaś oczywisty dowód idiosynkrazji „elit” III RP. W tle było głębokie przekonanie tych "elit" o swojej nieomylności, niedojrzałości społeczeństwa i ledwo skrywana obawa przed ujawnieniem zasobów archiwalnych MSW, czyli agentury SB w strukturach „Solidarności” „…Polska nie musi przejść przez drugi zamach majowy. …Wałęsa z pewnością nie ma wymiaru Piłsudskiego, a żadnego Narutowicza we współczesnej Polsce nie zamordowano. Słabość rozproszkowanego Sejmu może doprowadzić do kompromitacji demokratycznych procedur, … Nie czuję się jednak bezpieczny, gdy Lech Wałęsa ciska gromy na >>elity<<, gdy premier Olszewski wynosi na wierzchołki władzy ludzi skrajnie nieodpowiedzialnych i niekompetentnych, gdy akta tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa i milicji znajdują się w rękach ministra Antoniego Macierewicza, który zawsze wydawał mi się bardziej detektywem tropiącym urojone spiski niż historykiem badającym dokumenty źródłowe” (Wprost, 5.04.92,Czy jesteśmy skazani na przewrót majowy, 1926 w 1992 ? – Adam Michnik) manipulował rzeczywistoscią "pierwszy demiurg" III Rzeczpospolitej. Wydaje się, że nie bez związku z powyższym dnia 6 kwietnia Minister Obrony Narodowej Jan Parys podczas spotkania z wyższymi oficerami (Sztabu Generalnego) wspomniał o niekonsultowanych (z kierownictwem MON) próbach wpływania przez polityków na zachowania kadry oficerskiej w zamian za oferowane tymże oficerom wysokie stanowiska w armii „…Minister powiedział na spotkaniu w sztabie, przed kamerami zaproszonej na tę okoliczność telewizji, że niektórzy politycy spiskują z wybranymi oficerami i obiecują im awanse za świadczenie usług politycznych. Nie podał kto spiskuje. … Ale potem nazwiska padały: ludzie z otoczenia prezydenta, z ław poselskich. … Zaczem pojawiły się przecieki: w Belwederze szykowano dokumenty na wypadek stanu wojennego, … Lech Wałęsa zażądał od premiera zdymisjonowania J. Parysa…”. Sytuacja stawała się jasna po pierwsze „…Prezydent– stwierdził Drzycimski - nadal nie widzi możliwości współpracy z Janem Parysem. …” (Gazeta Wyborcza, 16.04.92), a po drugie wrogiem był ten, który sprawę naruszania prawa i prób wciągania WP w doraźną politykę nagłośnił, a Lech Wałęsa będący do tej pory „wrogiem salonu” stawał się doraźnie (nie jest to paradoks albowiem taka sytuacja powtarzała się w najnowszej historii Polski już kilka razy w tym także całkiem nie tak dawno) mężem opatrznościowym ratującym Polskę i „zagrożoną” demokrację „Opinia publiczna chce wiedzieć, dlaczego jedna z nielicznych stabilnych instytucji państwa, obdarzonych najwyższym zaufaniem we wszystkich sondażach jest osłabiana i wciągana w polityczne przepychanki, a i to w sytuacji możliwych zagrożeń zewnętrznych i w dramatycznie trudnej sytuacji wewnętrznej…To minister Parys rozpoczął wojnę z Najwyższym Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych dokonując posunięć personalnych wbrew prezydentowi i poza jego plecami, …” (Polityka, 18.04.92, Osąd Parysa, Cała sprawa jest nie do zamazania, Jan Bijak). Wśród osób zaangażowanych w intrygi wymieniano Mieczysława Wachowskiego, Jerzego Milewskiego, (co było faktycznie tropem prowadzącym prosto do Lecha Wałęsy). Pojawiło się także nazwisko Bronisława Komorowskiego „…jest pan kandydatem na szefa resortu obrony, możliwym do zaakceptowania przez Jana Olszewskiego i partie koalicyjne. Jan Parys musi wiedzieć zarówno o rozważaniach personalnych, jak i o liście prezydenta, w którym domaga się jego dymisji. Co prawda w swoim wystąpieniu Jan Parys nie wymienia żadnego nazwiska, ale w rankingu >>Nowego Świata<< zajmuje pan drugie miejsce po Mieczysławie Wachowskim. – Co dotyka mnie w sposób bolesny, gdyż dyskredytuje moją wiarygodność jako polityka, posła i członka sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Co gorsza - zostałem oskarżony o udział w zamach stanu … wystąpiłem o jak najszybsze udokumentowane wyjaśnienia okoliczności wystąpienia ministra Parysa. …” (Wprost, 19.04.92, Niewypał Parysa, Rozmowa z posłem Bronisławem Komorowskim, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawiała Ewa Szemplińska).
Rząd słabł z dnia na dzień. Pojawiały się ciągłe sugestie, by zmienić premiera, udzielić poparcia rządowi bez wchodzenia do gabinetu (Jan Krzysztof Bielecki), wejść do niego w zamian za udział we władzy (i obietnicę, że rząd nie będzie udowadniał, iż poprzednie dwa lata były stracone – Donald Tusk) by skutecznie móc przeprowadzać swoje plany polityczne. Dodatkowym warunkiem rekonstrukcji rządu była (wspominana już wyżej) zmiana na stanowisku Ministra Obrony Narodowej „…Prezydent Lech Wałęsa zaproponował mi stanowisko ministra obrony narodowej – ujawnił …>>Gazecie<< pełniący obowiązki szefa resortu obrony Romuald Szeremietiew. … Powiedziałem prezydentowi, że swoją odpowiedź uzależniam od stanowiska premiera – stwierdził Szeremietiew. – Uważam jednak, że mimo niechęci prezydenta do obecnego szefa resortu, min. Parys jest najlepszą osobą do kierowania MON” (Gazeta Wyborcza, Szeremietiew szefem MON ?, 18/20.04.92). Generalnie panował bałagan i szum informacyjny, a sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej skomplikowana, a komplikowała się tym bardziej, że na powrót do władzy w sposób wyraźny liczył nieudolny Tadeusz Mazowiecki wraz ze swoimi politycznymi sojusznikami. Mam wrażenie jednak, że w sposób wyraźny przeliczył się spodziewając się bezwarunkowego poparcia Wałęsy i społeczeństwa „…Mazowiecki, który rozmawiał z prezydentem ujawnił … , że Wałęsa dał mu do zrozumienia, iż rząd Olszewskiego nie utrzyma się długo. Zdaniem prezydenta sprawa … Jana Parysa jest przesądzona i zasugerował, że powinien on zostać zwolniony. … O próbach stworzenia wielkiej koalicji Wałęsa powiedział, że Mazowiecki jest jednym z najlepszych … >>zszywaczy sceny politycznej<<. Popełnił jednak błąd: gdy premier Olszewski sprzeciwiał się zmianom w resortach wymagających uzgodnień z prezydentem (MON, MSW, MSZ), Mazowiecki powinien zadzwonić do Belwederu i prezydent przekazałby mu wszelkie kompetencje …” (Gazeta Wyborcza, Wałęsa nie wierzy w rząd Olszewskiego, 24.04.92). Tak więc widać wyraźnie, że nim rząd faktycznie upadł (06.92) czyniono już intensywne podchody z nadziei na jego zniszczenie i odzyskanie dawnych wpływów „…Kategorycznie jednak muszę przeciwstawić się komentarzom, że z naszej strony objawiła się jakaś szczególna zachłanność na stanowiska i niechęć do akceptacji ministrów bezpartyjnych…” pisał Tadeusz Mazowiecki w Polityce charakteryzując atmosferę przygotowywania nowego rządu i zrzucając odpowiedzialność za trudności w jego stworzeniu na premiera „…zasadniczą przyczyną niepowodzenia był brak zdecydowania ze strony premiera Jana Olszewskiego…” (Polityka, Co tam panie w polityce, Tadeusz Mazowiecki, Przewodniczący Unii Demokratycznej, 25.04.92). Można prawdziwość tych twierdzeń zweryfikować ananlizując prasowe wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego blisko związanego z Mazowieckim. „Do pieca dorzucał” też wszystkowiedzący Władysław Frasyniuk stawiając absurdalne zarzuty „…Premier jest też czynnikiem destabilizującym pracę rządu. Jan Olszewski nie potrafi wyjść z roli adwokata. Na każdej Sali, gdzie przemawia, stara się uzyskać poklask…” (Polityka, opinie, 25.04.92).
W sposób oczywisty widać było, że mimo deklaracji o przestrzeganiu i szacunku dla reguł „demokracji” Jan Olszewski był główną i sztucznie kreowaną (ale nie jedyną) „zawadą”. Robiono więc wszystko, by go wyeliminować w imię odzyskania dawnych wpływów i korzyści wynikających z tychże. Każdy pretekst był tu dobry „…Lech Wałęsa kilka razy potwierdził, że bierze pod uwagę czasowe zawieszenie demokracji, czyli okresowe zawieszenie parlamentu…”, a dobro kraju nie istniało. Wałkowano więc nadal „sprawę Parysa” traktując ją jako przysłowiowy „znaleziony kij” którym można uderzyć „psa”. Przy okazji używano argumentu (dziwnym trafem stosowanego także często i dziś w walce politycznej - "co powiedzą o Nas w Europie ?") o psuciu „obrazu Polski” za jej granicami. Jedynym poważnym głosem w obronie atakowanego ministra, który nie mógł i nie powinien milczeć w sytuacji realnego zagrożenia demokracji, był głos Czesława Bieleckiego (Maciej Poleski) „…jest jednym z najbardziej kompetentnych ministrów w rządzie … Olszewskiego …Sądzę, że nadinterpretacją roli zwierzchnika sił zbrojnych są wypowiedzi urzędników Kancelarii Prezydenta. Bezpośrednie decyzje dotyczące wojska podejmuje minister …źle się stało, że cywilni dygnitarze zajmujący do niedawna w MON stanowiska wiceministrów – Komorowski i Onyszkiewicz – wdali się w spór polityczny. Ich wystąpienia były podyktowane grą polityczną, a nie interesem obronności kraju …” (Tygodnik Powszechny, Przegląd prasy, Sprawa Parysa, 26.04.92). Toczyły się zakulisowe rozmowy o przyszłości rządu. Jan Olszewski rozmawiał z Prezydentem w Belwederze. Ten ostatni zaś ciągle napomykał o dymisji Premiera. Sytuacja jednak nie ulegała radykalnej zmianie i przynajmniej pozornie była daleka od ostatecznego rozwiązania, a kluczem do tego miała być ostateczna dymisja (urlopowanego na razie) ministra Jana Parysa. Lech Wałęsa (który właśnie wtedy zaoferował byłemu oficerowi wywiadu MSW PRL i późniejszemu szefowi wywiadu III RP Henrykowi Jasikowi stanowisko pracy w BBN – później roku ta informacja była przez BBN dementowana) pytany przez Wolną Europę czy doszedł z premierem do porozumienia w „tej” kwestii odrzekł „…Doszliśmy ale nie doszliśmy…” (Życie Warszawy, Przedłużony urlop ministra obrony, 2/3.05.92). Winnym komplikacji, wspomnianego wyżej bałaganu (oprócz Olszewskiego) i „…utraty kolejnej porcji autorytetu…” przez rząd był Jarosław Kaczyński (Tygodnik Powszechny, Spadanie, Henryk Woźniakowski, 3.05.92), który „…nie przewidział Wachowskiego…” i nie zrewidował swojej błędnej wizji sceny politycznej. Dziś to nie dziwi, "Kaczor" jest przecież winny całemu złu tego świata łącznie z “afrykańskim pomorem świń”.
Dość istotne światło na problem konfliktu o MON rzuca opublikowany we Wprost (3.05.92) wywiad przeprowadzony przez Agnieszkę Sowę z Romualdem Szeremietiewem zatytułowany „Chłopcy z placu broni”. Już sam tytuł w założeniu ma dezawuować Jana Parysa i obóz rządowy. Szeremietiew jednak bardzo precyzyjnie, lojalnie i uczciwie definiuje pomysły, reakcje i kierunki myślenia ministra ON o wojsku i otoczeniu politycznym armii. Racjonalnie opisał to co i jak robił jego przełożony, pokazując kto i w jakim wymiarze dążył do wprowadzenia Polski w struktury NATO, kto (w rzeczywistości) się temu i w jaki sposób się przeciwstawiał, kto burzył demokratyczny system cywilnej kontroli nad armią i naruszał wojskową drogę służbową „…Skoro robi to minister, niedwuznacznie ostrzegając o możliwości zamach stanu, rzecz należy wyjaśnić. – Zapewne. Tylko, że minister … nie ostrzegał przed zamachem stanu, ale przed próbami wykorzystywania wojska w grach sprzecznych z regułami demokratycznymi. …Skąd więc taka ostra reakcja prezydenta na przeniesienie do rezerwy … admirała Kołodziejczyka, a później admirała Wawrzyniaka ? – To pytanie należy zadać raczej ministrom Milewskiemu i Wachowskiemu. …Sprawa …Parysa unaoczniła, że wojsko stało się kartą przetargową w rozgrywkach politycznych. – Nie ma żadnej sprawy Parysa. Jest natomiast sprawa uregulowań prawnych i podziału kompetencji w zakresie kierowania siłami zbrojnymi. … Minister powiedział tylko tyle, że nie pozwoli, aby wojsko stało się kartą przetargową w grze politycznej i armia została użyta przeciwko demokracji. … To nie Parys wciąga wojsko w gry polityczne. … Jakie są realne szanse Polski na wejście do NATO ? – Bardzo poważne, jeśli tylko nie zaprzestaniemy naszych starań. …Generał Graczow mówił po powrocie z ostatniej tury negocjacji o możliwości utworzenia mieszanych spółek, których dochody przeznaczone by były na zagospodarowanie dla powracających żołnierzy. – To bardzo niebezpieczny pomysł. Oznacza on de facto pozostawienie wojsk sowieckich, choć tym razem w cywilnych ubraniach. … to możliwość utworzenia ekspozytur wywiadu rosyjskiego na terenie Polski – i do tego za polskie pieniądze. …”. Pamiętamy - ta ostatnia kwestia poruszona w wywiadzie stanie się jedną z „kości niezgody” w trakcie wizyty Prezydenta RP w Rosji i przyczyni się niewątpliwie (warto przy okazji postawić pytanie dlaczego !?) do kolejnego ataku na rząd Jana Olszewskiego. O tym jednak niżej.
Do wyjaśnienia „sprawy Parysa” powołano sejmową komisję pod przewodnictwem Aleksandra Bentkowskiego (PSL), której minister zarzucił później, że poszła w swych ocenach „…za daleko…”.
Póki co jednak Jan Parys obrony narodowej był chłopcem do bicia. Atakowano go za wszystko, w tym za wezwanie do tworzenia (w obliczu zdefiniowanego zagrożenia demokracji) „komitetów obrony państwa”. Krytyka ta szła bardzo daleko i była faktycznie obroną stanowiska Prezydenta. Publicyści pytali o „przekraczanie granic tolerancji” i szkodzeniu interesom państwa, co faktycznie było wyrażonym „ezopowym językiem” wezwaniem do akcji przeciwko obozowi rządowemu i niepokornemu ministrowi (Życie Warszawy, Granice tolerancji, Jacek Żakowski 4.05.92). Co interesujące byli to dziennikarze wcześniej mocno atakujący Lecha Wałęsę, który miał, wkrótce, odnieść się do kwestii bezpieczeństwa państwa i roli MON w systemie jego funkcjonowania w specjalnym orędziu do narodu. Wystąpienie to mogło (i w zamyśle miało) pokrzyżować plany "nieudolnego" (to kreacja medialna) i chcącego ratować twarz rządu idącego „…na zderzenie czołowe…” z prezydentem (Życie Warszawy. Na zderzenie czołowe ?, Tomasz Wołek, 8.05.92).
W sumie panował bałagan, a cała polityczna wymiana zdań przypominała „…polityczny magiel…”, w którym (z wyjątkiem Tadeusza Mazowieckiego) nikt nie miał racji (Polityka, Gorączka, Janina Paradowska, 9.05.92). Zmierzając, w sposób wyraźny, w kierunku rozwiązania kłopotliwego problemu działająca komisja, o której wspominałem wyżej stwierdzała w jednym ze swoich komunikatów, że „…Oświadczenie ministra Jana Parysa z dnia 6 kwietnia … komisja uznaje za bezzasadne i szkodliwe dla interesów państwa … Członkowie komisji twierdzą, iż dymisja ministra jest konieczna. …” (Życie Warszawy, Szkodliwe wystąpienie Parysa, 16/17.05.92, patrz też w tej samej gazecie Kalendarium sprawy Parysa, 16/17.05.92 i Gazeta Wyborcza, Ustalenia Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej, Parys nie miał racji, 16/17.05.92). Dziś wiemy, że opinie tego ciała były nie funta kłaków warte, a fakt tego, że jej szef znajdował się na liście wśród współpracowników SB podważał dodatkowo jej ustalenia.
Cały czas trwały spekulacje o odwołaniu rządu, zmianach politycznych w jego składzie czy też te dotyczące rekonfiguracji politycznej i zbliżenia z Prezydentem. Warunkiem tej ostatniej było wspomniane zacieśnienie współpracy z Wałęsą i delegowanie przez niego na szefa rządu Tadeusza Mazowieckiego, choć według licznych opinii nie miał ona szans na to, by Sejm przyjął jego kandydaturę. Rozmowy o nowym rządzie jak twierdził Władysław Frasyniuk (wówczas wiceprzewodniczący Unii Demokratycznej) trzeba było prowadzić ze wszystkimi graczami na scenie politycznej, a ich warunkiem musiała być rezygnacja z „…ideologicznych uprzedzeń…” - "...myśmy się z wami ... dogadali...". Po wahaniach zrezygnowano z forsowania kandydatury Mazowieckiego bo bano się społecznej reakcji, którą można by określić skrótowo „…to już było…”, a "jak było" to wszyscy wiemy. Tak więc ostatecznie do zmiany rządu w maju nie doszło. Szukano nadal „…dobrego kandydata na premiera, którego zaakceptowałby jednocześnie prezydent i sejmowa większość, […] Jeśli jednak pojawi się taki polityk, to sądzę, że nowy rząd może powstać bardzo szybko.” (Gazeta Wyborcza, Zbliżyć się do Wałęsy, Rozmawiał Artur Domosławski – z Władysławem Frasyniukiem, 19.05.92). Tego samego dnia prasa poinformowała o rozmowie Premiera Jana Olszewskiego z ministrem Janem Parysem, w trakcie której ten drugi miał poinformować swego szefa o tym, że nie widzi możliwości dalszego sprawowania przez siebie powierzonego mu urzędu. Dymisja (nastąpiła 23 maja, później Sejm 235 głosami za, 18 przeciw i 58 wstrzymującymi się przyjął rezygnację ministra) przebiegała w nieciekawej atmosferze „…Zapewniam pana – dodał Parys – że w moim ostatnim spotkaniu z premierem nie padło z jego strony ani jedno ciepłe zdanie.” (Gazeta Wyborcza, Parys odchodzi, Jerzy Jachowicz, 19.05.92). Minister dodawał też, że spodziewał się takiego rozwoju sytuacji i równocześnie mocno podkreślał, że „…Pod moim kierownictwem każdy tydzień zbliżał nas do Zachodu, ku przerażeniu ludzi, którzy reprezentują inną opcję…” (Życie Warszawy, Wiedziałem, że zostanę poświęcony, Rozmowa z byłym ministrem obrony narodowej Janem Parysem, 3.06.92). Już wtedy było pewne, że Premier przeprowadził błędną kalkulację, według której naiwnie liczył na to, że zdymisjonowanie szefa MON uspokoi sytuację na linii rząd prezydent i da gabinetowi chwilę politycznego oddechu. Problem polegał jedna na tym, że Lech Wałęsa nie chciał niezależnego I silnego ministerstwa obrony narodowej, nie chciał też silnych ludzi w tym ministerstwie, ergo nie chciał suwerennej i silnej armii, narzędzia państwa polskiego. Z perspektywy czasu trzeba zadać uzasadnione pytanie, czy chciał silnej Polski ? Można snuć spekulacje dlaczego tak było.
Dla bystrego obserwatora polskiej sceny politycznej było jasne, że skoro „problem Parysa” spadł z wokandy to bardzo szybko znajdzie się inny pretekst do ataków na rząd i to niezależnie od tego czy będą po temu realne przesłanki. Tuż po dymisji ministra w sposób typowy, daleki od elegancji zajęto się, w mediach, jego karierą dezawuując w typowy sposób (dzisiaj) dokonania, drogę życiową i kwalifikacje „…Na podstawie opinii znajomych Jana Parysa można wnioskować, że jest on przede wszystkim >>mężem swojej żony<< i >>zakładnikiem grona jej przyjaciół<<” (Wprost, Manewry na kanapie, Ewa Szemplińska, 24.05.92).
Wyżej wspominałem już o „problemach” z zawarciem traktatu państwowego z Rosją. Te właśnie stały się kolejnym narzędziem użytym w ataku na gabinet Jana Olszewskiego. Gdy 22 maja 1992 premier opowiedział się przeciwko zaakceptowaniu w traktacie klauzuli, według której bazy, opuszczane przez armię ZSSR, która wycofywała się z Polski, miały być przekazane w ręce polsko-rosyjskich spółek rozpoczęła się kolejna awantura. Widać ją było na horyzoncie zresztą już na kilka dni przed zapowiadanym parafowaniem układu. Można zaryzykować twierdzenie, że padło hasło „wszystkie ręce na pokład” w obronie niepodpisanego jeszcze traktatu. Pisano, że rząd chce „Upokorzyć Rosję” bo znajdują się w jego otoczeniu ludzie, którzy chcieliby wpisać do dokumentów konieczność odszukania miejsc eksterminacji Polaków w ZSSR (a to przecież niedopuszczalne i prawie zbrodnicze - prawda !?), przeprowadzenia śledztw i później procesów zbrodniarzy, odszkodowań za zbrodnie popełnione na Polakach (Gazeta Wyborcza, Upokorzyć Rosję ? 20.05.92, Leon Bójko). Wyjaśniano też istotę sporu o niepodpisany jeszcze dokument „…Według opinii niektórych obserwatorów, krytyka traktatu ma na celu opóźnienie wizyty Wałęsy w Moskwie bądź całkowite jej uniemożliwienie. Wedle tych opinii, za tą krytyką kryją się dalekosiężne plany Zdzisława Najdera zwolennika sojuszu z Ukrainą skierowanego przeciwko Rosji. …” (Gazeta Wyborcza, O co chodzi w sporze o traktat, 20.05.92, Edward Krzemień). Ten nagły przypływ sympatii do Rosji i aktywna próba obrony jej interesów były zupełnie niespodziewane i obiektywnienie nie służyły polskim interesom „W ciągu ostatnich dwóch dni ujawniło się w Polsce bardzo silne lobby polityczne, które jest skłonne stawiać sprawy tak, że interesy obcego mocarstwa są istotniejsze niż interesy kraju – oświadczył w czwartek … Jarosław Kaczyński. Główną siłą tego lobby jest – zdaniem Kaczyńskiego - >>Gazeta Wyborcza<< …Tekst Bójki (patrz wyżej) … bardzo dobrze mieści się w tradycji, którą można określić, jako tradycję SDKPiL, KPP i wszystkich następców - powiedział … - która polskie interesy narodowe miała za nic…” (Gazeta Wyborcza, Jarosław Kaczyński ujawnia: >>Gazeta<< przewodzi prorosyjskiemu lobby, 22.05.92). Każdy kto tak twierdził był natychmiast odsądzany od czci i wiary i terroryzowany twierdzeniami o tym, że sam terroryzuje swoich oponentów „…odpowiedzią jest terror psychiczny i kwalifikujące się do sądu oskarżenia o zdradę narodową. Kaczyński świetnie wie, że >>Gazeta Wyborcza<< nie reprezentuje interesów obcego mocarstwa, ani Leon Bójko nie jest nacjonalistą rosyjskim …Sejm nie jest Targowicą. …” (Gazeta Wyborcza, Interes Polski czy interes Kaczyńskiego, 23/24.05.92, Dominika Wielowieyska). Przy okazji złośliwie dodam (o ile oczywiście dobrze pamiętam – proszę poprawić jeśli się mylę), że żaden pozew w kwestii „zdrady narodowej” ze strony czasopisma przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wpłynął do dziś do jakiegokolwiek sądu. Wróćmy jednak do przygotowywanej wizyty Wałęsy w Moskwie. Prezydent wyjeżdżając z kraju zakomunikował opinii publicznej, że jedzie podpisać traktat, który powinien przyczynić się do poprawy stosunków z Rosją. Informowano też opinię publiczną o tym, że ma całkowite pełnomocnictwa „…najwyższych władz politycznych…” do podpisania traktatu. Tymczasem „…Jeszcze w środę premier Olszewski żądał skreślenia w umowie o wycofywaniu wojsk zgody na tworzenie spółek polsko – rosyjskich, które miałyby prawo do działalności gospodarczej w obiektach po likwidowanych garnizonach radzieckich…” (Gazeta Wyborcza, Traktat mimo sporu, 22.05.92, Leon Bójko). O dramatyzmie sytuacji informowano szczegółowo dopiero po zakończeniu wizyty Wałęsy w Moskwie. Pisano o „…nieodpowiedzialności rządu…”, który w tajnym szyfrogramie wyrażał wątpliwości do wspomnianego już wyżej układu o wycofaniu rosyjskich wojsk z Polski, które to wątpliwości mogły skutkować całkowitym zerwaniem rozmów (Życie Warszawy, Tajny szyfrogram z Warszawy do Moskwy, Wałęsa oskarża rząd, 26.05.92,). Równocześnie Jan Olszewski określał dążenie Wałęsy do podpisania układu w niekorzystnej dla Polski wersji jako „…zdradę stanu…”. Ostatecznie, jak wiemy, traktat został podpisany łącznie z porozumieniem o zasadach wycofywania armii rosyjskiej z Polski, jednak bez wspomnianej wyżej „zgody na tworzenie” faktycznych przyczółków dla agenturalnej działalności Rosjan na terenie RP.
Niektórzy publicyści głupawo i w sposób oderwany od rzeczywistości (przepraszam najmocniej zaintersowanych) sądzili wówczas, że w polsko – rosyjskich stosunkach nastąpiła jakościowa zmiana. Historia splatająca się z rzeczywistością miała weryfikować też nasze położenie geopolityczne. Rozentuzjazmowani wieszczyli „koniec” historii „…Zamiast między Niemcami i Rosją jesteśmy politycznie w środku kontynentu. … Zyskujemy z Rosją równoprawne stosunki. … Przez co najmniej trzy wieki położenie między Rosją a Niemcami było zmorą Polaków. … dawna polska >>geopolityka<< traci na znaczeniu. … „ (Życie Warszawy, W środku nie między, 23/24.04.92, Kazimierz Wóycicki). Niesiołowski (nie wiedzieć czemu często zwany "jurnym Stefanem") zaś twierdził, że partie polityczne „…mają prawo i powinny posiadać własne programy …polityki zagranicznej, ale niedopuszczalna jest sytuacja, gdy w walce o władzę wkracza się na obszar relacji Polski z sąsiadami nie oglądając się na konsekwencje…Polska nie chce i nie może pozwolić sobie na złe stosunki z Rosją …” (Życie Warszawy, Egzamin z historycznej szansy, Stefan Niesiołowski, 26.05.92, Gazeta Wyborcza Awantury o traktat ciąg dalszy, Wojciech Mazowiecki, 27.05.92, Polityka, Przeszliśmy rzekę, Krzysztof Mroziewicz, 30.05.92,). Cytowani wyżej publicyści nie widzieli przy tym, nie chcieli, a może “coś” nie pozwalało im widzieć niezmienności i rosyjskich i niemieckich interesów politycznych, a na pewno się nad tą niezmiennością nie zastanawiali. Dziś po kacapskiej agresji na Ukrainę widać to w kontraście do przytaczanych opinii jeszcze wyraźniej. Nie zauważono też szkodliwego, z polskiego punktu widzenia, stwierdzenia Lecha Wałęsy, który dystansował się od dyskutowania kwestii tego czy Rosja jest sukcesorem ZSRR czy też nie jest tymże, bo przecież to “nie była polska sprawa”. Dodatkowego smaczku dodawało tej wypowiedzi to, że artykułowana była podczas wizyty Prezydenta w Katyniu. Błyskawicznie natomiast odnotowano pomruki niezadowolenia dochodzące z Belwederu – prezydent po raz kolejny „postulował” szybką wymianę gabinetu (Gazeta Wyborcza, Wycofuję poparcie, 27.05.92). Miał w tym dążeniu kilku sojuszników jednym z nich była Unia Demokratyczna, która „….zdecydowanie dąży do obalenia rządu Olszewskiego…” (Życie Warszawy, Manewr wyprzedzający, Igor Janke, 25.05.92). Wyraźnie było, przy tym wszystkim widać, że poszukiwany od dawna pretekst znajduje się w zasięgu ręki. Jakby tego było mało na agendzie politycznej pojawiła się sprawa lustracji. Krzysztof Wyszkowski zasugerował publicznie, że minister Skubiszewski mógł być był tajnym współpracownikiem SB – działo się to niewątpliwie nie bez związku z „aferą traktatową” i nerwowym poszukiwanie winnych tejże. Natychmiast odezwali się obrońcy niewinności ministra (figurował na „Liście Macierewicza” jako TW „Kosk”) i „…kultury politycznej…”, którą można był zniszczyć „…nieodpowiedzialnymi czynami…” (Życie Warszawy, Wyszkowski agentem SB ?, Kazimierz Wóycicki, 27.05.92). Niestety, w obronie „prawdy i demokracji” żaden z nich nie brał pod uwagę możliwości destrukcji polskiej demokracji (czy wręcz państwowości) przez ukrytą agenturę. W tym kontekście nie było paradoksem, że w dniu (28.05.92), w którym parlament na wniosek Janusza Korwin Mikke przyjął głosami KPN, PC,Solidarności, PSL-PL, PChD i UPR (186 za, 15 przeciw, 32 wstrzymujące się), UD i KLD zbojkotowały głosowanie (twierdząc, że uchwała jest nielegalna), uchwałę zobowiązującą szefa MSW „do podania do dnia 6 czerwca 1992 pełnej informacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż, a także senatorów, posłów (...), będących współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w latach 1945–1990”, Gazeta Wyborcza zamieściła tekst „Gra w teczki” uzupełniony komentarzem Ewy Milewicz, w którym próby lustrowania najwyższych urzędników w państwie określono mianem „szaleństwa” i próbą szantażu wobec przeciwników politycznych rządu. W gazecie pisano też o „czystkach” i pytano czy jest to „Oczyszczenie czy unurzanie” (Gazeta Wyborcza, Weronika Kostyrko, 29.05.92). Gdy wspominano o „Teczkach Pandory” (to samo wydanie Gazety Wyborczej) manipulowano równocześnie prawdą pytając „Ile razy można powtarzać, że wiarygodność ubeckich archiwów jest wątpliwa ? Czesi i Niemcy, którzy postanowili ujawnić ich zawartość gorzko tego żałują ?...” (Wojciech Maziarski). Przy okazji twierdzono, że Polska wygrała wojnę z komunizmem i nie warto się czymkolwiek co z tymże było związane zajmować bo „…skoro nie ma już wojny, to nie ma też wroga…”. Oprócz tych wysblimowanych intelektualnie analiz (ich rzeczywistą wartość, prawdziwość i wagę możemy precyzyjnie ocenić dzisiaj, ale wtedy w 1992 też można było się o to pokusić) zastanawiano się jak uniemożliwić lustrację. Wicemarszałek Sejmu Jacek Kurczewski apelował o niepodpisywanie ustawy przez marszałka co miało uniemożliwić jej wejście w życie. Ostrzegał też przed nią Prezydent w słynnej rozmowie z Antonim Macierewiczem. Liczono też i na to, że przeciwko ustawie wypowie się Trybunał Konstytucyjny. Straszono też opinię publiczną liczbą potrzebnych do przeprowadzenia właściwej lustracji sprawdzeń - miało ich być 77 tysięcy – musiało to tworzyć wrażenie niewykonalności całej operacji, którą mieli przeprowadzać „chłopcy Antoniego”, o których rok później Gazeta Polska pisała „Przez kilka miesięcy grupa …dzielnych, godnych zaufania, młodych ludzi zaangażowanych przez …Antoniego Macierewicza prowadziła w specjalnie do tego przeznaczonym zespole analitycznym badania archiwów MSW. W wyniku ich prac ustalono nazwiska tych dygnitarzy … i członków parlamentu, którzy za rządów komunistycznych byli konfidentami bezpieki, to znaczy świadomie donosili na swych przyjaciół, kolegów i informowali oficerów SB o nieprawomyślnych poglądach i patriotycznych działaniach. Lista nazwana została przez autorów - ostrożnie – listą zasobów archiwalnych MSW. … Zamiast zapaść się pod ziemię ze wstydu, zamiast podać się do dymisji konfidenci pozostają nadal na swych stanowiskach. … Niektórzy mają na swych koncie niewątpliwe zasługi dla Polski. Więc nie to jest największym skandalem, że tym ludziom przytrafiło się kiedyś takie nieszczęście …Największym skandalem jest to, że gdy nadeszła godzina prawdy, ważyli się użyć siły i autorytetu państwa, aby ukryć przed narodem swoją przeszłość….” (Gazeta Polska, Lista konfidentów, czerwiec 1993 nr.4/93). W akcji zohydzania lustracji standardowo sięgano też po opinie „autorytetów naukowych” definiując obawy o bezpieczeństwo państwa jako paranoję, troszczono się przy tym bardziej o SBeków i ich tajnych współpracowników niż ofiary działań tychże „…Jakie będą konsekwencje wejścia w życie uchwały o ujawnieniu teczek byłych agentów SB i UB - …Uchwała zniszczy lub skomplikuje życie wielu ludziom. … Zwolennicy uchwały twierdzą, że teczki trzeba ujawnić, ponieważ agenci mogliby stać się zorganizowaną siłą, która wystąpi przeciwko demokracji – To bzdura. W psychologii tego typu postawę nazywa się reakcją paranoiczną lub kompleksem oblężonej twierdzy. Pomaga ona racjonalizować własne działania lecz nie rozwiązuje rzeczywistych problemów.” (Gazeta Wyborcza, rozmowa z prof. Mirosławą Marody z Instytutu Socjologii UW, Reakcja paranoiczna, Rozmawiała Dominika Wielowieyska, 30/31.05.92). Paradoksalnie przeciwko lustracji wypowiadali się tez i ci, którzy frondowali wcześniej przeciwko systemowi, a później otrzymali możliwość wejścia do archiwów MSW. W skład „komisji”, która otrzymała to prawo wchodzili Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Bogdan Kroll i Adam Michnik. „…Istnieje niebezpieczeństwo, że sporo dokumentów zostało zlikwidowanych. … Trudniejsze już jest fałszowanie, bądź prokurowanie nowych akt, ale dla fachowców nie byłby to problem do pokonania.” Mówił gazecie (Życie Warszawy, Historycy o ujawnianiu agentów SB i UB. Wypowiedzi profesorów Ajnenkiela i Holzera, 30/31.05.92) Jerzy Holzer (zdefiniowany, kilka lat później, w jednym z telewizyjnych programów „Misja Specjalna” Anity Gargas jako TW). Jednym z ważnych argumentów przeciwko lustracji miało być również i to, że „świat polityki” był sprawdzany przez „służby” zarówno w roku 1989 jak i 1991. Sam zresztą słyszałem wtedy od jednego z czołowych aktorów sceny politycznej "...nie martw się wszystko było sprawdzone, nawet przez Amerykanów...".
W miarę rozkręcania się kwestii lustracyjnych wrócono do pytania jak radzili sobie z rozliczeniami przeszłości nasi sąsiedzi. Wnioski musiały (co oczywiste) być druzgocące dla zwolenników czystości polskiego życia politycznego. Piszącym o tym dziennikarzom nie przyszło do głowy, że w rzeczywistości ich teksty, gdyby chcieć je analizować racjonalnie, pokazywały w pełni własnie dokonania lustracji, która była po prostu koniecznością gwarantującą bezpieczeństwo państwa choćby i z tego powodu, że n.p., STASI nie ograniczało się tylko do inwigilacji „swojej” opozycji „…Inne źródło moralnego kaca dla obywateli byłej NRD to ujawniający się coraz wyraźniej obraz środowiska NRD – owskiej opozycji i wspierającego ją Kościoła ewangelickiego, jako niemal w pełni zinfiltrowanych przez agentów…” (Gazeta Wyborcza, Jak nasi sąsiedzi ujawniali współpracowników służb bezpieczeństwa, Czechosłowacka przestroga, Andrzej Jagodziński, Lekcja niemiecka, Piotr Cegielski, 30/31.05.92), ale także „…Informacje na temat Polaków STASI przekazywała też do moskiewskiego >>banku danych<< …” (Życie Warszawy, Rozmowa z Joachimem Gauckiem, Wojciech Pomianowski, 2/3.0592 i Wprost, Urząd oczyszczenia, Rozmowa z Joachimem Gauckiem, pełnomocnikiem Bundestagu ds. akt Stasi, Rozmawiał Piotr Cywiński, 14.06.92.). Szeroką „publiczność” miały przerazić też informacje o planach przeprowadzenia szerokiej dekomunizacji. Według wiadomości przekazywanych przez gazety (Gazeta Wyborcza, Tylko w >>Gazecie<< - przeciek z MSW, Wielkie łowy MSW, 1.06.92) przygotowano projekt ustawy wykluczającej osoby, które miał sprawować jakiekolwiek funkcje kierownicze w PPR, PZPR, SD, ZSL, ZMP, ZMS, ZSMP, ZSMW, z życia polityczno / społecznego. Rzecznik rządu Tomasz Tywonek określił publikowanie takich wiadomości jako „…dezinformację mającą na celu destabilizację sytuacji politycznej w kraju…” Życie Warszawy, Tywonek: >>Gazeta<< dezinformuje, 2.06.92). Epatowano też możliwymi krzywdami jakie, w efekcie lustracji, spotkają „niewinnych” ludzi. Antoniego Macierewicza oskarżano o pychę „…Cóż za ogromną pychą jest twierdzenie min. Macierewicza, że wszystko co zostanie ujawnione, będzie absolutnie zgodne z prawdą…” mówił dziennikarzowi w Gazecie Wyborczej (Pierwszy solidarnościowy szef MSW o ujawnianiu teczek, Pycha Macierewicza, Notował jach, 1.06.92) Krzysztof Kozłowski wodzony na swoim urzędzie za nos przez pozytywnie zwertikowanych ubeków. Według przeciwników oczyszczenia życia publicznego w Polsce lustracja nie dawała też gwarancji, że nie zostaną ujawnione publicznie dane wrażliwe potencjalnych (i byłych) agentów. Tu interweniował Rzecznik Interesu Publicznego Profesor Tadeusz Zieliński. W tym momencie wszyscy przeciwnicy gabinetu jak jeden mąż zaczęli twierdzić, że „…rząd nie pracuje…”, a wszystkie pozytywne efekty jego działalności to tylko skutek polityki poprzedników.
Z wolna zbliżało się przesilenie. Mimo, że Jan Olszewski był urzędującym premierem pojawiały się nowe kandydatury na stanowisko szefa rządu – jedna z nich to Waldemar Pawlak. W bardzo prosty sposób wskazuje to na fakt, że dymisja podczas „nocy teczek” była faktycznie skutkiem dłuższych działań niż tylko te „spontaniczne” artykułowane przez Wałęsę na wizji w filmie „Lewy czerwcowy”. Pojawiające się w prasie opinie na temat tego, że „lider PSL” może zapewnić „…zawieszenie broni…” na scenie politycznej mogą wskazywać na to, że czerwcowy pucz nie był przypadkiem, a po prostu ordynarnym zamachem stanu „…Waldemar Pawlak … Nie jest to polityczna gwiazda, choć ujawnił spory talent i zmysł przewidywania. Posiada też rzadką u nas cnotę powściągliwości w słowach. … Wraz z kandydaturą Pawlaka na porządku dziennym staje więc pytanie o sens >>polskiej rewolucji<< i kierunek przemian….” (Życie Warszawy, Trzecia siła ? Jerzy Wysocki, 4.06.92). Sytuacja zmierzała szybko ku ostatecznym rozwiązaniom. Wieczorem 4.06.92 roku Sejm w głosowaniu wyraził rządowi wotum nieufności (Za wotum głosowało 273 posłów 119 było przeciw i 33 wstrzymało się). Dziś wiemy, że był to efekt intrygi przerażonych lustracją i możliwymi jej konsekwencjami grup interesów i osobiście zainteresowanych ukrywaniem swojej przeszłości polityków. Profesor Wojciech Roszkowski mówił o tym w rozmowie z Polską Agencją Prasową „…Te ugrupowania przestraszyły się, że ujawnienie przeszłości niektórych ważnych przedstawicieli nowego status quo zburzy ich pozycję. Oskarżano Olszewskiego o przewrót, którego nie planował, podczas gdy dokonano przewrotu parlamentarnego. Nie zastosowano w nim przemocy, lecz zmontowano koalicję obrony nowego status quo…”. W jednym bym się z Profesorem nie zgodził – koalicja została zmontowana, poza funkcjonującymi normami prawnymi i zasadami demokracji parlamentarnej, w celu obrony „starego i nowego” status quo.
Zagrożenie minęło „demokraci” mogli odetchnąć. Nie był to jednak koniec walki o prawdę i honor. Gazeta Wyborcza (5.06.92) publikowała obok tekstu zatytułowanego „Rząd upadł” opatrzonego szczególnie dobranym zdjęciem, na którym Jan Olszewski wyglądał jak południowoamerykański dyktator publikowała słynny dziś wiersz Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. W samym zaś artykule mocno uwypuklono twierdzenia Wałęsy „…teczki są sfabrykowane…” i Kuronia „…Macierewicz niszczy państwo…”, a efekty pracy nad „teczkami” to po prostu „…stek kłamstw… Na liście są nazwiska, w które ja po prostu nie wierzę. Mam na to szereg dowodów. …” (Gazeta Wyborcza, Upadek rządu, 5.06.92). Tak więc „wiara” polityka stała się ni z tego nie owego niepodważalnym „dowodem” a fakty przestały miec jakiekolwiek znaczenie. Upadek rządu definiowano jako „odejście w niesławie” zarzucając Antoniemu Macierewiczowi, że dla doraźnych korzyści (utrzymania się u władzy) ryzykował chaos w państwie, działał samodzielnie (choć faktycznie realizował tylko uchwałę Sejmu RP – uchwała z 28 maja 1992) i nie przestrzegał jakichkolwiek zasad „…Działał samowolnie mając na uwadze jedynie własne racje i polityczne korzyści…”. Premier Jan Olszewski miał zaś przedstawić swoje racje w „…dramatycznym lecz pokrętnym wystąpieniu…” (Życie Warszawy, Odejście w niesławie, Kazimierz Wóycicki, 5.06.92), a fakt, że jako obrońca praw człowieka i znawca metod komunistycznych służb akceptował lustrację był „…zadziwiający i niepojęty…” (Polityka, Przepraszam za … Stanisław Podemski, 6.06.92). Przy okazji przypomnijmy fragment tego co „pokrętnie” mówił w transmitowanym w obu programach Telewizji Polskiej „…obrońca praw człowieka…” „…Chciałbym mianowicie, wtedy, kiedy ten gmach opuszczę, kiedy skończy się dla mnie ten – nie ukrywam – strasznie dolegliwy czas, kiedy po ulicach mojego miasta mogę się poruszać tylko samochodem albo w towarzystwie torującej mi drogę i chroniącej mnie od kontaktu z ludźmi eskorty, że wtedy, kiedy się to wreszcie skończy – będę mógł wyjść na ulice tego miasta, wyjść i popatrzeć ludziom w oczy. I tego wam – … Budowaliśmy mozolnie państwo, które obywatele będą mogli szanować. Państwo całkowicie niepodległe, państwo, w którym wojsko i policja są w pełni podporządkowane demokratycznej, przedstawicielskiej polskiej władzy..”. Atakowano nie tylko Jana Olszewskiego - Władysław Frasyniuk i Zbigniew Bujak zarzucali Antoniemu Macierewiczowi i Piotrowi Naimskiemu niemalże kolaborację z „komuną” (Życie Warszawy, Frasyniuk i Bujak oskarżają, 5.06.92). Generalnie przeciwko rozpoczętej lustracji (w jakiejkolwiek formie) było też bałamutne hasło brzmiące „…przecież wszyscy byliśmy umoczeni…”. Nie dość tego – dla przeciwników oczyszczenia z komunistyczno ubeckiej przeszłości było przecież oczywiste, że dokumentacja mogła być fałszowana (dziś wiemy, że fałszowanie tejże 1) było niezmiernie trudne, by nie rzec niewykonalne, 2) a jeśli miało miejsce to w nielicznych przypadkach było szybko i surowo karane przez organa wewnętrzne SB. Pojawiały się też niezweryfikowane (a później całkowicie zdezawuowane) pogłoski o planowanym przez rządzących puczu „…Wiarygodne źródła zbliżone do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych twierdzą, że w czwartek, gdy w Sejmie trwała debata nad odwołaniem rządu minister Antoni Macierewicz w podległych sobie Jednostkach Wojskowych zarządził stan podwyższonej gotowości bojowej. … również 8 maja, gdy Lech Wałęsa wygłaszał w parlamencie orędzie do Sejmu, w NJW trwał stan podwyższonej gotowości…” (Gazeta Wyborcza, Miał być zamach ?, 6/7.06.92.). Zgodnie z wcześniejszymi sugestiami na nowego premiera desygnowano Waldemara Pawlaka. Do newralgicznych resortów delegowano Janusza Onyszkiewicza (MON) i Andrzeja Milczanowskiego (MSW). Dość szybko (bo już dwa dni po obaleniu rządu) okazało się, że „opcja NATO/wska nie jest i nie była wcale marzeniem kadry dowódczej Wojska Polskiego (Polityka, Nastroje w wojsku, Z płk. dr Adamem Kołodziejczykiem, komendantem Wojskowego Instytutu Badań Socjologicznych, rozmawia Marek Henzler, 6.06.92), a chcący lustracji to „zoologiczni antykomuniści”.
Po 4 czerwca Polska stała się znowu „normalnym krajem”, w którym można było dopuścić do takiego zdarzenia jak na przykład 10.04. 2010. Za tę „normalność” płacimy także i dzisiaj.
red. Piotr Łysakowski,
Profesjonalizm w "rzyganiu miłością" wysokopłatny i oczywiście "dla dobra Ojczyzny"
Kpł 19,18 „Nie mścij się i nie żyw urazy przeciw synom twego ludu, lecz miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Ja jestem Pan!”
Flp 2,3-4: „Niech nic nie dzieje się z przekory ani z próżnej chwały, lecz w pokorze niech każdy uważa drugich za ważniejszych od siebie. Niech każdy troszczy się nie tylko o swoje sprawy, ale też o sprawy drugich.”
-----------
Ostatnio pisałem, że Donald Tusk po wyjściu ze spotkania z Ojcem Świętym w Watykanie ogłosi apostazję.
Pomyliłem się biję się w piersi i jest mi teraz łyso.
Na Placu Świętego Piotra premier po prostu „rzygał miłością” i po tej fizjologicznej czynności heroicznie i bez zahamowań poszedł jeszcze dalej.
Tuż po powrocie do szczęśliwego i kwitnącego, jak nigdy w historii, kraju nad Wisłą ogłosił dumnie, że rozporządzeniem (czyli wbrew obowiązującemu prawu zapisanemu w Konstytucji !!!) wprowadzi transkrypcję związków (związków nie małżeństw - co podkreślam ja !!!) jednopłciowych. Natychmiast po tej enuncjacji wynikającej z bezskutecznej opinii TSUE i posiłkującego się tym bezprawiem polskiego sądu administracyjnego na mazowieckich równinach, pogórzu nad jeziorami mazurskimi i Bałtykiem zapanował niebywały entuzjazm i szczęście.
Znaleźliśmy się wreszcie w Europie - teraz już faktycznie, nie na niby jak do tej pory ! Pasmo sukcesów po prostu, miłość od Odry po Bug (może być odwrotnie).
Czekamy jeszcze na pełną depenalizację, we wszystkich wymiarach, tego co się działo w Kłodzku. To konieczne, ba wręcz oczekiwane, by szczęście było pełne i niczym niezakłócone. Szczęście nas ludzi i braci młodszych, co oczywiste - apoteoza miłości po prostu.
Wróćmy jednak do szarej i trudnej rzeczywistości - to konieczne dla zdrowia psychicznego.
Nie przestrzegając chronologii pozostajemy nadal przy osobie premiera RP. Polskę odwiedziła para celebrytów - małżeństwo George i Amal Clooneyowie. Podobno przyjechali, by ocieplić wizerunek „łatwego w pielęgnacji” premiera Polski.
Nie wiem czy to prawda ? Powiem więcej zupełnie mnie to nie interesuje, ale choć co paradoksalne moje zainteresowanie jako płatnika podatków budzi twierdzenie, że wizyta była finansowana przez polski budżet. Nie dziwi więc, że celebryci (na marginesie, o nim mówi się, że był jakoś zamieszany w figle wyprawiane przez Epsteina) zostali odwiedzeni przez Donalda. Jest autorska „rolka’ z tego wydarzenia. Pan premier cały w lansadach, zgięty w „chińskie dziewięć”, witający gości, emanacja kompleksów wobec „zachodu” i „celebry”. Przy okazji suchar o swoim imieniu, taki „proamerykański” i „protrampowski” co oczywiste- kiszka na całego, pomaga Polsce poprawić stosunki z USA. Media „głównego ścieku” zapomniały przy tym dodać, że Amal wspomniała cos o kryzysie przywództwa na zachodzie wynikającym z braku przestrzegania prawa przez czołowych polityków. Po co komu taka uwaga ?
Teraz „powrót do przeszłości (nieprzypadkowy zresztą) lata temu podczas jakiejś wizyty w Gdańsku spotykam polityka. Chwilowo był wtedy na bocznym torze, zajmuje jakieś tam stanowisko w Senacie. Szybko okazuje się, że obaj mamy być gośćmi w lokalnym radio (nie pamietam którym, ale to nie ma jakiegokolwiek znaczenia). Proponuję „podwiozę pana”, jest ok. Jedziemy - gadka szmatka, ale szczera, jak to dzisiaj widzę.
Mój nieoczekiwany pasażer opowiada - lubi grać w piłkę (śmieje się z „borowików”, którzy są zmuszani do gry razem z Marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim), winko, cygara, mecz w telewizji obejrzeć, „dolce farniente”, generalnie nie narobić się, to główna zasada. I jeszcze, co ważne, pamiętać despekty jakich się doznało.
Czterdzieści minut jazdy i takiego sobie gadania, ja coś o polskich interesach i priorytetach w stosunkach polsko - niemieckich, a on o tym co wyżej. Dzisiaj on pewno nawet tych kilkudziesięciu minut nie pamięta, przecież to nieistotny szczegół - ja pamiętam. Zgadniecie pewno, z kim spędziłem ten szalony czas ?
No dobra teraz, nie bez związku z powyższym, wracamy do „naszego” dziś.
„Uciekł” do USA Zbigniew Ziobro, skandal. Miał być przywieziony do Polski, w ramach demokratycznych procedur żywcem zaczerpniętych z białorusko - kacapskiego arsenału metod, w bagażniku. „Uciekł”, ale nie uciekł, bo wyjechał legalnie na paszporcie „Nansenowskim” i z wizą amerykańską, której jako przestępca na pewno by nie dostał.
„Uciekł” oskarżany o to co władza sama dzisiaj robi. No ale demokratom wolno „robić”, a faszystom nie wolno i tyle. Teraz usiłują obciążyć za tę „ucieczkę” Tomasza Sakiewicza, a później może Pana Prezydenta RP. Grożą trybunałami, więzieniem, sami zagrożeni długoletnimi wyrokami.
Mówią, że premier standardowo dostał „fuhrrriii” i nieelegancko rzucał k…..mi. Twierdzi się, że chciał rewanżu za „Fundusz Sprawiedliwości”, „prześladowanie” Giertycha, Nowaka, Gawłowskiego, Grodzkiego, posuchę materialną wywołaną ośmioletnimi rządami PiS i odstawieniem od koryta. Nie wyszło bo nominowani przez niego gamonie nie są w stanie niczego dobrze zrobić bo nie potrafią lub nie chcą (oczywiście z wyjątkiem demolowania i dojenia Polski - kolejność dowolna).
Przy okazji pojawiły się medialne pretensje do Agencji Wywiadu. Nie pilnowała „uciekiniera” wystarczająco skutecznie no i zwiał. W swobodnym przekładzie literackim na polski - nasz wywiad miał inwigilować polskiego uchodźcę politycznego, który otrzymał azyl na Węgrzech. Rozumiecie, wywiad jest od śledzenia własnych obywateli, rozumiecie, prawda !!! ???
Przestrzegają prawa „tak jak to prawo rozumieją”, może lepiej „rozumiejo” - dyktatura „ciemniaków” tak to się nazywało kilkadziesiąt lat temu w Polsce Ludowej. Tak jak w PRYlu kiedy I Departament MSW pracował dla dobra socjalistycznej ojczyzny inwigilując polską emigrację, Kościół, sukces gonił sukces. Ginął ksiądz za księdzem, kradli z FOZZ, Bin Ladena prawie złapali w „Ognisku Polskim” w Londynie, a może jeszcze gdzieś indziej.
Jeszcze chwila, a tak jak w latach osiemdziesiątych zaczniemy widywać w polskich Kościołach gości nagrywających kazania nieprawomyślnych księży. Jeszcze chwila, a …nie nie napiszę więcej … żyłem w Polsce Ludowej i niestety wiem czym to pachnie.
Wszystko zmierza w tym kierunku.
Pan Zbigniew Ziobro ani mi brat ani swat. Powiem więcej, irytował mnie często swoim gadaniem ale jak słyszę od Żurka o tym, że „oni przestrzegają prawa”, a on walczy z „barbarzyństwem prawnym” to bierze mnie cholera, bo chcą mieć w więzieniu tylko dla dzikiej satysfakcji i zaspokojenia krwiożerczych instynktów elektoratu, ciężko chorego człowieka i to na podstawie zarzutów z grubsza z odbytu wziętych (nie przepraszam za wulgaryzm).
Powiecie, że gadam głupoty. Może i tak, ale popatrzcie na publicystę Jastruna. Pisze o waleniu w „mordę” albo „mordowaniu”, inaczej niż on myślących, którzy nie maja do tego prawa, bo takie prawo maja tylko „szlachetnie urodzeni” z komunistycznym rodowodem.
Żartowniś i figlarz, prawda !?
Za mniej śmieszną interpretację literackiego cytatu skazano chorą emerytkę, a tu proszę Jastrun dokonał w prosty sposób twórczej zmiany wartości określonych pojęć „lać w mordę „ i „mordować” i nic !
Popatrzcie na ostatnie fizyczne ataki skierowane wobec „Republiki” i jej dziennikarzy, rzekę kłamstw płynąca z prorządowych mediów, panią Grędę twierdzącą, że w służbie zdrowia jest lepiej bo otwiera się „nowe sale wykładowe” (rozumiecie „sale” będą leczyć , wyższa szkoła medycznej jazdy - takiej nie ma na świecie - Polska trendsetterem w nowych technologiach medycznych !!!), a pacjenci są „zadowoleni”. Brednie Żurka, „Pogłosa”, któremu wszystko dosłownie leci z łap (nawet na trzeźwo) i wyrafinowanego intelektualnie „Chełmońskiego” - Szłapki. Nadal będziecie uważać, że błądzę podczas gdy przestępstwo goni przestępstwo i przestępstwem pogania, kiedy permanentne i obrzydliwe kłamstwo urasta w urojeniach „Europejczyków” do poziomu prawdy ?
Przed laty po zamachu 1926 roku sędziwy senator PPS Bolesław Limanowski krzyczał na sali sejmowej do rządzących „…do dymisji, do dymisji…”. Dzisiaj w narzeczu wspomnianych wyżej „Europejczyków” brzmiałoby to nieco inaczej #wy…ć, ale sens pozostaje taki sam.
I już kończąc, stała rubryka „mistrz mowy polskiej” - walka o „pudło” jest nadal zacięta, tym razem o zaszczytny tytuł walczy poseł Szczerba twierdzący, że ktoś tam (może on ?) nie będzie robił „…wody z ucha…” , niewtajemniczonym wyjaśnię, że robi się „…wodę z mózgu…”, może to komuś pomoże „panu posłu" też.
I to by było na tyle.
A i jeszcze uważajcie na siebie 20.05. w Warszawie !!!
PIOTR ŁYSAKOWSKI
W Londynie 15/16/17.05.26
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
15 maja
Dnia 15 maja 2026
Święto Niezapominajki wspomnienie Andrzeja Zalewskiego.
Redaktor Polskiego Radia wielki miłośnik Polskiej przyrody autor jedynej w swoim rodzaju prognozy pogody wygłaszanej co rano na eterze, skierowanej do tych którzy kochali Ojczyznę. Pomysłem jego było symboliczne święto Polskiej niezapominajki. Celem tego zamierzenia było promowanie natury ale także ważnych miejsc , osób, i śladów narodowej dumy by je zachować od zapomnienia.
Z urodzenia Warszawiak pochodzący z inteligenckiej rodziny , z wykształcenia inżynier Rolnik, z obowiązku patriota żołnierz Ponurego ze zgrupowania Świętokrzyskiego AK, uczestnik Powstania Warszawskiego. Zaraz po studiach zatrudniony w odradzającym się Radiu kierujący swoje audycje poranne do rolników, Leśników i każdego, dla którego przyroda Polska była ważna. Jako były żołnierz AK wraz ze wzmacnianiem się komunizmu jego pozycja w redakcji stawała się trudna do akceptacji przez reżimowych szefów. Trudno było nie dostrzegać jego akceptacji przez słuchaczy bo do redakcji przychodziło kierowanych do niego codziennej korespondencji-tysiące listów i przesyłek, na które starał się osobiście odpowiadać pisząc często w domu nawet nocą. Każdy list był ważny i wymagał od niego reakcji. W 1964 r został stypendysta Organizacji Wyżywienia i Rolnictwa Narodów Zjednoczonych ,a w 1978 Departamentu Stanu USA . Po powrocie został usunięty, a w 1985 skierowany na przymusowa emeryturę. Dopiero po roku 1990 powrócił na antenę by tworzyć audycje dla swoich byłych odbiorców co zostało przyjęte z entuzjazmem. W roku 2001 zaproponował ustanowienie święta polskiej Niezapominajki co uznano przy pełnej akceptacji przez słuchaczy miało ono bowiem ważne
przesłanie : kultywowanie tradycji narodowej ,umiłowanie lasów ,ciężkiej pracy rolnika i uszanowania przyrody.
Już od dawna nie słyszymy aksamitnego i ciepłego głosu Redaktora Andrzeja, człowieka pełnego empatii -miłości, życzliwości do ludzi dla których dzięki swojej autentyczności pozostał na zawsze w pamięci jako nieugięty krzewiciel polskiego patriotyzmu i wiary w stwórcę.
Krzysztof Zięba
Bielsko Biała, 14 maja 2026
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++













